Straż nocna [Night Watch - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-697-5
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Straż nocna [Night Watch - pl]». Краткое содержание книги:
Życie w przeszłości jest trudne. Śmierć w przeszłości jest niezwykle łatwa. Musi jednak przeżyć, by wykonać swoją robotę. Ma wyśledzić mordercę, nauczyć swoje młodsze ja, jak być dobrym gliną, i zmienić rezultat krwawej rewolucji. Jest też pewien problem: jeśli wygra, straci żonę, straci dziecko, straci przyszłość.
Dyskowa „Opowieść o jednym mieście”, z pełnym zespołem ulicznych urwisów, dam negocjowalnego afektu, rebeliantów, tajnej policji i innych dzieci rewolucji.
Prawda! Sprawiedliwość! Wolność!
I Jajko Na Twardo!
Coś zrobiłem nie tak, myślał Vimes, gdy litania ciągnęła się bez końca. Kiedyś byłem gliną. Prawdziwym gliną. Ścigałem ludzi. Byłem łowcą. To właśnie robiłem najlepiej. Rozpoznawałem uliczny bruk w całym mieście, dotykając tylko kamieni podeszwami butów. A teraz popatrzcie na mnie! Diuk! Komendant straży! Zwierzę polityczne! Muszę wiedzieć, kto z kim walczy o tysiąc mil stąd, bo to może prowadzić do zamieszek tutaj.
Kiedy ostatni raz byłem na patrolu? W zeszłym tygodniu? Czy w zeszłym miesiącu? A i tak nie był to właściwy patrol kontrolny, bo sierżanci wściekle pilnują, żeby wszyscy wiedzieli, kiedy opuszczam budynek, więc zanim gdziekolwiek dotrę, każdy przeklęty funkcjonariusz aż cuchnie pastą do polerowania i zdąży się ogolić, nawet jeśli przemykam bocznymi uliczkami (ale ta myśl przynajmniej łączyła się z pewną dumą, ponieważ dowodziła, że nie zatrudnia głupich sierżantów). Nigdy nie stoję przez całą noc na deszczu, nie walczę o życie, tarzając się w rynsztoku z jakimś zbirem, nigdy nie chodzę szybciej niż spacerem. To wszystko mi odebrano. A co mam w zamian?
Wygody, władzę, pieniądze i cudowną żonę…
Hm…
…co oczywiście jest dobre, jasna sprawa, ale… mimo wszystko…
Do demona! Nie jestem już gliną! Jestem menedżerem. Muszę rozmawiać z jakimś przeklętym komitetem, jakbym mówił do dzieci. Chodzę na bankiety i muszę nosić ten idiotyczny ozdobny pancerz. Tylko polityka i papierkowa robota… Wszystko zrobiło się zbyt wielkie…
Gdzie się podziały te czasy, kiedy wszystko było proste?
Wyblakły jak ten bez, pomyślał.
Wkroczyli do pałacu i głównymi schodami wspięli się na piętro, do Podłużnego Gabinetu.
Kiedy weszli, Patrycjusz Ankh-Morpork wyglądał przez okno. Był w pokoju sam.
— Ach, Vimes — powiedział, nie odwracając głowy. — Przypuszczałem, że się pan spóźni. Wobec zaistniałych okoliczności przesunąłem spotkanie komitetu. Bardzo nimi wstrząsnęła, podobnie jak mną, wiadomość o Wręcemocnym. Nie wątpię, że pisał pan oficjalny list…
Vimes rzucił Marchewie zdziwione spojrzenie. Marchewa tylko przewrócił oczami i wzruszył ramionami. Vetinari szybko się o wszystkim dowiadywał.
— Tak, w samej rzeczy — potwierdził Vimes.
— I to w taki piękny dzień… Chociaż, jak się zdaje, nadchodzi burza…
Vetinari odwrócił się. Do czarnej szaty miał przypiętą gałązkę bzu.
— U lady Sybil wszystko przebiega normalnie?
— Wie pan tyle co ja…
— Nie wątpię, że pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć — stwierdził Vetinari i przerzucił jakieś papiery. — Niech sprawdzę, zaraz, było kilka drobiazgów, jakie należałoby omówić… Ach, jak zwykle list od naszych religijnych przyjaciół ze świątyni Pomniejszych Bóstw. — Starannie wyjął go ze stosu i odłożył na bok. — Myślę, że zaproszę nowego diakona na herbatkę i wytłumaczę mu, jak stoją sprawy. O czym to ja… Aha, sytuacja polityczna w… Tak?
Otworzyły się drzwi. Wszedł Drumknott, główny sekretarz.
— Wiadomość dla jego łaskawości — oznajmił, choć wręczył kartkę Vetinariemu.
Patrycjusz bardzo uprzejmie przekazał ją Vimesowi, który przeczytał szybko.
— To z sekarów! — zawołał. — Mamy Carcera otoczonego w Nowym Holu! Muszę tam iść natychmiast!
— Jakież to ekscytujące. — Vetinari wstał gwałtownie. — Wezwanie do pościgu. Ale czy konieczne jest, by wasza łaskawość uczestniczył w nim osobiście?
Vimes rzucił mu ponure spojrzenie.
