Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Letni deszcz. Kielich
Letni deszcz. Kielich - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Letni deszcz. Kielich

Электронная книга - «Letni deszcz. Kielich». Краткое содержание книги:

To miała być po prostu grabież jego życia, która raz na zawsze zapewni Twardokęskowi dostatnią starość na południowych wyspach, z dala od intryg bogów i szlacheckiej rebelii. Niestety, zbójca zdążył zasmakować w kompanii szlacheckich panów braci i szczerze podziela ich zamiłowanie do bitki, wypitki i obłapki. Znając zajadłość i dumę swoich nowych kamratów, wie też doskonale, że zechcą pomścić zniewagę i na wieść o zrabowaniu skarbca kapłanów w ślad za złodziejem puści się kilka setek szabel. Waha się więc i kręci, aż nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu kniaź, który akurat postanowił zbrojnie zdusić powstanie. Kiedy szlachta szykuje się do wielkiej bitwy, zbójca cichaczem wyrusza po wytęsknione bogactwo. Nie przeczuwa jednak, że Koźlarz także odrzucił wszelkie powinności, pozwalając, aby pochłonęła go kohorta martwych władców. Teraz powraca w rodzinne strony na czele nieludzkich wojowników, którzy za nic mają zaszczyty i bogactwo, a łakną jedynie zniszczenia i mordu. Powstrzymać może go tylko Szarka, która – spętana mocą cudownej wody ze źródła żmijów – wciąż śni na dalekiej Północy, usiłując poznać przyczynę swego przybycia do Krain Wewnętrznego Morza.
Zapewne jednak nie jest nią ratowanie z opałów zbójcy Twardokęska…
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 156
Перейти на страницу:

– A bodajby wciórności! – zaklął tamten ze złością.

Pan Krzeszcz poczuł, jak rękojeść wyślizguje mu się z palców. Pochwycił ją rozpaczliwie, spróbował szarpnąć ku sobie. Ostrze ani drgnęło.

– No, popatrzcie, ludzie, jakie cudeńka! – rozległ się za nim chrapliwy, pełen szyderstwa głos spichrzańskiego farbiarza. – Szalejuś się, stary, napił, że we ćmie z krzakami wojujesz?

Rozmodlenie pana Krzeszcza prysło bez śladu. Kątem oka dojrzał, jak bogini blednie i osuwa się w wodę, zmienia w słaby cień na powierzchni. Stał na niewielkiej kępie pośrodku bagniska, tuż przed karłowatą czeremchą i jego własny miecz był wbity głęboko w pień. Kwiaty dzięgielu błyskały tu i ówdzie w oparze jak błędne ogniki, będące duszami zmarłych, którym poskąpiono odkupienia.

Spichrzański rebeliant wygramolił się z błota i z krzywym uśmiechem popatrzał na pana Krzeszcza. W ręku trzymał końską szczękę na kiju, straszliwą broń żalnickiego chłopstwa. I znowu był pijany, choć pan Krzeszcz po wielekroć napominał go, by nieprzystojnym zachowaniem nie czynił sobie wstydu i ludzi do złego nie kusił.

– Ostrożnie z tym żeleźcem, ojciec – zakpił Siny Paluch – bo krzywdę jeszcze se zrobisz i nieszczęście będzie. No chowaj, powiadam! – huknął i potrząsnął kiścieniem. – Albo kulasy utrącę!

Pan Krzeszcz pospiesznie wyszarpnął ostrze i cofnął się o krok. Farbiarz uśmiechnął się krzywo.

– Tak lepiej – pochwalił z drwiną. – Bo takem sobie pomyślał, ojciec, że czas nam pogwarzyć. Jakoś się ostatnimi czasy nie składało. Ale ja człek cierpliwy, postanowiłem poczekać. I dzisiaj się los uśmiechnął. Popijam okowitkę, w gwiazdy patrzę, a tutaj się człek przekrada i w las jak zając kica. Patrzę lepiej, a to nikt inny, tylko umiłowany nasz prorok. Tedy pokicałem za wami, bo żal byłby wielki, gdybyście się nam mieli niecnie w bagnisku utopić.

