Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 1999
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7469-088-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Straż! Straż! [Guards! Guards! - pl]». Краткое содержание книги:
Niestety, kapitan Vimes nie ma wyboru, szuka więc pociechy na dnie butelki, jego dwóm podwładnym nie pozostaje zaś nic innego jak starannie unikać miejsc, gdzie może zostać popełnione jakiekolwiek przestępstwo. Wszyscy zdążyli przywyknąć do tej sytuacji, lecz pewnego dnia wybucha potworne zamieszanie: oto do Ankh-Morpork przybywa gigantyczny krasnolud Marchewa i postanawia zostać najlepszym strażnikiem w historii miasta — akurat wtedy, gdy do miasta przybywa smok.
Powieść tłumaczy, dlaczego z pewnych względów można to uznać za zdarzenie pozytywne, z innych za negatywne. Marchewa nie ma co do tego wątpliwości.
— Jak to? Na dobre?
— Ależ nie! Oczywiście, że nie. Wracaj i odwiedzaj nas, kiedy tylko zechcesz. Ale sam wiesz, chłopak w twoim wieku, uwięziony tu na dole… Tak być nie powinno. Znaczy… Nie jesteś już dzieckiem. Nie możesz prawie cały czas chodzić na kolanach i w ogóle. Nie.
— A kto to są dla mnie „swoi”? — zapytał zdumiony Marchewa. Stary krasnolud odetchnął głęboko.
— Jesteś człowiekiem — oświadczył.
— Co? Takim jak pan Varneshi? — Pan Varneshi raz w tygodniu pokonywał górskie drogi zaprzężonym w woły wózkiem i handlował z krasnoludami. — Jednym z Dużych Ludzi?
— Masz sześć stóp i sześć cali, synu. On ma tylko pięć stóp. — Krasnolud nerwowo bawił się obluzowanym nitem. — Sam widzisz, jak to jest.
— Tak, ale… Ale może jestem po prostu wysoki jak na swój wzrost — tłumaczył rozpaczliwie Marchewa. — W końcu istnieją przecież niscy ludzie. Dlaczego nie może być wysokich krasnoludów?
Ojciec poklepał go pocieszająco po kolanie.
— Musisz spojrzeć w twarz faktom, mój chłopcze. Lepiej ci będzie na powierzchni. Masz to we krwi. No i sufit nie jest tam taki niski. Nie będziesz sobie przecież rozbijał głowy o niebo, pomyślał.
— Chwileczkę! — zawołał Marchewa. Jego czoło zmarszczyło się od umysłowego wysiłku. — Jesteś krasnoludem, tak? I mama jest krasnoludem. Więc ja też powinienem być krasnoludem. To chyba oczywiste.
Krasnolud westchnął. Miał nadzieję wyjaśnić to stopniowo, w ciągu kilku miesięcy, delikatnie. Ale nie miał już czasu.
— Usiądź, synu — poprosił. Marchewa usiadł.
— Chodzi o to — powiedział smętnie ojciec, kiedy szeroka, otwarta twarz chłopca znalazła się nieco bliżej jego własnej — że pewnego dnia znaleźliśmy cię w lesie. Raczkowałeś niedaleko szlaku… Hm. — Zazgrzytał obluzowany nit. Krasnolud mówił dalej: — Widzisz… Stały tam takie wozy. Paliły się, można powiedzieć. I martwi ludzie. Hm, no tak. Wyjątkowo martwi. Z powodu bandytów. To była ciężka zima, tamta zima, i różni tacy chowali się po górach… Zabraliśmy cię, oczywiście, a potem, no wiesz, zima trwała długo i mama się do ciebie przyzwyczaiła, i… W każdym razie jakoś nie poprosiliśmy Varneshiego, żeby o ciebie popytał. Tak to w skrócie wyglądało.
Marchewa przyjął wieści spokojnie, głównie dlatego że prawie nic nie zrozumiał. Poza tym, o ile wiedział, dzieci znajduje się raczkujące przy szlaku, to normalna metoda przychodzenia na świat. Krasnoluda uznaje się za zbyt młodego, by mu[3] tłumaczyć techniczne elementy całego procesu, dopóki nie osiągnie dojrzałości[4].
— No dobrze, tato — powiedział, pochylając się, żeby jego usta znalazły się na poziomie ucha krasnoluda. — Ale wiesz, że ja i… Znasz Blaszkę Skałokruszównę? Jest śliczna, tato, a brodę ma tak miękką jak… jak… jak coś bardzo miękkiego. Lubimy się i…
— Tak — odparł chłodno krasnolud. — Wiem. Jej ojciec ze mną rozmawiał.
A jej matka z twoją matką, a potem ona rozmawiała ze mną. Długo rozmawiała. Nie o to chodzi, że cię nie lubią; jesteś porządnym chłopcem i dobrym robotnikiem. Byłby z ciebie świetny zięć. A nawet czterech dobrych zięciów. W tym problem. Zresztą ona ma dopiero sześćdziesiątkę. To nie uchodzi. Nie wypada.
Słyszał o dzieciach wychowywanych przez wilki i zastanawiał się, czy przywódca stada też czasem musi rozwiązywać takie trudne sytuacje. Może prowadzi dzieciaka na jakąś cichą polankę i mówi: „Posłuchaj, synu. Na pewno zastanawiałeś się, dlaczego nie jesteś taki owłosiony jak wszyscy…”.
