Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Łowca dusz
Łowca dusz - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Łowca dusz

Электронная книга - «Łowca dusz». Краткое содержание книги:

W położonym w ustronnym miejscu domu letniskowym w Massachusetts sześciu młodych mężczyzn toczy śmiertelny pojedynek z agentami FBI. Niedaleko FDR Memorial w Waszyngtonie zostaje znalezione ciało córki senatora. Maggie O'Dell jest specjalistką od portretów psychologicznych seryjnych morderców. Dlaczego więc jej szef, zastępca dyrektora Cunningham, zdecydował, że to właśnie ona powinna rozwikłać te dwie różne, pozornie nie związane ze sobą sprawy? Kiedy jednak Maggie i jej zawodowy partner R. J. Tully zagłębiają się w nie, związek między tymi sprawami staje się widoczny. Łączy je osoba wielebnego Josepha Everetta, charyzmatycznego przywódcy religijnej sekty, która rozrasta się niemal z dnia na dzień. Młodzi mężczyźni z domu letniskowego okazują się członkami kościoła Everetta, córkę senatora zamordowano tuż po jednym z organizowanych przez wielebnego spotkań modlitewnych.
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 81
Перейти на страницу:

Maggie nie wiedziała, co powiedzieć. Nie lubiła Racine, uważała ją za niekompetentną, rozumiała jednak, że to dla niej trudne chwile.

– A co gorsza, ten dupek Garrison zadzwonił do mnie. – Wróciła jej złość. – Że ma niby jakieś zdjęcia i chciałby mi je pokazać, bo może pomogą w sprawie.

– Nagle taki chętny do pomocy?

Cisza. Maggie wiedziała od początku, że Garrison musi coś z tego mieć. Ale co?

– On chce czegoś ode mnie – przyznała Racine. Jej złość przeszła teraz w zażenowanie.

– To znaczy czego? Wybacz, Racine, ale mi nie ułatwiasz. Czego on chce od ciebie?

– Chce zdjęć.

– A jakie on może chcieć od ciebie zdjęcia?

– Nie rozumiesz, on chce mi zrobić zdjęcia.

– O Jezu! – Maggie nie mogła w to uwierzyć. Nic dziwnego, że Racine mówiła jak emocjonalny wrak. – Ale co daje mu prawo sądzić, że to możliwe?

– Skończ, O’Dell. Dobrze wiesz, dlaczego tak uważa.

A zatem plotki są prawdziwe. Te opowieści o Racine, która wymienia się przysługami, nie są tylko czczym gadaniem.

– Czy on sobie zdaje sprawę, że możemy go aresztować za utrudnianie śledztwa?

– Poinformowałam go o tym.

– I co on na to?

– Śmiał się.

– No to zrób to.

– Żartujesz sobie?

– Nie, pogadam z Cunninghamem. A ty porozmawiaj z Hendersonem. Wykorzystamy go.

– Mam dość kłopotów, O’Dell. Jeśli Garrison blefuje…

– Jeśli Garrison jest tak arogancki, jak mu się zdaje, i rzeczywiście ma coś, przekonamy go, że w jego najlepszym interesie jest podzielenie się z nami tymi jego skarbami.

– A jak go niby przekonamy?

– Zadzwonię do Cunninghama. Ty porozmawiaj z Hendersonem i oddzwoń do mnie. Wykorzystamy tego dupka.

Maggie odłożyła słuchawkę, odstawiła szklankę ze scotchem i poczuła przypływ świeżej energii. Delikatnie obudziła Harveya. I nagle uśmiechnęła się. To naprawdę śmieszne, ale była wdzięczna losowi za to, że istnieją na świecie tacy dranie jak Garrison.

ROZDZIAŁ PIĘĆDZIESIĄTY ÓSMY

Środa

21 listopada

Waszyngton

Ben Garrison udawał, że jest na luzie, a tymczasem przypięty kajdankami do pieprzonego krzesła siedział i czekał w dwunastym komisariacie. Policjanci mijali go, jakby go w ogóle nie było. Bezzębna dziwka posyłała mu uśmiech z drugiego końca pokoju. Nawet puściła do niego oko, rozstawiła nogi i odegrała Sharon Stone, ochoczo pokazując, co ma na sprzedaż. Nie zrobiła na nim wrażenia.

Nadgarstki swędziały pod ciasnymi kajdankami, a chwiejne nogi krzesła doprowadzały go do szału. Ben przysunął się do ściany, wywołując wrzaski tych drani, którzy go tu przywieźli. Wciąż nie mógł uwierzyć, że Racine mu to zrobiła. Kto by pomyślał, że jest do tego zdolna? Dziwne, ale to tylko zwiększało jego ochotę, żeby się z nią bzykać.

Po powrocie z Bostonu znalazł w swoim mieszkaniu czekających na niego dwóch gliniarzy. Najpierw pomyślał, że to pani Fowler ich napuściła, zwłaszcza jeśli wyczuła opary środka na robaki, który rozpylił ku uciesze karaluchów. A jeżeli jeszcze te małe sukinkoty rozbiegły się po budynku, nieszczęsna staruszka mogła dostać ataku serca. Ale nie, to nie pani Fowler. To Racine. Co za niespodzianka. Okazuje się, że ta mała suka miała swój własny plan gry. A częścią tego planu było zmuszenie go do czekania.