– Bogini po mnie posłała – wtrącił oburzony pan Krzeszcz – i własną ręką wiodła…

– Takie brednie, ojciec – przerwał farbiarczyk – chamom możecie prawić. Mnie wasze omamy za jedno, więc pofolgujcie sobie. No, nie marszczcie się. – Zarechotał, widząc wzburzenie pana Krzeszcza. – Nie myśleliście chyba, że mnie wasza maskarada zwiedzie?

Istotnie, bez względu na wysiłki szlachcica nieszczęsny rebeliant pozostał obojętny wobec cudownych objawień, a los bogini uwięzionej w kamieniu nie obchodził go ani o jotę. Rwał się do bitek z Pomorcami i chętnie chadzał przeciwko szlacheckim dworcom. Jednak w chwilach szczerości, sowicie zakrapianej gorzałką, sprośnie wymyślał panu Krzeszczowi od oszustów i heretyków. Czasem wręcz straszył, że wyda go Pomorcom.

Szlachcic przyjmował groźby pokornie, podobnie jak nieprzystojne śpiewki zawodzone pijackim falsetem przez farbiarza o zmierzchu, kiedy całe obozowisko zbierało się na pospólnych modłach. Milczał, choć łotr snuł szydercze opowieści, jak naszedł proroka półprzytomnego ze strachu w chaszczach u Spichrzy. Przymykał oczy, gdy bezbożnik podkradał grosze ze wspólnej szkatuły, aby mieć za co na jarmarku pić i łajdaczyć się z wszetecznymi dziewkami. Słowem, pan Krzeszcz cierpiał wielce. Wszelako nie tracił nadziei, iż Bad Bidmone pokara bluźniercę i sprowadzi Pomorców, którzy obwieszą go na solidnym konopnym sznurze.

Bogini jednak zwlekała. Farbiarz nieodmiennie powracał do obozowiska bez złamanego szeląga, w przyodziewku splugawionym i podartym, niosąc za sobą odór rozpusty i przeniewierstwa. A kiedy go pan Krzeszcz próbował napominać łagodnymi słowy, prostak śmiał mu się w twarz i szydził bezczelnie.

– Milczycie, ojciec? – zapytał farbiarz. – I dobrze, nie trza jęzora po próżnicy strzępić. Ja tedy będę gadał. Krzywda mi się dzieje, ojciec, i dalej tak być nie może. Chcecie się w zbawcę i proroka bawić, wasza wola, ale ja ani myślę suszyć czy grzbiet korbaczem smagać. Owszem, jeśli trzeba tumult wszcząć albo z pachołkami się bić, mogę was w misjonarskiej robocie wspomóc, czemu nie? Nie pierwszyzna mi jaśnie panów trzepać. Ale za jedno mi, przed jaką kukłą kniaź bije pokłony. Bo każdą można zabić. – Oblizał się drapieżnie. – Dobrzem to zapamiętał z naszego karnawału.

Na podobne bluźnierstwo pan Krzeszcz mimowolnie opuścił dłoń na rękojeść miecza.

– No, no! – Farbiarz znów pogroził mu kiścieniem. – Nie bądźcie, ojciec, zbyt krewki, bo tak wam przyłożę, że nie jedną boginię, lecz wszystkie zobaczycie. Trzeba nam szczerze pogadać. Przyznaję, łebski z was człowiek, ale samolubny. Chcecie panów łupić i mieszczan z majątku obdzierać? Piękna intencja i pierwszy wam przyklasnę. Jednak po co łup palić – ciągnął z rosnącym oburzeniem – i dobytek marnować? Rozumiem, że można pana dla uciechy obwiesić albo gołego po śniegu kańczugami pognać. Lecz dziewkom po co łby golić i to młodym, nadobnym? Po co luzem je puszczać, nie wyonacywszy nawet na sianie? I beczki z winem rozbijać? Przecie marnotrawstwo czyste!

