Poniedziałek zaczyna się w sobotę [Понедельник начинается в субботу - pl]
- Автор: Стругацкие Аркадий и Борис
- Год: 1970
- Язык: польский
- Год: Iskry
- ISBN: 978-5-17-041678-3
- Переводчик: Irena Piotrowska
- Жанр: Юмористическая фантастика
Электронная книга - «Poniedziałek zaczyna się w sobotę [Понедельник начинается в субботу - pl]». Краткое содержание книги:
Leżałem brzuchem na parapecie i na wpół zdrętwiały patrzyłem, jak nieszczęsny Bazyli wędruje koło dębu to w prawo, to w lewo, mruczy, chrząka, jęczy z cicha, pobekuje, staje z wysiłku na czterech łapach — słowem, cierpi nieopisane męki. Zakres jego wiedzy był imponujący. Ani jednej bajki, ani jednej pieśni nie znał w całości, najwyżej w połowie, za to repertuar jego składał się z rosyjskich, ukraińskich, zachodniosłowiańskich, niemieckich, angielskich, moim zdaniem nawet japońskich, chińskich i afrykańskich bajek, legend, przypowieści, ballad, pieśni, romanc, przyśpiewek i refrenów. Skleroza doprowadzała go do szaleństwa, kilka razy rzucał się na pień dębu, darł korę pazurami, syczał i parskał, oczy płonęły mu diabelskim ogniem, a puszysty ogon, gruby jak wąż boa, to stawał sztorcem, to skręcał się konwulsyjnie, to znów chłostał go po bokach. Ale jedyną piosenką, którą dośpiewał do końca, był Czyżyk — pyżyk, a jedyną bajką opowiedzianą sensownie Dom, który zbudował Jack, w tłumaczeniu Marszaka, i to zresztą z pewnymi skrótami. Stopniowo — widocznie na skutek zmęczenia — zaczęły dźwięczeć w jego głosie coraz wyraźniejsze kocie akcenty. „A w poli, w poli — śpiewał — samiuśki pług chode, a… mrnra-u… a…mm-ra-a-u!… a za tym pługiem sam… mi-i-a-u-au!… sam Pan Bóg chode… czy brodę?…” Wreszcie, już u kresu sił, siadł na ogonie i przez jakiś czas siedział tak z opuszczoną głową. Potem cicho i żałośnie miauknął, wziął gęśle pod pachę i powoli na trzech łapach odszedł kuśtykając po rosistej trawie.
Zsunąłem się z parapetu i niechcący zrzuciłem książkę. Pamiętałem doskonale, że ostatnim razem tytuł jej brzmiał: Twórczość psychicznie chorych, byłem więc pewny, że na podłogę spadła ta właśnie książka. Tymczasem podniosłem i położyłem na parapecie nakrywanie przestępstw A. Svensona i O. Wendla. Otworzyłem ją, tępym wzrokiem przebiegłem na chybił trafił kilka akapitów i nagle wydało mi się, że na dębie dynda wisielec. Podniosłem bojaźliwie oczy. Z dolnej gałęzi dębu zwisał mokry, srebrzystozielony ogon rekina. Kołysał się ciężko w podmuchach porannego wiatru.
Odskoczyłem gwałtownie, uderzając tyłem głowy o coś twardego. Rozległ się głośny dzwonek telefonu. Rozejrzałem się. Leżałem w poprzek kanapy, kołdra zsunęła się na podłogę, w okno skroś listowie dębu biło poranne słońce.
ROZDZIAŁ 3
Przyszło mi do głowy, że normalny wywiad z diabłem lub czarownikiem można by z powodzeniem zastąpić zręcznie dobranymi tezami naukowymi.