— Tak — odparł. — Bo jeśli nie, widzi pan, to jakiś nieszczęsny dureń, którego sam wyszkoliłem, żeby robił to, co należy, spróbuje drania aresztować. — Zwrócił się do Marchewy. — Kapitanie, nie ma czasu do stracenia! Sekary, gołębie, kurierzy, wszystko… Wszyscy mają odpowiedzieć na to wezwanie, jasne? Ale nikomu, powtarzam, nikomu nie wolno próbować go zatrzymywać bez silnego wsparcia! Jasne? I niech Swires startuje. Ożeż…
— Co się stało, sir? — zapytał Marchewa.
— Wiadomość jest od Tyłeczek. Wysłała ją prosto tutaj. Ale co ona tam robi? Przecież nie jest z patroli, tylko z kryminologii! Będzie to załatwiać regulaminowo!
— A nie powinna? — zdziwił się Vetinari.
— Nie. Carcer wymaga strzały w nogę, żeby tylko zwrócić jego uwagę. Przy nim najpierw się strzela…
— …a potem zadaje pytania?
Vimes zatrzymał się w progu.
— Nie ma nic, o co chciałbym go zapytać — oświadczył.
Przy placu Sator Vimes musiał się zatrzymać dla złapania oddechu i to było okropne. Kilka lat temu tutaj dopiero nabierałby tempa! Ale burza sunąca nad równinami pchała przed sobą falę upału, a nie wypadało, żeby komendant dotarł na miejsce zasapany. Zresztą i tak, choć ukrył się za ulicznym straganem i odetchnął kilka razy, wątpił, czy stać go będzie na jakieś dłuższe zdanie.
Ku jego niewyobrażalnej uldze przy murze uniwersytetu czekała absolutnie cała i zdrowa kapral Cudo Tyłeczek. Zasalutowała.
— Melduję się, sir — powiedziała.
— Mm — mruknął Vimes.
— Zauważyłam dwa trolle kierujące ruchem drogowym. Więc posiałam je na Most Wodny. Potem zjawił się sierżant Detrytus i kazałam… to znaczy poradziłam mu, żeby wszedł na uniwersytet główną bramą i spróbował się dostać jak najwyżej. Przybyli sierżant Colon i Nobby, wysłałam ich na Most Spory…
— Dlaczego? — przerwał jej Vimes.
— Bo nie sądzę, żeby naprawdę próbował tamtędy uciekać — wyjaśniła Cudo ze starannym wyrazem niewinności na twarzy. Vimes musiał się powstrzymywać od potakiwania. — Kiedy dotrą następni, rozstawię ich dookoła. Ale przypuszczam, że wszedł wysoko i tam zostanie.
— Dlaczego?
— Bo jak zdoła się przebić przez tylu magów, sir? Ma najwięcej szans, kiedy spróbuje przekraść się po dachach i zejść na dół w jakimś spokojnym miejscu. Kryjówek jest dosyć, a nie schodząc na ziemię, może stąd dotrzeć aż na Zapiekanki Brzoskwiniowej.
Kryminologia, pomyślał Vimes. Ha! A jeśli mamy szczęście, to on nic nie wie o Buggym.
— Dobrze pomyślane — pochwalił.
— Dziękuję, sir. Czy zechciałby pan stanąć trochę bliżej muru, sir?
— Po co?
Coś stuknęło o bruk. Vimes rozpłaszczył się nagle na murze.
— On ma kuszę, sir — ostrzegła Cudo. — Sądzimy, że zabrał ją Wręcemocnemu. Ale nie strzela celnie.
— Brawo, kapralu — powiedział Vimes słabym głosem. — Dobra robota.
Rozejrzał się po placu. Wiatr szarpał markizami straganów, a kupcy, zerkając na niebo, okrywali swoje towary.
— Ale nie możemy mu pozwolić tam siedzieć — mówił dalej. — Zacznie strzelać na ślepo i w końcu kogoś trafi.
— Dlaczego miałby to robić, sir? — zdziwiła się Cudo.
— Carcer nie musi mieć powodów. Wystarczy mu pretekst.
Jakieś poruszenie w górze zwróciło jego uwagę. Uśmiechnął się.
Wielki ptak wzbijał się coraz wyżej nad miastem.
Czapla, stękając cicho, wznosiła się w szerokich, powolnych kręgach. Miasto zawirowało wokół kaprala Buggy’ego Swiresa, kiedy mocniej ścisnął kolanami, a potem wprowadził ptaka w lot nurkowy i wylądował chwiejnie na szczycie Wieży Sztuk, najwyższego budynku w Ankh-Morpork.
Zrzucił przenośny semafor — starczyło wyćwiczonym ruchem przeciąć sznurek — po czym zeskoczył na warstwę gnijących liści bluszczu i kruczych gniazd, które pokrywały szczyt wieży.
Czapla przyglądała mu się z okrąglooką głupotą. Buggy poskromił ją zwykłą metodą gnomów: należy pomalować się na zielono, jak żaba, i rechocząc, chodzić po mokradłach. Potem, kiedy czapla spróbuje go zjeść, trzeba wbiec jej po dziobie, przyłożyć z główki i zanim odzyska zmysły, dmuchnąć jej w nozdrza specjalnym olejkiem, którego przygotowywanie trwało cały dzień, a smród opróżniał budynek komendy. Wtedy wystarczy już, że raz na gnoma spojrzy, a wierzy, że jest jej mamą.