Zimistrz [Wintersmith - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-629-6
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zimistrz [Wintersmith - pl]». Краткое содержание книги:
Duży Jan wkroczył do kredowego tunelu. Wysunął do tyłu zgięte w łokciach ramiona i odchylił się, dla równowagi wyciągając do przodu nogę. Kilka razy pokręcił stopą w powietrzu, zrobił krok naprzód i zniknął w chwili, gdy dotknął stopą gruntu.
Rob Rozbój walnął pięścią w hełm Rolanda.
— Dobra, wielki Bohateze! — zawołał. — Rusamy!
Nie było stąd wyjścia. Tiffany nie była nawet pewna, czy jest jakieś wejście.
— Gdybyś była Letnią Panią, tobyśmy zatańczyli — powiedział zimistrz. — Ale wiem już, że nią nie jesteś. Jednak dla ciebie stałem się człowiekiem i muszę mieć towarzystwo.
Szalejące myśli Tiffany pokazywały obrazy: żołądź wypuszczający pęd, Żyzne Stopy, róg obfitości… Jestem boginią na tyle, by oszukać parę desek w podłodze, żołędzia i garść nasion, myślała. Jestem całkiem jak on. Żelaza dość, by zrobić gwóźdź, nie zmienia śnieżnego bałwana w człowieka, a kilka dębowych liści nie zmienia mnie w boginię.
— Chodź — rzekł zimistrz. — Pokażę ci mój świat. Nasz świat.
Kiedy Roland otworzył oczy, widział tylko cienie. Nie cienie rzeczy — po prostu cienie snujące się jak pajęczyny.
— Spodziewałem się, że będzie… cieplej — oznajmił, starając się nie okazywać ulgi.
Wokół niego wyskakiwali z pustki Feeglowie.
— Bo myślis sobie o piekłach — wyjaśnił Rob Rozbój. — One cęsto som takie bardziej piekące, fakt. Zaświaty som rocej smętne. Tutaj trafiajom ludzie, jak som zagubione, rozumis.
— Jak to? Znaczy, jak w ciemną noc, kiedy ktoś źle skręci…
— Ni… Tacy, co som umarli, kiedy jesce nie powinni, i teroz nie majom gdzie iść. Albo może wpadli do dziury między światami i nie znajom drogi. Niektózy to nawet nie wiedzom, gdzie som, bidacyska. Strosnie dużo sie zdaza takich zecy. I w Zaświatach ni ma nic do śmiechu. Ten akurat nazywał sie Limbo, bo tsa było być giętkim jak limba, coby się zmieścić psez niskie dzwi. Wyglonda, ze mocno sie popsuł, odkąd łostatni raz tu byliśmy. — Podniósł głos. — Syćkie brawo, chłopcy, dla Ciut Groźnego Szpica, który psesed z nami pirsy raz!
Zabrzmiały okrzyki, a Ciut Groźny Szpic pomachał mieczem.
Roland przedzierał się przez cienie, które rzeczywiście stawiały leciutki opór. Samo powietrze było tutaj szare. Niekiedy słyszał stęknięcia, czasem ktoś kaszlał z daleka. A potem zabrzmiały kroki… i brzmiały coraz bliżej…
Dobył miecza i w półmroku wytężył wzrok.
Cienie się rozstąpiły i obok przeszła bardzo stara kobieta w wystrzępionej, wytartej sukience. Ciągnęła za sobą duże tekturowe pudło podskakujące na nierównościach gruntu. Nawet nie spojrzała na Rolanda.
Opuścił miecz.
— Myślałem, że będą tu potwory — powiedział, gdy stara kobieta zniknęła w mroku.
— Ano — zgodził się ponuro Rob Rozbój. — Bo som. Myśl o cymś solidnym, co?
— Czymś solidnym?
— Ni żartuje! Myśl o pozondnej wielkiej góze albo o młocie! Cokolwiek robis, nie zyc sobie nicego, nicego nie żałuj, na nic nie miej nadziei.
Roland zamknął oczy, a potem uniósł rękę, by ich dotknąć.
— Ciągle widzę! A przecież oczy mam zamknięte!
— Ano! Bo wincej zobacys z zamkniętymi łocami. Popats dookoła, jak sie łośmielis!
Nie otwierając oczu, Roland zrobił kilka kroków i rozejrzał się. Na pozór wszystko pozostało takie samo, może tylko było bardziej szare i smętne. Ale po chwili zobaczył — jaskrawy pomarańczowy rozbłysk, linię w ciemności, która pojawiła się i zniknęła.
— Co to było?
— Nie wimy, jak łone same siebie nazywajom. My je nazywamy upiory — rzekł Rob.
