Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]
Dzieci Diuny [Children of Dune - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]

Электронная книга - «Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]». Краткое содержание книги:

Po dziewięciu latach, odkąd Paul Muad’Dib zgodnie ze zwyczajem odszedł na pustynię, na Diunę powraca jego matka, lady Jessika. Plotka głosi, że ponownie została członkinią zakonu żeńskiego Bene Gesserit i ma jakieś szczególne plany w stosunku do swoich wnucząt: Leto i Ganimy – osieroconych przez Paula i Chani spadkobierców Imperium… Arraksis w coraz mniejszym stopniu przypomina planetę sprzed zapoczątkowania Ekologicznej Transformacji Diuny — niekończące się obszary pustyni coraz częściej ustępują wielkim połaciom zieleni…
Od pewnego czasu w mieście Arrakin pojawia się starzec zwany Kaznodzieją i wygłasza dziwne przemowy do wciąż tłumnie przybywających na Diunę pielgrzymów. Kim jest? Czy tylko na wpół szalonym mistykiem, czy może kimś więcej?
1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 123
Перейти на страницу:

Pozornie bez związku, Farad’n spytał:

— Wiecie, co uważam za najciekawsze w historii Arrakis? Fremeński zwyczaj z dawnych czasów: zabijanie od ręki nie ubranych w filtrfrak.

— Dlaczego fascynujesz się filtrfrakami? — zapytał Tyekanik.

— Więc nic nie zauważyliście?

— Cóż takiego mieliśmy zauważyć? — zapytała ironicznie Wensicja. Farad’n posłał matce zirytowane spojrzenie. Dlaczego przeszkadza właśnie teraz? Odwrócił wzrok na Tyekanika.

— Filtrfrak jest kluczem do charakteru Arrakis, Tyek. To piętno Diuny. Ludzie skłaniają się do skupienia na fizycznych opisach: filtrfrak chroni wilgoć ciała, włącza ją w obieg i czyni możliwym przetrwanie w trudnych warunkach. Wiesz, obyczaj Fremenów pozwalał na dawanie po jednym filtrfraku każdemu członkowi rodziny, z wyjątkiem tych, którzy zdobywali żywność — oni mieli ich więcej. Proszę jednak, zauważcie oboje — gestem ręki włączył w dyskusję matkę — że ubiory, które udają filtrfraki, ale naprawdę nimi nie są, stały się modne w całym Imperium. Górę wzięła powszechna u ludzi cecha: kopiować zwycięzcę!

— Naprawdę sądzisz, że ów szczegół ma jakieś znaczenie? — zapytał zdezorientowany jego tonem Tyekanik.

— Tyek, Tyek… Bez takich informacji nie można byłoby rządzić! Powiedziałem, że filtrfraki są kluczem do ich charakteru, bo są! Filtrfrak to coś konserwatywnego, zachowawczego.

Tyekanik spojrzał na Wensicję, która patrzyła na syna, marszcząc ze zmartwienia brwi. Ta cecha Farad’na zarówno przyciągała, jak i martwiła baszara. Zbyt różnił się od Szaddama, który stanowił wcielenie ideału sardaukara: był zmilitaryzowanym zabójcą o bardzo niewielu hamulcach. Ale Szaddam poddał się Atrydom dowodzonym przez przeklętego Paula. Rzeczywiście, to co okazywał teraz Farad’n, przypominało cechy, o których czytał, że posiadał je Paul Atryda. Być może Farad’n mniej wahałby się pomiędzy niezbędnymi, okrutnymi decyzjami niż Atrydzi, lecz tylko dlatego, że przeszedł sardaukarskie szkolenie.

— Wielu rządziło, nie zbierając tego rodzaju informacji — stwierdził Tyekanik.

Farad’n popatrzył nań przez chwilę i rzekł:

— Rządziło i upadło.

Usta Tyekanika ściągnęły się w prostą kreskę. Pojął oczywistą aluzję odnoszącą się do klęski Szaddama. Była to również klęska sardaukarów. I żaden z nich nie potrafił wspominać jej równie lekko.

Poczyniwszy tę uwagę, Farad’n dodał:

— Widzisz, Tyekanik, nigdy w pełni nie doceniono wpływu warunków życia danej planety na masy nieświadomych tubylców. Aby pokonać Atrydów, musimy pojmować nie tylko Kaladan, ale i Arrakis: pierwsza jest łagodna, a druga to grunt wymagający twardych decyzji. Jak doszło do asymilacji Atrydów i Fremenów? Bez rozwiązania tej zagadki nigdy nie zdołamy tego powtórzyć i znów zostaniemy pokonani.

— A cóż to ma wspólnego z ofertą Idaho? — zapytała z naciskiem Wensicja.

Farad’n popatrzył z góry na matkę.

— Zaczniemy walkę od wprowadzenia w ich społeczeństwo pewnego rodzaju presji. Presja jest potężnym narzędziem, jej brak również. Nie zauważyłaś, jak Atrydzi stopniowo łagodzili obyczaje Fremenów?

Tyekanik skinął głową, wyrażając aprobatę. Celna uwaga. Nie można pozwalać na zbytnie łagodzenie dyscypliny sardaukarów. Jednak niepokoiła go wciąż propozycja Idaho.

