Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Chromosom 6
Chromosom 6 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Chromosom 6

Электронная книга - «Chromosom 6». Краткое содержание книги:

Z kostnicy znikaja zw?oki Carla Franconiego, znanej postaci ?wiata przest?pczego. Kilka dni p??niej trafiaj? one, mocno okaleczone, na st?? autopsyjny Jacka Stapletona. Poszukiwania odpowiedzi na nasuwajace si? pytania prowadz? a? do Gwinei R?wnikowej…
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 101
Перейти на страницу:

Po raz drugi narzucił kurtkę i wyszedł z biura. Szpital mieścił się niedaleko, więc Jack zrezygnował z roweru i poszedł spacerem. Droga nie powinna mu zabrać więcej niż dziesięć minut.

W holu centrum medycznego panował jak zwykle spory ruch. Jack wsiadł do windy i pojechał na wydział patologii. Miał nadzieję zastać doktora Malovara. Peter Malovar był w swojej dziedzinie prawdziwym gigantem i pomimo ukończonych osiemdziesięciu dwóch lat ciągle był najlepszym patologiem, z jakim przyszło się Jackowi kiedykolwiek spotkać. Jackowi szczególnie zależało na tym, żeby raz w miesiącu znaleźć czas na udział w seminarium doktora Malovara, więc teraz, jeśli miał jakiś problem z zakresu patologii, nie zwracał się do Binghama, który specjalizował się wyłącznie w medycynie sądowej, lecz do Petera Malovara, eksperta patologii ogólnej.

– Profesor jak zwykle jest u siebie w laboratorium. Wie pan, jak tam dojść? – spytała sekretarka z wydziału patologii.

Jack skinął głową i poszedł w stronę wiekowych, szklanych drzwi, które prowadziły do tak zwanej "jaskini Malovara". Zapukał. Było otwarte. Wewnątrz znalazł doktora Malovara pochylonego nad swoim ukochanym mikroskopem. Staruszek wyglądem przypominał trochę Einsteina: rozwichrzone, siwe włosy i obfity wąs. Sylwetkę miał pochyloną, jakby natura specjalnie ją zaprojektowała do ciągłego stania przy mikroskopie i spoglądania w jego okular. Z pięciu zmysłów jedynie słuch profesora zaczął szwankować.

Profesor przywitał Jacka pospiesznie, spoglądając głodnym wzrokiem na preparat mikroskopowy w jego ręku. Uwielbiał, gdy zwracano się do niego z trudnymi przypadkami, a Jack robił to częściej niż inni.

Wręczając szkiełko, Jack chciał krótko opisać historię przypadku, ale profesor podniósł rękę i nakazał milczenie. Malovar był prawdziwym detektywem i nie znosił, aby cudze sugestie wpływały na jego własne opinie. Profesor wyjął spod obiektywu preparat, który oglądał, i włożył w jego miejsce ten przyniesiony przez Jacka. Pełną minutę nastawiał aparaturę.

Podniósł głowę, sięgnął po olej, kapnął na szkiełko z preparatem i użył obiektywu immersyjnego, aby uzyskać lepszą ostrość. Jeszcze raz się pochylił, ale tym razem studiował obraz przez kilkanaście sekund.

– Interesujące! – powiedział, patrząc na Jacka, co w jego ustach było najwyższej klasy komplementem. Z powodu kłopotów ze słuchem mówił głośno. – Mamy tu słabo rozwiniętego ziarniaka wątroby i bliznę. Wydaje mi się, że widzę także merozoity [11], ale nie jestem pewny.

Jack skinął. Domyślał się, że doktor Malovar mówi o drobnych punktach, które Jack zauważył w warstwie ziarniaka.

Profesor sięgnął po słuchawkę telefonu. Zadzwonił do jednego ze swoich kolegów i poprosił go, aby przyszedł na chwilę do laboratorium. Po kilku minutach zjawił się wysoki, chudy, przesadnie poważny mężczyzna, ubrany w długi, biały fartuch. Malovar przedstawił go jako doktora Colina Osgooda, szefa parazytologii.

– Co o tym sądzisz, Colin? – spytał profesor, wskazując na mikroskop.

Doktor Osgood patrzył w okular nieco dłużej niż profesor, zanim podzielił się swoimi spostrzeżeniami.

– Bez wątpienia pasożyty – powiedział, nie odrywając oczu od mikroskopu. – Merozoity, ale nie rozpoznaję ich. Albo jakiś nowy gatunek, albo takie, które nie występują u człowieka. Niech zobaczy to Lander Hammersmith i powie, co sądzi.

– Dobry pomysł – zgodził się Malovar. Spojrzał na Jacka. – Mógłbyś to zostawić na noc? Rano będę się widział z doktorem Hammersmithem.

– Kim jest doktor Hammersmith? – spytał Jack.

– To patolog weterynarii – wyjaśnił doktor Osgood.

– Jeśli o mnie chodzi, może być – zgodził się Jack. Wcześniej nie pomyślał o tym, by podsunąć preparat patologowi weterynarii.

Podziękował obu naukowcom, wyszedł z laboratorium i wstąpił do sekretariatu. Zapytał, czy może skorzystać z telefonu. Sekretarka wskazała aparat na jednym z biurek i powiedziała, żeby przekręcił przez dziewięć, jeżeli chce wyjść na miasto. Zadzwonił na policję, do Lou.

– Cześć, świetnie, że dzwonisz. Zdaje się, że mam tu trochę ciekawego materiału. Po pierwsze samolot jak samolot. To G4. Mówi ci to coś?