— Te błyski światła?
— A nie, tamten to był daleko. Jak chces zobacyć jakiegoś z bliska, to stoi tuz psy tobie.
Roland odwrócił się pospiesznie.
— Ześ zrobił klasycny błąd — upomniał go Rob. — Ześ łotwozył łocy!
Roland zamknął oczy. I zobaczył upiora tuż obok.
Nie zadrżał. Nie krzyknął. Wiedział, że przyglądają mu się setki Feeglów.
Z początku pomyślał: To szkielet. Kiedy upiór zabłysnął znowu, przypominał ptaka, wysokiego ptaka, podobnego do czapli. Potem był postacią z kresek, jakie rysują małe dzieci. Raz za razem wykreślał się cienkimi płomiennymi liniami na tle ciemności.
Wyrysował sobie paszczę, pochylił się na moment, ukazując setki ostrych jak igły zębów, i zniknął.
Feeglowie zamruczeli z uznaniem.
— Ano, dobze ześ sobie radził — pochwalił Rob. — Ześ popatsył mu w pasce i nawet o krok ześ sie nie cofnoł.
— Byłem za bardzo przestraszony, żeby uciekać.
Rob Rozbój zbliżył głowę do ucha chłopca.
— Ano — szepnął. — Wim to dobze. Dużo jest takich, co zostali bohaterami, bo za bardzo sie bali, coby uciekać. Ale ześ nie wzasnoł, ześ nie zafajdał gatek i to dobze. Dalej będzie ich wincej. Nie puscaj ich do swojej głowy! Tsymaj ich z daleka!
— Czemu? A co one… Nie, nie mów!
Poszedł przez cienie. Mrugał, żeby niczego nie przeoczyć. Stara kobieta zniknęła, ale mrok zaczął wypełniać się ludźmi. W większości stali samotnie albo siedzieli na krzesłach. Niektórzy błąkali się w ciszy. Minęli mężczyznę w starodawnym kostiumie, który przyglądał się własnej dłoni, jakby widział ją po raz pierwszy.
Spotkali kobietę, która kołysała się rytmicznie i cienkim głosem małej dziewczynki śpiewała bezsensowną piosenkę. Kiedy Roland przechodził, rzuciła mu dziwny, obłąkany uśmiech. Tuż za nią stał upiór.
— No dobrze — rzekł ponuro Roland. — Teraz mi powiedz, co robią…
— Pozerajom twoje wspomnienia — wyjaśnił Rob. — Twoje myśli som dla nich zecywiste. Mazenia i nadzieje som jak jedzenie. Właściwie to zwykłe robactwo. Tak sie dzieje, kiedy o takie miejsca nikt nie dba.
— A jak mogę je zabić?
— Ho, ho, strasnie groźnego głosu ześ użył. Patscie na nasego wielkiego Bohatera! Nie psejmuj sie nimi, chłopecku. Nie bedom cie na razie atakować, a mamy robotę.
— Nie cierpię tego miejsca!
— Ano. Piekło je bardziej łozywione. A teraz wolniej, bo dochodzimy do zeki.
Rzeka płynąca przez Zaświaty była ciemna jak ziemia. Pluskała o brzeg powoli i oleiście.
— Aha, chyba o niej słyszałem — stwierdził Roland. — Jest tu przewoźnik, tak?
Tak.
I nagle stał tam w długiej, niskiej łodzi. Ubrany był na czarno, oczywiście, że na czarno, i miał głęboki kaptur, który całkowicie skrywał jego oblicze oraz wywoływał wrażenie, że tak jest lepiej.
— Ceść, kolego! — zawołał wesoło Rob Rozbój. — Jak leci?
No nie, to znowu wy, odezwała się czarna postać głosem, który był nie tyle słyszalny, ile wyczuwalny. Myślałem, że macie zakaz.
— Wis, to ino takie ciut nieporozumienie — uspokoił go Rob i zsunął się ze zbroi Rolanda. — Musis nas tam wpuścić, bo żeśmy i tak już som martwi.
Przewoźnik wyciągnął rękę. Czarna szata zsunęła się i to, co wskazywało Rolanda, wyglądało całkiem jak kościsty palec.
Ale on musi zapłacić przewoźnikowi, oznajmił głosem krypt i cmentarzy.
— Nie, dopóki nie będę po drugiej stronie — odparł stanowczo Roland.
— Dajze spokój — zwrócił się do przewoźnika Tępak Wullie. — Psecie widzis, ze to Bohater! Jak mozes nie zaufać Bohaterowi, to komu?
Kaptur wpatrywał się w Rolanda — zdawało się, że trwa to setki lat.