Omówił tę sprawę z Varneshim. Porządny chłop z tego Varneshiego. Naturalnie, znał jego ojca. I dziadka też, jeśli dobrze pamiętał. Ludzie jakoś nie wytrzymywali zbyt długo, pewnie z wysiłku pompowania krwi na taką wysokość.
— To poważny problem, królu[5]. Nie ma co — stwierdził człowiek, kiedy razem popijali na ławeczce przy drugim szybie.
— Dobry z niego chłopak, nikt nie zaprzeczy — zapewnił król. — Szczery charakter. Uczciwy. Nie błyskotliwy może, ale kiedy mu się powie, że ma coś zrobić, nie spocznie, dopóki nie skończy. Posłuszny.
— Mógłbyś mu odrąbać nogi — zaproponował Varneshi.
— Nie z nogami spodziewam się kłopotów — odparł posępnie król.
— Aha. No tak. W takim razie mógłbyś…
— Nie.
— Nie — zgodził się Varneshi po namyśle. — Hm… No to powinieneś wysłać go w świat. Niech spotka jakichś ludzi. — Oparł się wygodnie. — Widzisz, królu, masz u siebie kaczkę — dodał tonem światowca.
— Chyba nie powinienem mu tego mówić. Nawet w to, że jest człowiekiem, nie bardzo chce uwierzyć.
— Chodzi mi o kaczkę wychowaną wśród kurcząt. Na farmach to dobrze znane zjawisko. Okazuje się, że nie potrafi dobrze dziobać, ale też nie ma pojęcia, jak się pływa. — Król słuchał uprzejmie. Krasnoludy rzadko zajmują się rolnictwem. — Ale wystarczy go posłać, żeby zobaczył inne kaczki, żeby zamoczył stopy, a przestanie biegać za kurczętami. I Bob jest twoim wujem.
Varneshi wyglądał na człowieka bardzo z siebie zadowolonego.
Kiedy ktoś sporą część życia spędza pod ziemią, wykształca sobie bardzo dosłowny umysł. Krasnoludy nie używają porównań i metafor. Skały są twarde, a ciemność ciemna. Zacznij mącić sobie w głowie dziwacznymi opisami, a kłopotów tylko czekać — oto ich motto. Ale po dwustu latach rozmów z ludźmi król zdobył zestaw precyzyjnych narzędzi myślowych, niemal wystarczających, by rozwiązywać problemy porozumienia.
— Moim wujem jest przecież Bjorn Wręcemocny — zauważył po chwili.
— Na jedno wychodzi.
Nastąpiła kolejna chwila milczenia, gdy król poddawał to stwierdzenie dokładnej analizie.
— Chcesz powiedzieć — rzekł w końcu, ważąc każde słowo — że powinniśmy wysłać Marchewę, żeby był kaczką między ludźmi, ponieważ Bjorn Wręcemocny jest moim wujem.
— To już dorosły chłopak. Ktoś taki duży i silny ma wiele możliwości.
— Słyszałem, że krasnoludy wyruszają czasem do pracy w Wielkim Mieście. I posyłają pieniądze swoim rodzinom, co jest godne pochwały i słuszne.
— No właśnie. Załatw mu posadę w… — Varneshi zastanowił się chwilę. — W Straży albo gdzie. Mój pradziadek służył w Straży, wiesz? Zawsze mówił, że to świetna praca dla dużych chłopów.
— Co to jest Straż? — zapytał król.
— No… — zaczął Varneshi niezbyt precyzyjnie, jak ktoś, kogo rodzina od trzech pokoleń nie podróżowała dalej niż na dwadzieścia mil. — Zajmują się pilnowaniem, żeby ludzie przestrzegali prawa i robili, co im się każe.
— To słuszna troska — przyznał król. Ponieważ zwykle to on wydawał rozkazy, miał też bardzo stanowcze poglądy na temat ludzi robiących to, co im się każe.
— Oczywiście, nie biorą byle kogo — stwierdził Varneshi, sięgając w głębiny swych wspomnień.
— Nie powinni do tak ważnego zadania. Napiszę do ich króla.
— Oni tam chyba nie mają króla. Tylko jakiegoś człowieka, który im mówi, co robić.
Król krasnoludów przyjął to spokojnie. Tak przecież — w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach — brzmiała definicja królowania, przynajmniej jeśli o niego chodziło.
Marchewa wysłuchał wieści bez protestów, jakby to były instrukcje dotyczące ponownego otwarcia szybu czwartego albo cięcia drewna na stemple. Wszystkie krasnoludy są z natury obowiązkowe, poważne, rozsądne, posłuszne i myślące; ich jedyną drobną wadą jest skłonność, by po jednym drinku rzucać się na wrogów z okrzykiem „Airrrrrgh!” j odrąbywać im nogi pod kolanami. Marchewa nie widział powodów, by zachowywać się inaczej. Pójdzie do tego miasta — cokolwiek oznacza to słowo — i niech zrobią z niego mężczyznę.
3
Zaimek używany przez krasnoludy dla określenia obu pici. Wszystkie krasnoludy mają brody i noszą do dwunastu warstw ubrania. Pleć jest mniej więcej opcjonalna.
4
Tzn. ok. 55 roku życia.
5
Dosl. dezka-knik, nadzorca kopalni.