Boża klepsydra [Deepsix - pl]
- Автор: Макдевит Джек
- Год: 2007
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-89951-77-0
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Boża klepsydra [Deepsix - pl]». Краткое содержание книги:
Na kilka tygodni przed spodziewanym zniszczeniem planety Deepsix w wyniku kolizji z gazowa planetą-gigantem, badacze odkrywają ruiny na powierzchni globu, które mogą oznaczać, że istnieje tam cywilizacja. Akademia nakazuje naukowcom z przelatujących w pobliżu statków, żeby ci wylądowali na powierzchni planety i przeprowadzili niezbędne analizy artefaktów. Dodatkowo do grupy naukowców dołącza popularny z powodu swojego ciętego języka i wyrazistych poglądów znany w całej galaktyce publicysta, który nigdy wcześniej nie opuścił Ziemi. Kiedy lądowniki ekspedycji zostają zniszczone, na skutek trzęsienia ziemi spowodowanego zbliżaniem się gazowego giganta, ekipa musi znaleśc sposób na opuszczenie planety zanim dojdzie do kolizji.
— Nieźle — odparła Hutch. — Dwadzieścia kilometrów.
— Dwadzieścia?
— No, dziewiętnaście. Ale to i tak nieźle.
Chiang spędził cały wieczór dodając sobie odwagi. Kiedy pnie były ścięte, a pnącza zebrane, Kellie usiadła z boku, jedząc. Gdy skończyła i włączyła z powrotem skafander, pomyślał, że to chyba dobry moment. Przełączył się na prywatny kanał i przystąpił do dzieła.
— Kellie. — Glos mu drżał.
Zwróciła się w jego stronę, w świetle ogniska nie było wyraźnie widać jej twarzy. Patrzył na tańczące na niej cienie i wydała mu się najpiękniejszą kobietą, jaką widział w życiu.
— Tak, Chiang?
Ruszył w jej stronę, by natychmiast uznać, że lepiej będzie zostać na miejscu.
— Ja… chciałem ci powiedzieć, że cię kocham.
Długa cisza. Cienie nadal tańczyły.
— Szukałem okazji, żeby ci o tym powiedzieć.
Skinęła głową.
— Wiem.
To wytrąciło go z równowagi.
— Wiesz?!
Nigdy jej nic nie mówił.
— Pewnie.
Wstał, czując, że musi coś zrobić, ale przysiadł i pogrzebał w ognisku.
— A mogę spytać, co ty na to?
— Lubię cię — odparła cicho.
Czekał.
Chyba była trochę zagubiona. Zastanawiał się, czy szuka w sercu jakichś uczuć do niego, czy też myśli, jak tu bezboleśnie dać mu kosza.
— Nie wiem — rzekła łagodnie. — Okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, są takie, że… Trudno mi dojść do jakichś wniosków.
— Rozumiem — rzekł.
— Nie wiem, czy rozumiesz, Chiang. Wszystko jest teraz jakieś takie… intensywne. Nie ufam własnym uczuciom. Ani twoim. Bardzo emocjonalnie do wszystkiego podchodzimy. Poczekajmy, aż znajdziemy się z powrotem na pokładzie „Wendy”. Kiedy już nie będziemy stali okrakiem między życiem a śmiercią. Jeśli wtedy spróbujesz jeszcze raz, z przyjemnością to usłyszę.
Nightingale objął wachtę. Obejrzał teren biwaku, od razu znalazł kilka miejsc, z których coś mogło niepostrzeżenie się podkraść, i uznał, że najlepiej będzie zająć stanowisko przy rzece, gdzie znajdowała się połać pustej ziemi. Chiang wziął pojemnik na wodę i poszedł nad rzekę. MacAllister nazbierał trochę gałęzi i rozpalił ogień. Kobiety podjęły dyskusję nad planowanym wyglądem tratwy.
Nightingale przyglądał się wodzie. Przy brzegu była płytka, ale błotnista i ciemna. Zobaczył, że Chiang się krzywi i wchodzi do wody. Nightingale spytał go, co robi, a Chiang wyjaśnił, że tam woda jest czystsza. Nabrał trochę i chyba nadal nie był zadowolony z wyniku, bo ją wylał i wszedł głębiej.
— To nie jest dobry pomysł — mruknął Nightingale. — Daj sobie spokój. Wymyślimy coś innego.
— To nie… — Wyraz twarzy Chianga zmienił się nagłe. Zaczął krzyczeć. Coś złapało go za stopę. Upadł i zniknął pod wodą.
Nathingale wyszarpnął laser, włączył go i pobiegł w stronę Chianga. Nie wiedział, dlaczego Chiang upadł, ale dostrzegł szaroniebieskie macki.
Coś go złapało, owinęło się wokół jego kostki i próbowało wciągnąć go pod wodę. Potem złapało go za ramię. Nathingale strzelił w wodę. Skądś trysnęła ciecz koloru błota. O mało nie upuścił lasera.
