Wyklęta
- Автор: Кейн Рэйчел
- Серия: Czas Wygnania #1
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wyklęta». Краткое содержание книги:
Byłam dżinnem ognia i powietrza, a zostałam skazana na życie w ciele śmiertelniczki.
Kiedyś Cassiel była potężnym dżinnem. Mogła wszystko poza jednym – nigdy nie powinna była sprzeciwiać się swemu panu.
Za odmowę wypełnienia rozkazu zostaje skazana na ludzką postać i życie wśród śmiertelników. Żeby przetrwać, musi szukać pomocy u Strażników Pogody – ludzi obdarzonych mocą panowania nad żywiołami… i odwiecznych wrogów dżinnów. Ale najtrudniej jest jej radzić sobie z własnymi ludzkimi słabościami, zwłaszcza z uczuciem do pewnego Strażnika. Lecz gdy zawiśnie nad nim potworna groźba, ludzkie słabości mogą się okazać najskuteczniejszą bronią Cassiel…
Współdziałając bez słowa, dwoje zgięło się, by mogły się po nich wgramolić inne, które chwyciły niższe gałęzie i zaczęły się wspinać w moją stronę. Była to groteskowa sytuacja, to osaczenie przez małe dzieci – a jednak tkwiła w tym pewna logika. Zawahałabym się przed skrzywdzeniem takich bezbronnych szkrabów, podczas gdy wróg – a wiedziałam, że to jest nasz wróg – bez wahania poświęciłby młode życie tych istot, aby tylko wyrządzić mi krzywdę.
Dzieci okazały się idealnym oddziałem szturmowym.
Gdy jakaś dziewczynka pierwsza podpełzła do mnie po gałęzi, z lśniącymi obłędem oczami, poruszyłam się i uchwyciłam ją za nadgarstek, wykręcając go. Nóż wypadł z jej ręki jak stalowy liść.
Dziewczynka przeorała moje ramię paznokciami i obnażyła zęby.
Nie miałam wyboru i musiałam zrzucić ją z gałęzi, ogłuszając. Złagodziłam jej upadek na ziemię, tworząc rodzaj powietrznej poduszki.
Następne dziecko już się zbliżało. A za nim kolejne.
To tylko drobna przeszkoda, podpowiadał dżinn we mnie. Uporaj się z nimi i ruszaj dalej. Gdybym miała do czynienia z osobami dorosłymi, postąpiłabym tak, jednak okazało się, że niechęć do wyrządzania krzywdy dzieciom jest zakodowana w moim łańcuchu DNA i nawet mądrość dżinna nie mogła jej przełamać. Marnujesz swoje moce, tocząc tę walkę. O to właśnie im chodzi.
Wiedziałam o tym, ale przypomniałam sobie też policjanta Stylesa stojącego na szosie, rozpacz i szok na jego twarzy. I obietnicę, jaką mu złożyłam.
Było tu w sumie dziesięcioro dzieci. Ich rodziny prowadziły poszukiwania i modliły się o cud. Nie mogłam odbierać im nadziei.
Zeskoczyłam z drzewa, przykucnęłam i zaczęłam dotykać dziecięcych główek, jedną po drugiej. Zmusiłam się do metodycznego działania, nie zwracając uwagi na ich broń. Zadziałało z pierwszymi dwoma. Trzecie zrobiło długą cięcie na moim ramieniu, które zapiekło jak ogień, zanim pozbawiłam to dziecko przytomności.
Czwarte i piąte z pozostałej dziewiątki upadły, nie robiąc krzywdy sobie ani mnie, ale kiedy zwróciłam się ku szóstemu, poczułam oślepiający, zimny ból w boku, a kiedy zerknęłam w dół, dostrzegłam, że C.T. zanurzył w moim ciele nóż aż po rękojeść.
Pacnęłam go dłonią w czoło, usypiając, i zwalił się na ziemię.
Stało jeszcze troje; dwie dziewczynki i chłopiec. Dzieci trzymały się ode mnie z daleka, czekając na mój kolejny ruch, zdając sobie sprawę, że nie jestem łatwym przeciwnikiem.
Wtop je w ziemię.
Nie. To podpowiadał mój dżinnowy duch i nie miałam zamiaru tego zrobić po pierwsze dlatego, że skrzywdziłabym je i przeraziła, a po drugie, ponieważ musiałam oszczędzać moc.
Uklękłam, usiłując powstrzymać jęk, gdy ból obejmował moje nerwy – i sięgnęłam do noża, wbitego w bok.
Dotknęłam go lekko, oceniając stan rany, najlepiej jak umiałam. Nie sądziłam, by pękły jakieś ważne naczynia krwionośne – doszło jednak do urazu jelit i wątroby, co mogło mieć fatalne skutki, jeśli rany szybko się nie zagoją. Wyciągnęłam nóż i jakoś udało mi się przy tym nie wrzasnąć. Krew ściekała ze stalowego ostrza. Potrzymałam je przez chwilę, wpatrując się w dzieci, które otoczyły mnie kręgiem, a następnie wbiłam czubkiem w podłoże przed sobą.
