Stawka Większa Niż Życie Tom – II
- Автор: Zbych Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Классическая проза
Электронная книга - «Stawka Większa Niż Życie Tom – II». Краткое содержание книги:
Niełatwo przełamywać nieufność, nie mówiąc nic o sobie i niczego nie tłumacząc. Oczywiście: nie mówiąc, ale przecież dekonspirując się, bo Barbara Stecka, tak nazywała się dziewczyna, widziała już dosyć, by zrozumieć prawie wszystko. Musiała zresztą uwierzyć, że są Polakami „stamtąd", jeśli chciał wydobyć z niej cokolwiek interesującego. Najpierw opowiedziała swą przygodę z SS-manem. Pani, żona profesora Glassa, wysłała ją do apteki. Gdy dobiegała do rynku, zawyła syrena i zobaczyła nasze – to słowo wymawiała z naciskiem i dumą – nasze samoloty.
Przeczekała nalot w bramie, a gdy znowu zawyła syrena, ujrzała na chodniku ulotki. Nikogo nie było, więc podniosła jedną: była pisana po polsku i po niemiecku, wzywała Niemców do zaprzestania walki… Nie zdążyła jej zresztą przeczytać do końca, schyliła się raz jeszcze, by zebrać więcej i zanieść potem do fabryki, gdy zaskoczył ją ten SS-man. Stał widać w jakiejś bramie. Krzyknął: Halt! a ona zaczęła uciekać, skręciła w Kaiserstrasse, potem zobaczyła ten wypalony dom, myślała, że ukryje się gdzieś w gruzach. Przestraszył ją napis: Achtung! Minen! nie miała jednak wyboru, było jej zresztą wszystko jedno…
– Powinnam już wrócić – zaniepokoiła się. – Glassowa jest strasznie podejrzliwa.
Kloss nie podejmował jeszcze decyzji, chciał wiedzieć jak najwięcej, szczegóły, drobiazgi, ona odpowiadała ze zdziwieniem, nie rozumiała sensu tych pytań. Jak wygląda mieszkanie Glassów? Rozkład dnia? O której profesor wraca z fabryki? O której kładzie się spać? Wreszcie – fabryka. Barbara Stecka zawahała się jednak, zanim zaczęła mówić…
– Dziewczyno – powiedział sierżant. – Domyślasz się, po co tu jesteśmy? Nie chcesz nam pomóc?
Więc w fabryce pracują Polacy, Francuzi, Rosjanie, Jugosłowianie… Teraz odcięci od świata, nikomu nie wolno opuszczać baraków obozowych. Ją znają oczywiście wszyscy, i warta także, bywa w fabryce, czasem posyła ją Glassowa do męża, czasem majster Kroll da przepustkę, jeśli jest coś do załatwienia… Powoli dowiadywał się Kloss szczegółów o działającej w fabryce organizacji. I powoli powstawał plan akcji, w której Barbara Stecka miała odegrać niepoślednią rolę.
3
Był to, tak przynajmniej sądził profesor Glass, ostatni dzień istnienia fabryki w Kolbergu. Przed wojną wytwarzała radioodbiorniki, teraz stała się jednym z ważnych zakładów przemysłu wojennego. To on, Glass, opracował schematy produkcji, a w swoim laboratorium przygotowywał nowe modele aparatów sterowniczych. Znał tu każdą maszynę i odczuwał niemal fizyczny ból patrząc na rozpoczęty demontaż. Robotnicy z literami „P" i „Ost", przyszytymi do kombinezonów pracowali w wielkiej hali pod nadzorem niemieckich majstrów. Obie zmiany, bez przerwy od wielu godzin. Czy zdążą? Glass obserwował demontaż przez oszkloną ścianę dyżurki. Wydawało mu się, że pracują zbyt wolno, że w tym tempie nie zdążą nawet przygotować do transportu najcenniejszych obrabiarek. To zresztą nie jego wina. Rozkaz ewakuacji należało wydać wcześniej. Powiedział to Brunnerowi, gdy sturmbannfuehrer zjawił się u niego w gabinecie. Było tu przytulnie i zacisznie, dźwiękochłonne płyty na drzwiach izolowały sanktuarium profesora od hal fabrycznych.