— Może lepiej odrzucić tę ofertę? — powiedział.

— Jeszcze nie — odezwała się Wensicja. — Mamy otwarty cały wachlarz decyzji, naszym zadaniem jest rozpatrzenie możliwie dużej ilości wariantów. Mój syn ma rację — potrzebujemy więcej informacji.

Farad’n popatrzył na nią, rozważając znaczenie wypowiedzianych przez matkę słów.

— Ale czy nie miniemy punktu, poza którym nasze decyzje nie będą miały znaczenia? — zapytał.

Z ust Tyekanika dobył się gorzki śmiech.

— Jeżeli o mnie chodzi, uważam, że dawno minęliśmy punkt, z którego nie ma powrotu.

Farad’n odrzucił w tył głowę i roześmiał się w ślad za nim.

— Ale wciąż jeszcze mamy możliwość wyboru, Tyek.

W tym wieku, gdy środki ludzkiego transportu obejmują urządzenia potrafiące pokonywać w transczasie głębię przestrzeni i inne delikatnie przenoszące ludzi przez rzeczywiście niedostępne dla ich stóp planetarne powierzchnie, dziwna jest myśl o podejmowaniu pieszo dalekich podróży. Mimo to sposób ten pozostaje podstawowym na Arrakis. Fakt ów przypisywany jest częściowo świadomemu wyborowi, a częściowo brutalnemu traktowaniu, jakie planeta zachowuje dla wszystkiego, co mechaniczne. W ograniczeniach narzucanych przez Arrakis człowiek jest najwytrzymalszym i najbardziej niezawodnym elementem Hadżdż. Być może milcząca świadomość tego faktu czyni Arrakis ostatecznym zwierciadłem duszy.

z „Poradnika Hadżdż”

Powoli i ostrożnie Ghanima dotarła z powrotem do siczy Tabr, trzymając się najgłębszych cieni wydm. Przycupnęła w milczeniu, gdy ekipa poszukiwaczy przechodziła obok. Nie opuszczała jej straszna świadomość: czerw, który zabrał tygrysy i ciało Leto, był ledwie wstępem do czekających ją niebezpieczeństw. Leto odszedł, i to odszedł na zawsze. Opanowała łzy i zapamiętała się w gniewie. Stała się czystą Fremenką i wiedziała o tym, sycąc się uzyskaną wiedzą.

Zrozumiała wszystko, co mówiono o Fremenach. Krążyły plotki, że nie mają sumienia, gdyż spłonęło w konfrontacji z pragnieniem zemsty na tych, którzy wypędzali ich z planety na planetę. Oczywiście, to zwykła głupota. Tylko najprymitywniejszy dzikus nie posiada sumienia. Fremeni mieli je bardzo wysoko rozwinięte, a koncentrujące się na pomyślności narodu. Tylko obcym wydawali się brutalni — tak jak obcy wydawali się brutalni Fremenom. Każdy Fremen wiedział bardzo dobrze, że może dokonać brutalnego czynu i nie mieć z tego powodu wewnętrznych wyrzutów. Fremeni nie odczuwali winy robiąc rzeczy, które wywoływały to uczucie w innych. Rytuały ofiarowywały im wolność od grzechów, które inaczej mogłyby przynieść ogólną zagładę. Wiedzieli, że każdy występek można usprawiedliwić, przynajmniej po części, dobrze znanymi okolicznościami łagodzącymi: „nieopanowaniem”, czy „naturalnie” złymi skłonnościami, będącymi udziałem wszystkich ludzi, albo „brakiem szczęścia”, które odczuwali jako zderzenie pomiędzy śmiertelnym ciałem, a zewnętrznym chaosem wszechświata.

Na tym tle Ghanima postrzegała siebie jako czystą Fremenkę, starannie przygotowaną do dozwolonej plemiennej brutalności. Potrzebowała celu — a tym celem był bez wątpienia ród Corrinów. Marzyła o ujrzeniu krwi Farad’na rozlanej u swych stóp.

Przy kanacie nie czekał na nią żaden wróg. Nawet ekipy poszukiwawcze rozeszły się na wszystkie strony. Przecięła kanat, idąc po mostku bez poręczy. Potem podczołgała się przez wysoką trawę ku ukrytemu wejściu do siczy. Wstała, aby zorientować się w sytuacji. Nagle w przodzie zabłysły światła i Ghanima rzuciła się płasko na ziemię. Wyjrzała przez łodygi wyrośniętej lucerny. Jakaś kobieta weszła z zewnątrz w otwór ukrytego przejścia. Ktoś pamiętał o tradycyjnym przygotowaniu wejścia do siczy. W czasie kłopotów każdego, kto wchodził do siczy, witało się jaskrawym światłem, oślepiającym na chwilę przybysza i dającym czas strażnikom na decyzję. Nigdy jednak takie przywitanie nie powinno być widoczne daleko na pustyni. To, że Ghanima dostrzegła światło, oznaczało, że ktoś zdjął zewnętrzną grodź.

Ghanima poczuła przypływ gniewu na tak jawne zaniedbanie bezpieczeństwa siczy: palące się otwarcie światło. Zgroza.

1 ... 54 55 56 57 58 59 60 61 62 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)