– Nie sądzę. – Z tonu Lou można było wnioskować, że powinno.

– To znaczy Gulfstream 4 – wyjaśnił Lou. – Coś jak rolls-royce wśród odrzutowców. Jakieś dwadzieścia milionów zielonych.

– Jestem pod wrażeniem.

– Powinieneś być. No dobra, spójrzmy, co tu jeszcze mam. O, tak. Samolot jest własnością Alpha Aviation z Reno w Nevadzie. Słyszałeś kiedyś o nich?

– Nie. A ty?

– Też nie. To musi być towarzystwo leasingowe. Co jeszcze? Aha, to może będzie najbardziej interesujące. Mój znajomy z imigracyjnego zadzwonił, dasz wiarę, do swojego kumpla Francuza, do jego domu, i zapytał o wakacje Carla Franconiego we Francji. Ten francuski urzędnik połączył się przez swój domowy PC z bazą danych ich wydziału imigracyjnego i wiesz co…?

– Siedzę jak na igłach – przynaglił go Jack.

– Franconi nigdy nie odwiedził Francji! Chyba że na fałszywych papierach z fałszywym nazwiskiem. Nie ma śladu informacji o jego przyjeździe i wyjeździe.

– To co z tym bezspornym faktem, że samolot przyleciał z Lyonu? – zapytał Jack.

– Nie irytuj się.

– Nie irytuję się. Wracam tylko do tego, co mówiłeś o zgodności informacji wydziału imigracyjnego z księgą lotów i tak dalej.

– Informacje się zgadzają. Stwierdzenie, że samolot przyleciał z Lyonu, nie oznacza, że ktokolwiek musiał z niego tam wysiadać. To mógł być tylko przystanek dla uzupełnienia paliwa.

– Dobra uwaga – pochwalił Jack. – Nie pomyślałem o tym. Jak możemy to wyjaśnić?

– Sądzę, że będę musiał jeszcze raz zadzwonić do mojego znajomego z FZL – stwierdził Lou.

– Znakomicie. Wracam do biura w zakładzie. Chcesz, żebym zadzwonił, czy wolisz sam zatelefonować do mnie?

– Zadzwonię – odparł Lou.

Najpierw Laurie spisała wszystko, co zapamiętała z wyjaśnień Marvina w sprawie procedury wywożenia ciał do zakładów pogrzebowych, a następnie odłożyła kartkę na bok i zajęła się dokumentacją innych spraw. Po półgodzinie znowu po nią sięgnęła.

Mając teraz umysł oczyszczony, świeżym okiem spróbowała przeanalizować zdarzenia jeszcze raz – krok po kroku. Już po krótkiej chwili odczytywania notatek coś wpadło jej do głowy: mianowicie częstotliwość, z jaką pojawiał się termin "numer sprawy". Oczywiście, nie była zaskoczona. W końcu taki numer należał się każdemu martwemu, tak jak numer ubezpieczenia każdemu żywemu. Taki sposób identyfikacji pozwalał kostnicy utrzymywać właściwy porządek w dokumentacji tysięcy przyjętych i przebadanych ciał. Pierwszym krokiem po wniesieniu ciała do kostnicy było nadanie mu numeru sprawy, drugim przywiązanie do dużego palca stopy denata karteczki z tym numerem.

Spoglądając na słowo "sprawy", Laurie z zaskoczeniem zorientowała się, że nie potrafiłaby go zdefiniować. Słowa tego po prostu używała co dzień i nie zastanawiała się nad nim. Każdy raport laboratoryjny, preparaty, zdjęcia rentgenowskie, raporty wywiadowców, każdy wewnętrzny dokument, wszystko było opatrzone numerem sprawy. W każdym razie numer był wielokrotnie ważniejszy od nazwiska ofiary.

Wzięła z półki słownik i poszukała hasła "sprawa". Zaczęła czytać definicje, ale ani jedna nie pasowała do kontekstu, w jakim słowo było używane w Zakładzie Medycyny Sądowej, aż do ostatniego podanego znaczenia. Mówiło się o "okolicznościach", w innym znaczeniu o "rzeczy do załatwienia", dla sprawy można było nawet poświęcić życie. Właściwie "numer sprawy" można było zastąpić "numerem przyjęcia".

Zaczęła szukać numerów i nazwisk osób zabranych z zakładu w tamtą noc 4 marca, kiedy zniknęło również ciało Franconiego. Wreszcie znalazła skrawek papieru wsunięty pod tackę z preparatami. Napisała: Dorothy Kline nr 101455 i Frank Gleason nr 100385.

Dopiero teraz, kiedy zwróciła uwagę na numery, zdała sobie sprawę, że różnią się od siebie o ponad tysiąc. To było dziwne, ponieważ numery przydzielano systematycznie. Znając zwykły ruch w kostnicy, łatwo mogła sobie wyobrazić, że taka różnica przekładała się na kilka tygodni. Ciała musiały zostać przyjęte w takim właśnie odstępie czasu.

Różnica czasu była tym bardziej zastanawiająca, że ciała w kostnicy zostawały raczej przez kilka dni. Numer Franka Gleasona wprowadziła więc do komputera. To właśnie jego ciało odebrali ludzie z Domu Pogrzebowego Spoletto.

To, co pokazało się na ekranie, wprawiło ją w zdumienie.

вернуться

[11] Merozoit – faza rozwojowa zarodźca malarii (przyp. tłum.)

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 101
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)