Krolowa Bona. Smok w herbie
- Автор: Auderska Halina
- Язык: польский
- Жанр: Историческая проза
Электронная книга - «Krolowa Bona. Smok w herbie». Краткое содержание книги:
Starannie wykształcona, uczennica Crisostoma Colonny i Antonia Galatea, znała utwory Wergiliusza i Cycerona, potrafiła cytować Ojców Kościoła; nieobce jej były historia, prawo, administracja i teologia.
Została wychowana na królową i bardzo chciała nią zostać!
Uroczystości koronacyjne zakończyły się i przyszło nowej pani na Wawelu rozpocząć panowanie w zupełnie obcym kraju, ze zwyczajami i temperamentami ludzi tak różnymi od italskich. A szczęście miała bella principessa ogromne, że trafił jej się Zygmunt na męża; Zygmunt - miłujący pokój i... spokój. Inny mąż, mniej powściągliwy i opanowany, pewnie by italskiego smoka presto do porządku przywołał i kto wie, może nawet kijaszkiem obił po królewskim, dostojnym siedzeniu; i właściwe miejsce wskazał... Zygmunt ze stoickim spokojem znosił słynne wybuchy gniewu, z ciskaniem przedmiotów i krzykami pełnej temperamentu królowej.
Ciężko być musiało Bonie na początku: nie znała języka swoich poddanych ani ich obyczajów; z jednym i drugim szybko (presto) sobie poradziła, opanowując język i wprowadzając nowe mody i obyczaje, własne, italskie!
Nie rozumiał.
– Ależ, na Boga! Dlaczego, dlaczego!
– Nie wiem! Sama nie bardzo rozumiem. Ale gwiazdy nie mylą się nigdy. Mówią, że mogę zostać sama, a wtedy powinnam wyjechać... Obiecaj mi jedno: odłożysz ten wyjazd na trzy tygodnie. Bene. Na dwa. A potem znowu zapytam maga. Może konstelacja będzie już inna? Może astrolog...
– Wierzysz w jego wróżby? – przerwał.
– Wierzę w ciebie. Będziesz kiedyś wielkim królem. Jeżeli...
– Dokończ! – rozkazał.
– Jeżeli nie zginiesz młodzieńcem...
– A... Więc tak brzmi owa wróżba? Dlaczego milczysz? Powiedz właśnie tak?
Przyznała, obsypując pocałunkami jego czoło, oczy, szyję:
– Tak właśnie. A zresztą... Kilka dni szczęścia to niewiele. To bardzo mało. Potem zrobisz, jak zechcesz.
– Zapewne – rzekł po chwili wahania.
– Och! Kamień mi spadł z serca. Grazie! Grazie! Nawet nie wiesz, jak bardzo ciebie kocham. Jak mi jesteś potrzebny...
Zbliżał się lipiec i w myśl danej Tarnowskiemu obietnicy Zygmunt Stary pociągnął ze swym orszakiem i zbrojnymi hufcami na wojnę z Wołoszą. Zwołana na pospolite ruszenie szlachta najpierw zbierała się niemrawo, ociągając się i z żalem patrząc na bielejące żyta, wreszcie zaczęła radzić, jakie warunki postawić królowi, gdy ten zjawi się pod Lwowem. Nieświadomy burzy, która go czeka, Zygmunt kazał wyruszyć w dwa dni po sobie młodemu królowi. Bona żegnała syna ze łzami w oczach, Diana ponawiała ostrzeżenia i donosiła o fatalnej konstelacji gwiazd. August wyruszył już bez tej ochoty, która go spalała parę miesięcy temu, w dodatku czuł się wśród wybranego rycerstwa i przydzielonych mu wodzów musztrowanym pacholęciem, a nie królem. Istotnie, na polecenie hetmana jadący u jego boków kasztelanowie zaczęli odbywać z nim na postojach wojenne narady i zalecali ćwiczenia w walce wręcz oraz potykanie się na koniu z wybranymi przez nich osiłkami.
O tych musztrach i trudach marszu doniósł natychmiast Bonie przydzielony do orszaku króla Ostoja i królowa powzięła decyzję: sprzeciwi się zarówno woli męża, jak i hetmana. Zasiadła więc do pisania listu, który miał być dostarczony synowi jeszcze przed dotarciem do Lwowa.
Tymczasem na łąkach, na których zbierało się pospolite ruszenie, działy się rzeczy dziwne: kasztelan Piotr Zborowski i krakowski sędzia Mikołaj Taszycki w otoczeniu szlachty z równie godnych rodów zaczęli buntować zbierającą się na wojnę brać szlachecką. Zborowski, wstąpiwszy na przewróconą beczkę po piwie, wołał:
– Mości panowie! Czas wystąpić do zgoła innego boju niż o Wołoszę, do boju o nasze gwałcone prawa. Urzędy senatorów mianowanych na ostatnim krakowskim sejmie winny być odebrane, służą oni bowiem nie tyle Koronie, co królowej. Król łamie odwieczne prawa, narzucił Polszcze za swego życia drugiego władcę, rodzonego syna. Egzekucja praw i dóbr uchwalona przez sejmy wciąż niedokonana. Skarb pusty i na wojsko zaciężne pieniędzy brak, tedy zwołano tu nas na pospolite ruszenie. I to kiedy? W same żniwa! Mości panowie! Pókiż tego?! Na Wawelu królowa tyle znaczy, ile sama chce, a tyle chce, ile jej się podoba. Będziemyż cierpieć, że ta jej władza nie jest określona żadnymi granicami? Że w tyranię się zmienia?