– Chciwość grzech jest! – nie zdzierżył pan Krzeszcz. – Takoż rozpusta, pijaństwo!

– Nie chcecie, nie grzeszcie! – warknął przez zaciśnięte zęby farbiarczyk.

Pan Krzeszcz wbił spojrzenie w trawę. Farbiarz był człekiem podłym, zaprawionym w mordach, przy tym krętaczem i okrutnikiem. Bez skrupułów mógł rozszczepić człeka kiścieniem, a martwego w bagno wrzucić, więc pan Krzeszcz cofnął się przezornie na sam kraniec kępy. I nagle coś błysnęło u brzegu, na wolnej od rzęsy i szuwarów powierzchni bagniska. Serce zabiło mu żywiej. Bogini była tuż obok, ukryta w mętnej wodzie. Białe giezło otulało ją jak plama księżycowego światła, a wokół falowały pasma moczarki i wełnianki. Wydało mu się, że popatrzyła prosto na niego. W ręku trzymała miecz i wyciągała go ku panu Krzeszczowi ku górze, aż zląkł się, by ostrze nie przebiło powierzchni.

– Przecie wam dziewek nie stręczę – ciągnął rebeliant. – Wyście człek stary, sterany, wam wszystko jedno. Ale mnie nie. I nie dam się przymusić do waszego szaleństwa. Dosyć żem się nacierpiał. – Splunął z obrzydzeniem. – Te wszystkie posty, modlitwy, nocne czuwania i śpiewy. Jakbym znów w farbiarni robił!

Szlachcic skinął głową, lecz ukradkiem spozierał w bok, ku Bad Bidmone. Bogini uśmiechnęła się, a za jej plecami, w kłębach mułu, zaczęły się rysować inne postaci. Unosiły się z wolna, nabierały ludzkich kształtów. Kiedy były tuż przy powierzchni wody, pan Krzeszcz zobaczył wyraźnie twarze ofiar moru, obrzmiałe i przegniłe.

– I dlatego powiadam, ojciec, dość tego! – perorował dalej farbiarz. – Wystarczy. Teraz chcę dziewek, miodziku zacnego, porządnej strawy. A złotem, coście je w pańskich dworach, ojciec, zrabowali, jakoś się podzielimy – zawiesił głos. – Słuchasz mnie, ojciec? – ponaglił, gdy tamten wciąż nie odrywał oczu od tafli bajora.

– A jak nie? – zapytał powoli pan Krzeszcz.

Palce upiorów niecierpliwie przebiegały po wodzie, marszcząc ją w drobne fałdki. Szlachcic nie widział już bogini. Odeszła, choć upiory pozostały. Ale to nie były topielce, nie próbowały go pochwycić ani ściągnąć w głębinę. Spojrzał im prosto w oczy. I nabrał pewności.

Nie bez powodu Bad Bidmone przyszła do niego w wieńcu z ludzkich głów i powiodła go w głąb Trzęsawiska Moru.

– Co jak nie? – zeźlił się farbiarz.

– Jak się nie podzielimy – wyjaśnił cierpliwie pan Krzeszcz. – Bo nie moje to złoto, żebym się miał nim dzielić.

Farbiarz na chwilę zastygł ze zdumienia. Nie spodziewał się podobnej wymówki.

– A niby czyje? – roześmiał się nieco fałszywie.

– Jej!

Chmura zasłoniła księżyc. Z biegłością, nabytą podczas niezliczonych karczemnych burd, zajazdów i pijackich potyczek, pan Krzeszcz wydobył miecz i ciął farbiarza przez szyję. Nawet nie poczuł oporu, tylko kilka kropelek krwi upadło mu na twarz. Usta rebelianta poruszały się jeszcze, kiedy jego głowa wyprysnęła w powietrze i poszybowała ku ciemnej powierzchni bagniska. Pan Krzeszcz miał wrażenie, że z głębi moczaru uniosły się zachłanne ręce upiorów, pochwyciły ją i wciągnęły w topiel.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 156
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)