Przybiegł MacAllister z laserem w dłoni i rzucił się w sam środek bitwy. Strzelał dookoła jak szalony. Woda zasyczała, macki eksplodowały. Nathingale uwolnił siebie, a potem Chianga. Zanim przybiegły kobiety, było już po wszystkim, parę sekund po tym, jak walka się zaczęła.
— Wszystko w porządku, drogie panie — oświadczył MacAllister, dmuchając w laser jak w lufę staroświeckiego rewolweru. — Już po strzelaninie.
Tej nocy widzieli już wyraźnie tarczę Morgana. Przypominała malutki półksiężyc.
Rankiem zmontowali tratwę. Powiązali pnie ze sobą i przycięli je. Hutch, niepewna swoich umiejętności inżynierskich, zarządziła zamocowanie elementów skośnych, które miały wzmocnić tratwę. Wycięli wiosła i drągi, odbyła się też dyskusja na temat żagla, ale Hutch ją ucięła, mówiąc, że i tak nie potrafią go zmontować.
Wyglądało na to, że nocowali przy wodopoju. Zwierzęta pojawiały się od czasu do czasu, patrzyły z ciekawością na przybyszów, utrzymywały dystans, zanurzały pyski w wodzie, po czym znikały w lesie.
Gdy tratwa była gotowa, słońce świeciło już wysoko. Ciesząc się, że mogą znów wyruszyć, weszli na pokład i odbili od brzegu.
Dzień był nienaturalnie ciepły. Prawie tak ciepły, że można było wyłączyć skafandry. MacAllister usiadł na przodzie z zamiarem czerpania przyjemności z przejażdżki.
Wypatrzyli wcześniej miejsce nadające się do lądowania. Był tam kawałek plaży i wyglądało na to, że nie ma skał. Miejsce znajdowało się jakieś pół kilometra w dół biegu rzeki.
Nightingale przyglądał się mijanym brzegom. W końcu zwrócił się do Hutch.
— To była zbrodnia, zostawić tak tę planetę — mruknął.
— Akademia twierdzi, że mieli ograniczone środki.
— To takie oficjalne gadanie. Tak naprawdę chodziło o walkę o władzę na dość podrzędnym poziomie. Dyskusja nad eksploracją była jak przeciąganie liny. Wygrała niewłaściwa strona i już tu nie wróciliśmy. — Spojrzał na czubki drzew. — Nigdy nie miało to ze mną nic wspólnego, ale wziąłem winę na siebie.
MacAllister zasłonił oczy przed słońcem.
— Przerażająca dzicz — rzekł.
— Nie wiedział pan o tym, panie MacAllister? — spytał Nightingale.
— Nie wiedziałem o czym?
— Że przyczyną decyzji była polityka wewnętrzna. I że zrobiono ze mnie kozła ofiarnego.
MacAllister wydał długie westchnienie.
— Randall — rzekł — zawsze istnieje coś takiego jak polityka wewnętrzna. Nie sądzę, że ktokolwiek przypuszczał, iż to ty jesteś winien zakazu eksploracji. Po prostu ułatwiłeś to ludziom, którzy mieli inne priorytety. — Spojrzał w dół rzeki. — Co za szkoda, że nie możemy popłynąć tą tratwą aż do lądownika.
Kellie obserwowała coś za nimi. Nightingale obrócił się i zobaczył stado ptaków lecących wolno z tyłu, ze stałą prędkością. Nie, nie ptaków, poprawił się. Przypominały raczej nietoperze.
Ustawiły się w klucz w kształcie litery V, z węższą częścią skierowaną w ich stronę.
Nie, to nie były także nietoperze. Zmylił go rozmiar, ale w rzeczywistości przypominały raczej ważki.
Ważki? Ich ciało było podzielone na segmenty długości przedramienia. Miały podobną rozpiętość skrzydeł jak pelikany. Zaniepokoiła go szczególnie jedna rzecz: miały trąbki przypominające sztylety.
— Spójrzcie w górę — rzekł. Wszystkie oczy skierowały się do tyłu.
MacAllister wstał i wyjął laser.
— Dobrze — powiedział. — Witajcie na Deepsix, gdzie komary obalają ludzi na ziemię i dopiero wtedy kąsają.
— Chyba są nami zainteresowane — zauważyła Hutch.
Zauważyli, że pojawił się kolejny problem: byli już prawie na środku rzeki i prąd znosił ich szybciej, niż przewidywali. Było oczywiste, że nie trafią w wyznaczony punkt.
Rzeka była zbyt głęboka, by użyć drągów. Chiang i MacAllister złapali za wiosła i szaleńczo wiosłowali, ale nie udało im się wiele zyskać i mogli tylko patrzyć, jak mijają upatrzoną plażę.
Ważki trzymały się tuż za nimi.
Widać było, że się jakoś porozumiewają. Wykorzystywały wiatr, czasem tylko machając skrzydłami, by nieco przyspieszyć.
— Jak sądzisz, czy one mogą być mięsożerne? — zwróciła się do Nightingale’a Hutch.