Pan Taszycki dodał jeszcze swoje zarzuty:
– Szlachta ma płacić podatki? Jakże to, kiedy beneficja kościelne są od nich wolne. Uchwalimy podatki i ruszymy na wyprawę, jeżeli zapłacą także wszyscy duchowni. A nie zechcą – odebrać im posiadane dobra!
I zaraz odezwały się ze wszystkich stron okrzyki, protesty, żądania:
– Znieść sądownictwo duchowne nad świeckimi!
– Inaczej nie pójdziem na wojnę!
– Panowie bracia! Spisać wszystkie żądania!
– Będzie ich ze dwadzieścia.
– Co tam dwadzieścia! Trzydzieści mało. Niech królowa zaniecha dla siebie skupu dóbr!
– Dosyć tych rządów białogłowskich!
– Niech cofnie przywileje dla swoich zauszników.
– Nie sprzedaje beneficjów!
– Nie zmienia naszych obyczajów! Tu nie Italia.
– Tak jest! Wyniosła syna na tron, a na koronację nie było naszej zgody!
– Była, ale wymuszona. Toteż nigdy więcej elekcji vivente rege! Żadnego łamania naszych praw! Polskich, prastarych!
Pan Zborowski znów zabrał głos:
– A jeszcze dodam: co to za króla szykuje dla nas królowa? Młodzian wychowany wśród zgrai dziewcząt, z dala od spraw wojennych i politycznych, jakim może być władcą? Wiadomo wam, ile nieszczęścia spadło na niejedno państwo z powodu złego wychowania książąt?! Ot, choćby Ludwika czeskiego.
– Ile narodów zginęło z powodu ich zniewieściałych obyczajów? Czekaliśmy na przybycie do obozu młodego króla. Gdzie on jest, pytam? Gdzie jest?! – krzyczał już Taszycki.
– W Krakowie czas marnuje! – ktoś wrzasnął.
– Wśród zabaw i pląsów!
– W zbroi nie widział go jeszcze nikt. A czemu?
– Do rzeczy! Do rzeczy! Będziemy żądać zwolnienia z urzędów cudzoziemców?
– Tak! Tak! – wołali zgodnym chórem.
– Usunięcia Italczyków z Wawelu?
– Tak! Tak!
– Drukowania w naszym języku kronik, praw, a zwłaszcza Pisma Świętego?
– Tak! Polski język w druku. Nasz, polski!
– Panowie bracia! I rzecz najważniejsza. Ograniczyć trzeba prawo zwoływania pospolitego ruszenia.
– Tak jest! Ograniczyć!
– Nigdy w czas żniwny!
– Tak! Otóż to! Nigdy w żniwa!
Pan Taszycki, spisujący żądania, podniósł rękę i zawołał:
– Naliczyłem trzydzieści pięć punktów. Są jeszcze jakieś żądania?
– Odtąd król nic nie postanowi bez woli posłów!
– A tym bardziej królowa. Punkt trzydziesty szósty!
– Nic bez zgody sejmu!
– Nic bez nas!
– Nic! Nic! Nic!
Rozbłysły w słońcu wyciągnięte z pochew i uniesione w górę szable. Twarze były rozgorączkowane, usta otwarte do krzyku. Pospolite ruszenie zwołane przez króla zmieniało się z wolna w rokosz przeciwko niemu...
Zygmunt Stary nadjechał po paru dniach od jego wybuchu i stanął kwaterą w pobliskim dworze, z dala jednak od wrzasków i niekończących się przemówień. Przez wiele dni czekał na syna, rozmawiał z przywódcami buntu, po czym zabrał się sam do odczytywania słynnych już trzydziestu sześciu żądań. Gryzł wargi, gdy oko jego padało na wyrazy "królowa", "Italczyki". Boże mocny! Toż matka tylu królów, jego rodzona matka była Rakuszanką, a nikt jej nie wypominał, że pochodzi z rodu Habsburgów. Toż jego pierwsza żona Barbara zwała się Zapolya, a nikt jej nie odsyłał do Siedmiogrodu. Czyli nie o nację szło, tylko o żądzę władania, o wtrącanie się do spraw mężów i rycerzy. A może on był zbyt uległy? Kiedy wróci do Krakowa z wyprawy, która musi dojść do skutku, wyjaśni jej, że...
Ale ona była jak zwykle szybsza i późnym wieczorem, kiedy już na łąkach zacichło, pokojowiec z pochodnią w ręku wprowadził do dworku najjaśniejszą panią. Ciemny kaptur mimo upału otulał jej głowę i część twarzy. Gorzały tylko oczy: wielkie, niespokojne.
Wstał na jej powitanie, ale gdy usiadła, odrzucając płaszcz i kaptur, rzekł z niechęcią w głosie:
– Nie przeraziły was obnażone szable?
I pokazał jej pergamin ze spisem żądań.
– Od szabel groźniejsze ich żądania.
– Jeśli ustąpicie – ostrzegła – będziecie już mieli ręce związane na zawsze.
– Ależ to nie zwykła ruchawka, to rokosz! Piękny skutek zwołanego na wojnę pospolitego ruszenia... – mruknął.