Wtedy od razu się na mnie rzuciły. Skoncentruj się. Straciłam ostrość widzenia i zamrugałam, aby na nowo wyostrzyć wzrok. Zamachnęłam się w lewo i w prawo, usypiając umysły dwojga z dzieci. Ich upadek spowodował, że trzecie się zachybotało, a jego mała maczuga, wymierzona w moją głowę, uderzyła mnie mocno w bark. Złapałam ją, wyrwałam mu z ręki i przyciągnęłam chłopca do siebie. Szarpał się, ale przytrzymałam go, spoglądając w puste, szeroko otwarte oczy.
– Ty – powiedziałam cicho – który kryjesz się za dziećmi. Przybywam po ciebie.
Usta chłopca otworzyły się, a on sam zaśmiał się cichutko. Nie był to dziecięcy śmiech. Czaiło się w nim zbyt wiele złośliwości, tkwiła zbyt głęboka wiedza.
I szaleństwo.
– Chodź, siostro – odpowiedział i przewrócił oczami tak, że ukazały się ich białka, a potem upadł na ziemię.
Nie oddychał.
Nie.
Przyłożyłam mu dłoń do piersi i nie wyczułam bijącego serca.
Mój wróg zabił go ot tak, z oddali.
– Nie – powtórzyłam na głos i ułożyłam sobie chłopca na kolanach. – Nie. – Wciąż słabo trzepotało w nim życie, tłukąc się niczym ptak w sieci. – Nie uda ci się to.
Położyłam mu rękę na sercu i przymknęłam oczy. Ostrzeżenie Luisa znowu do mnie dotarło – nie zostałam w tym przeszkolona; mogłam łatwo wyrządzić krzywdę temu dziecku – ale nie miałam wyboru. Nikt bardziej wykwalifikowany nie mógł mnie zastąpić.
Przytknęłam opuszki palców do jego serca i zmusiłam ten narząd do pracy. Jeden skurcz. Drugi. I trzeci. Za każdym razem czekałam, aż serce zaskoczy, zareaguje, złapie rytm, lecz organizm dziecka był jakby sparaliżowany, niezdolny do samodzielnego funkcjonowania.
W jego krwi, która przemieszczała się powoli w żyłach dzięki moim staraniom, znajdowało się mało tlenu. Jego płuca go nie czerpały. A więc musiałam też pobudzić mu oddech. Wzięłam maksymalnie głęboki wdech, pochyliłam się nad chłopcem i wpompowałam mu powietrze do płuc; rana w moim boku powiększyła się i poszerzyła, a łzy rozmazały to, co widziałam.
Mój ból nie liczył się jednak.
Zmuszałam serce dziecka do pracy, do kolejnych uderzeń. Wtłaczałam mu powietrze w płuca.
Jego otwarte oczy gapiły się na mnie, lecz nie było w nich choćby cienia prawdziwego życia. Żadnej nadziei.
Czułam, jak życie w nim zanika, ale dalej pobudzałam jego serce do powolnych, mocnych uderzeń, co jednak było tylko imitowaniem życia, niczym więcej…
I nagle serce podchwyciło podawany mu rytm, zawibrowało i uderzyło mocniej.
I jeszcze raz.
I znowu.
Chłopiec odetchnął i krzyknął.
Trzymałam go przy sobie, gdy wydzierał się i płakał. Wszędzie wokoło maluchy leżały cicho. Patrzyłam, jak ich klatki piersiowe unoszą się i opadają, ale mój nieprzyjaciel nie zawracał sobie głowy zabijaniem tej dzieciarni. On – lub też ona – doszedł czy doszła do słuszno wniosku, że będą stanowiły dla mnie większy problem, gdy pozostaną żywe.
Wyjęłam komórkę i sprawdziłam zasięg. Nie było go, rzecz jasna. Znalazłam się na głuchej wsi, z daleka od głównych ludzkich szlaków. Nie mogłam ściągnąć policji, w każdym razie nie przed znalezieniem sprawnego telefonu.
Dziecko zarzuciło mi pulchne rączki na szyję. Pogłaskałam je po brudnych włoskach.
– Jak się nazywasz? Zachlipał.
– Will.
– W porządku, Will, już wszystko dobrze. Postaram się, żeby nic złego ci się nie stało. – Musiałam opatrzyć swoją ranę. Traciłam krew, a wraz z nią siły. Obrażeniami wewnętrznymi mogłam zająć się dopiero wtedy, kiedy spotkam się znowu z Luisem albo zapewnię sobie inną pomoc. – Will, pomożesz mi, dobra?
Skinął głową, ale mnie nie puszczał.
– Będę musiała obudzić resztę dzieci. Chcę, żebyś mi w tym pomógł. Kiedy się obudzą, mogą się przestraszyć, i chcę, żebyś je uspokoił. Możesz to zrobić?
Z przekonaniem przytaknął, wydostał się z moich ramion i stanął, przyciskając się do mnie barkiem. Drżał, ale stał prosto.
Upewniłam się, że nie upadnie, a potem lekko przeciągnęłam czubkami palców po czole najbliższego z pozostałych dzieci, dziewczynki z ciemnymi włosami i śniadą cerą. Usiadła wystraszona i zaczęła płakać.