– O trzeciej trzydzieści rano przyślę ciężarówki – oświadczył Brunner.
– Nie zdążę. – Profesor Glass nie patrzył na gestapowca. Pogardzał takimi jak on i to uczucie, starannie zresztą ukrywane, sprawiało mu satysfakcję.
– Musi pan zdążyć. Zniszczymy to, czego nie zdążymy ewakuować.
– Chcecie zniszczyć fabrykę?
– Oczywiście – powiedział Brunner. – Wysadzimy w powietrze. Myślał pan, że przekażemy Polakom?
To, że jutro lub pojutrze mogą tu być Polacy, było dla Glassa ciągle możliwością teoretyczną. Wiedział i nie umiał u wierzyć…
– Co stanie się z załogą? – zapytał.
– O kim pan mówi? O tej cudzoziemskiej hołocie? Co to pana obchodzi? Ja się tym zajmę…
– Chciałbym jednak wiedzieć. -W gruncie rzeczy było to kłamstwo, właśnie nie chciał wiedzieć, lecz chciał odciąć się, odseparować od tego, na co i tak me miał żadnego wpływu. Protestować? Jakie mogą mieć znaczenie protesty?
Brunner uśmiechnął się.
– Niech pan myśli o maszynach. I o sobie. Należy pan do nielicznych szczęśliwców, których ewakuujemy z tego miasta. Proszę przygotować dokumenty. I spalić wszystko, czego nie zdoła pan zabrać. – Sturmbannfuehrer zdusił w popielniczce nie dopalonego papierosa i opuścił gabinet.
Kierownika wydziału elektrycznego fabryki, inżyniera Alfreda Krolla, znalazł w dyżurce. Kroll siedział przed mikrofonem, jego głos, przekazywany przez wzmacniacze, rozlegał się w hali fabrycznej.
– Powtarzam – mówił Kroll – że robotnikom cudzoziemskim nie wolno bez specjalnego zezwolenia opuszczać zakładu. Każde wyjście poza teren fabryki będzie traktowane jak ucieczka. Przypominam, że robotnik jugosłowiański Christo Tretniew za próbę ucieczki został wczoraj skazany na śmierć. – Wyłączył mikrofon. Brunner uśmiechnął się i skinął aprobująco głową.
– W porządku, inżynierze Kroll – powiedział. – Trzeba to im powtarzać nieustannie.
Kroll wstał. Poruszał się z trudem, nie przywykł jeszcze do protezy, która od paru miesięcy zastępowała mu praWą nogę, amputowaną w szpitalu polowym pod Mińskiem. Brunner oczywiście wiedział o nim wszystko: i to, że Kroll otrzymał Żelazny Krzyż za bitwę pod Moskwą, i to, że nie wstąpił do NSDAP, i to wreszcie, że jego stryjeczny brat, pracujący w tej samej fabryce majster Kroll, miał matkę Polkę. Należało na inżyniera uważać i trzymać go mocno w garści; był teraz potrzebny, bardzo potrzebny.
– Ukończył pan zaminowanie fabryki?
– Tak jest – powiedział Kroll. I dodał: – Wykonałem rozkaz.
– Teraz niech pan posłucha: o trzeciej trzydzieści przyjadą ciężarówki.
– Za wcześnie.
– O trzeciej trzydzieści. Przedtem należy uzbroić wszystkich Niemców-spojrzał na zegarek-broń jest już dostarczona. Załoga niemiecka odjedzie ciężarówkami.
– A robotnicy zagraniczni?
– Pan żartuje, Kroll. Dlaczego pana także obchodzi los tych ludzi?
– Pracowałem z nimi. Niektórzy z nich to już fachowcy.
– Dosyć! – Brunner nie zamierzał podejmować jakiejkolwiek dyskusji z Krollem. – Oni zostaną tutaj.
– Nie rozumiem.
– Już pan rozumie. Tylko bez głupstw. To jest front, Kroll, a pan wie, że na froncie wykonuje się wszystkie rozkazy.
– Wiem – powiedział inżynier i pokuśtykał na swojej protezie w kierunku drzwi. – Czy to już wszystko?