Cóż, nie pozwoli jej zniweczyć swojej dobrej passy, zwłaszcza po tym, jak tego ranka dołożył Brittowi Harwoodowi swoimi kolejnymi zdjęciami, dając mu je na wyłączność. Ben uśmiechnął się. Racine nic już na to nie poradzi, jego zdjęcia ukażą się w wieczornym wydaniu „Boston Globe”.

Do diabła, zrobił z fotografiami, co chciał, więc potem może się nimi podzielić z Racine. Tak to zaplanował w każdym razie. Nie mogła go winić za to, że w zamian liczy na jakąś nagrodę.

– Czekają na ciebie, Garrison – odezwał się nagle jeden z neandertalczyków o grubym karku, ubrany na niebiesko. Odpiął kajdanki Bena od krzesła, a potem natychmiast zatrzasnął je z powrotem na jego nadgarstkach. Kiedy Ben podniósł się, facet chwycił go za łokieć i poprowadził korytarzem.

Pokój był niewielki, bez okien, z kilkoma dziurami w gołych ścianach. Niektóre z nich były tak małe, że mogły pochodzić od kul, te większe zaś wyglądały, jakby ktoś w ataku szału próbował przebić ścianę pięścią albo głową. Unosił się tam zapach przypominający spalony tost i przepocone skarpety.

Policjant posadził Bena przy stole, a potem powtórzył sztuczkę z kajdankami i składanym metalowym krzesłem.

Garrison miał ochotę powiedzieć mu, że jeśli zechce, może złożyć to krzesło i zabrać je ze sobą, może nawet rozwalić nim po drodze kilka głów. Ale to nie był dobry czas na odgrywanie cwaniaczka, siedział więc cicho, spodziewając się, że znowu każą mu czekać.

Ku jego zdziwieniu Racine pojawiła się po kilku minutach, zatrzymując się, by skonsultować się z neandertalczykiem przy drzwiach, zanim raczyła dostrzec obecność Bena. W ślad za nią weszła atrakcyjna brunetka w granatowym kostiumie ze spodniami. Zdawało mu się, że ją skądś zna. No jasne! Co za miła niespodzianka! Dwie policyjne lale naraz!

Racine też nie można było nic zarzucić, jednak jeśli chce udawać macho, powinna się bardziej postarać. Chociaż musiał przyznać, że jej jasne sterczące włosy wyglądały, jakby pani detektyw dopiero co wyszła spod prysznica, taka cała świeżutka i pachnąca. Szkoda, że nie miała pojęcia o modzie. Tego dnia ubrana była w niebieskie dżinsy i sweter, który mógłby być bardziej obcisły. Ale za to nie miała na sobie kurtki ani żakietu, dzięki Bogu. Podniecał go widok skórzanego pasa z kaburą i glockiem wsadzonym pod jej lewą piersią. Tak, czuł już podniecenie. Biedna Racine. Pewnie łudziła się, że ściągając go tu, srogo go ukarze.

Neandertalczyk przyniósł marynarski worek Bena i położył go na stole. Racine przyciągnęła krzesło i postawiła na nim nogę, usiłując wyglądać groźnie. Druga z kobiet oparła się o ścianę, splotła ręce na piersiach i przyglądała się Benowi.

– A więc, Garrison, cieszę się, że udało nam się zorganizować spotkanie, o które prosiłeś – zaczęła Racine. – To jest agentka specjalna Maggie O’Dell z FBI. Pomyślałam, że nie będziesz miał nic przeciw temu, że zrobimy to we troje.

– Wybacz, Racine. Jeśli wydaje ci się, że mnie poniżysz, bardzo się rozczarujesz, kiedy powiem ci, że właśnie mi stanął.

Racine nie zaczerwieniła się ani trochę. Może pani detektyw jest twardsza od tamtej Racine sprzed awansu, pomyślał Ben.

– Ta sprawa podlega śledztwu federalnemu, Garrison. A to znaczy…

– Skończ tę gadkę, Racine – przerwał jej, zerkając na O’Dell, która stała bez ruchu wsparta o ścianę. Wyglądała bardzo oficjalnie, tak samo też patrzyła na niego. Już wiedział, kto tu rządzi, więc kiedy się znowu odezwał, zwrócił się do O’Delclass="underline" – Wiem, że chcecie tylko moje zdjęcia. Zamierzałem je wam dać.

– Naprawdę? – powiedziała O’Dell.

– Taa, naprawdę. Nie miałem pojęcia, że Racine tak źle mnie zrozumie. Ale pewnie chodzi tak nabuzowana, bo nie wie, kto będzie ją obrabiać w tym tygodniu.

– Garrison, możesz być pewny, że poczujesz się mocno obrobiony, jak z tobą skończymy – powiedziała Racine bez mrugnięcia, wcielając się w postać złego gliny.

O’Dell pozostała chłodna i spokojna.

– Ma pan ze sobą te zdjęcia? – spytała, wskazując na jego worek.

– Jasne. I nie mogę się już doczekać, kiedy je pani pokażę. – Uniósł ręce i zabrzęczał kajdankami o stalowe krzesło. – Dam je wam, do cholery. Oczywiście kiedy odstąpicie od wszystkich oskarżeń.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)