– Wszystko. Klucz od magazynu z bronią ma dowódca straży fabrycznej.
– Wiem.
Brunner opuścił fabrykę, a Kroll, opierając się na lasce, poszedł halą fabryczną wzdłuż obrabiarek przygotowanych do demontażu. Starał się nie patrzeć na robotników, przyspieszał nawet kroku, co przychodziło mu przecież z trudem, ale czuł ich spojrzenia, ogarniał go jednocześnie strach, nienawiść, litość. Ci ludzie zginą, a ich śmierć obciąży także jego, Krolla, uczciwego frontowego oficera. Czy obciąży naprawdę? Przy końcu hali, przy nieczynnym już pulpicie sterowniczym, odgrodzonym od maszynowni szklaną ścianką, zobaczył swego brata stryjecznego, majstra Jana Krolla. Nigdy się nie lubili, a jednak istniała między nimi więź, której nie chcieli lub nie umieli zerwać. Życie ich od lat najmłodszych układało się odmiennie. Matka Jana była Polką, a jego ojciec, stryj Alfred, twierdził, że także rodzina Krollów jest pochodzenia polskiego, że jeszcze ich dziadek w czasach swej młodości podpisywał się po prostu „Król". Inżynier Kroll nigdy o tej rzekomej polskości nie myślał, a majster Kroll, wychowany przez matkę, ciągle i zdaniem Alfreda całkowicie niepotrzebnie ją podkreślał. Nic dziwnego więc, że ich losy kształtowały się różnie. Alfred skończył studia, Jana wyrzucono z uniwerku. Alfred został oficerem i poszedł na front, Jan był robotnikiem, później majstrem w tolberskiej fabryce. Stał się ostrożniejszy, nie mówił głośno o polskości, a profesor Glass wyreklamował go z wojska.
Jan Kroll był mężczyzną barczystym, wysokim, o włosach już siwiejących. Nabijał właśnie fajkę, gdy w drzwiach sterowni stanął Alfred.
– O trzeciej trzydzieści – powiedział. – O trzeciej trzydzieści przyjeżdżają ciężarówki.
Majster wzruszył ramionami i wskazał Alfredowi miejsce przy pulpicie.
– A co z nimi? – zapytał.
– A jak myślisz? -wybuchnął nagle inżynier. – Ze ich ewakuują? Ze pozwolą im tu zostać?
– Trzeciego wyjścia nie ma.
– Jest! – Alfred wybuchnął nagle śmiechem. Dławiła go złość. Oto przychodzi klęska, a on nic nie osiągnął; stracił tylko nogę, a byle gestapowiec traktuje go jak parobka. I zrobił to, czego mu nie wolno było robić. Powiedział.
Majstrowi zgasła fajka. Wysypał tytoń na podłogę.
– I co ty? – zapytał. – I co ty? – krzyknął nagle, a zdarzało się bardzo rzadko, żeby Jan Kroll krzyczał.
– Nic. – Alfred uspokoił się i ogarnął go natychmiast strach. Jak mógł to powiedzieć? Właśnie Janowi!
– Słuchaj – szepnął – my nie mamy z tym nic wspólnego. Nie nasza sprawa. Zostało jeszcze parę godzin… Nie wolno ci nikomu ani słowa…
Jan milczał.
– Czemu tak na mnie patrzysz? Człowieku, odezwij się… – Alfred tracił panowanie nad sobą. – Nie jestem zbrodniarzem, jestem oficerem…
– A co będzie jutro? – zapytał wreszcie Jan.
– Nie rozumiem.
– Jutro – powtórzył. – Albo za parę dni. Wytrzymasz?
– Nie rozumiem.
– Pytam cię, czy wytrzymasz. To, że wiedziałeś i że widziałeś.
– Widziałem niejedno.
– Wojna jest przegrana i Niemcy za wszystko będą musiały zapłacić.
– Niemcy! – wybuchnął Alfred. – Więc kto? Ja? Ty? Dlaczego ja? Byłem tylko oficerem! Do mnie też nie miano zaufania; ciągle pamiętali o twoich rodzicach…