Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Góra trzech szkieletów
Góra trzech szkieletów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Góra trzech szkieletów

Электронная книга - «Góra trzech szkieletów». Краткое содержание книги:

Wielbiciele Raymonda Chandlera i Alistaira MacLeana – czas zrpbić miejsce na półce: nadchodzi Artur Baniewicz!
Góra Trzech Szkieletów to zaskakująca do ostatniej strony, trzymająca w napięciu historia polsko-bałkańskich przygód detektywa Małkosza, nawiązująca do najlepszych tradycji kryminału i powieści sensacyjnej. Dynamiczna, filmowa wręcz akcja, wyraziste postaci, pełne humoru dialogi, brawura i… miłość – fascynująca powieść Artura Baniewicza to dobitny dowód na to, że… Polak potrafi!
Marcin Małkosz jest człowiekiem o bujnej przeszłości, saperem i byłym oficerem Wojska Polskiego, wyrzuconym z armii za to, że dopuścił do śmierci trzech podwładnych podczas wojny na Bałkanach.
Kiedy postanawia spróbować swych sił jako prywatny detektyw, nie podejrzewa, że już pierwsze zlecenie będzie dla niego początkiem prawdziwych kłopotów, a także burzliwego romansu.
Jego klientką jest Jovanka, cierpiąca na amnezję młoda Bośniaczka, która usiłuje odnaleźć ojca swej chorej na białaczkę córki. Poszukiwania prowadzą Małkosza na tereny byłej Jugosławii, trafia też na ślad wielkiej afery, w którą wplątani są jego dawni zwierzchnicy, prominentni polscy politycy, a nawet piękna Jovanka.
Historia skomplikowanego śledztwa, obfitująca w liczne niespodzianki i zaskakujące zwroty akcji, odwołuje się do najlepszych wzorów powieści sensacyjnej.
Ironiczny, chandlerowski, styl narracji, wyraziste sylwetki bohaterów i wierność realiom czynią z Góry trzech szkieletów pasjonującą lekturę.
1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 84
Перейти на страницу:

– Może się co do niej mylę – przyznał łaskawie. – Ale jeśli nie, to lepiej, by miał pan jakiegoś asa w rękawie. Jednego faceta już załatwiła samym tylko kijem.

– O czym pan, do cholery, mówi?!

– Nawet jeśli straciła pamięć, a to wcale nie takie pewne, kiedyś coś tu robiła. Tu – podkreślił. – Nie na zapleczu. Na linii frontu. Nie daje to panu do myślenia?

– Daje – przyznałem. – Ale to nie była ona. Rozumie pan? Tamtej dziewczyny już nie ma, zostało po niej jedynie ciało i jakieś strzępy charakteru.

– I dziecko – dodał spokojnie. Posłałem mu spojrzenie wyrażające całkowity brak zrozumienia. – Matka jest zdolna do niejednego, gdy trzeba ratować dziecko.

– Do czego pan zmierza, bo jakoś…

– Mogła tu nie wracać, bo naprawdę cierpi na amnezję i jest teraz Polką. Ale mogła właśnie dlatego, że pamięta i boi się pamięci innych.

– Aha – pokiwałem głową. – Tak pan to widzi.

Wziąłem w końcu rewolwer. Sprawdziłem, czy w myśl policyjnego BHP ma pustą komorę na przedłużeniu iglicy – miał pełną – i wetknąłem go do plecaka.

– Idzie pan tam, oczywiście, sam. – Nie wierzył mi raczej, więc darowałem sobie przytakiwanie. – Na tę górę nikt nie wszedł od zakończenia wojny.

– Bo nie było po co. Ja wejdę.

Niewiara niewiarą, ale pozory musiałem zachować. Skinąłem Milowi głową, poprawiłem plecak i przemaszerowałem obok niego, kierując się w zarośla porastające stok Pecinaca.

– Małkosz! – Odwróciłem się, nie przerywając marszu. – Nie wiem, co tam znajdziesz, ale dobrze ci radzę: patrz jej w oczy.

Pomachałem ręką i poszedłem dalej.

Powrót kosztował mnie równą godzinę, z czego połowę zajęło odczekanie, aż Milo się wyniesie. Trochę przystopowała mnie też słaba, ale tląca się nadal nadzieja, że jeśli odpowiednio się spóźnię, nie zastanę już obu dam w wyznaczonym miejscu. Do pewnego stopnia nie zawiodłem się w rachubach: faktycznie dojrzały do uznania mnie za ofiarę jakiegoś nieszczęścia. Nikt nie rzucił mi się na szyję, za to Jovanka cisnęła mi prosto w nos najsoczystszą „kurwamacią”, jaką słyszałem w ostatniej dekadzie.

– Gdzieś ty się włóczył?!

– Poszedłem na panienki… – Coś mi podpowiedziało, że może wyładować resztę lęku i złości za pośrednictwem pięści, więc dodałem szybko: – Wpadłem prosto na Mila.

– Co?!

– Opowiem po drodze. Jesteśmy spóźnieni, więc trzeba się spieszyć, chyba że ktoś się rozmyślił. To ostatnia okazja, by dowieść swej inteligencji.

– Ale z niego drań. – Jaśniejsza z dziewczyn popatrzyła wymownie na ciemniejszą. – A myśmy tu na niego czekały z gotowymi łzami.

Poszliśmy, choć należałoby raczej mówić o czołganiu się i wylegiwaniu na brzuchu. To ostatnie zresztą dominowało, bo byłem ostrożny i każdy kolejny etap poprzedzałem dokładną lustracją okolicy. W czasie przerw zrelacjonowałem im przebieg rozmowy z Milem, nie wspominając o rewolwerze. Pokonaliśmy w takim stylu niemal kilometr – tylko po to, by na końcu porośniętej krzakami łąki trafić na zupełnie otwartą przestrzeń. I na wóz pancerny.

Stał na szosie: tej samej, którą wjeżdżaliśmy na przełęcz między Pecinacem a Glavą i na której Milo chciał ukarać nas mandatem. Wąską wstążkę asfaltu oddzielało od nas dobre pół kilometra, ale od czasu wynalezienia lunety nie jest to odległość rzucająca na kolana.

– Jasna i ciężka cholera – podałem lornetkę Dorocie i przepuściłem ją bliżej prześwitu między gałązkami osłaniającego nas krzaka. – Jeszcze ich nam było trzeba. – Chyba nie zrozumiała, więc musiałem niemal położyć się na jej plecach i nakierować lornetkę na odpowiedni sektor.

– To Polacy – wydyszała.

– Zgadza się. – Leżałem jeszcze jakiś czas, ciesząc się uciskiem kobiecej łopatki pod piersią, a potem chwyciłem dziewczynę za biodra i wciągnąłem głębiej pod krzak. Niefortunnie – zaczęła się obracać i w efekcie wylądowałem nosem w jej biuście. Nie na długo, ale i tak wystarczyło. Podniosłem głowę i niemal od razu nadziałem się na spojrzenie Jovanki.

– Co jest? – Jej ton był doskonale nijaki.

– Albo się popsuł – wskazałem beerdeema – albo oni też próbują nas przyłapać.

Skinęła głową i spojrzała na Dorotę.

– W takim razie chyba powinnaś zawrócić.

Żadna nie próbowała się uśmiechać.

– Nie żartuj – powiedziała właścicielka najbłękitniejszych oczu świata, mrużąc je nieznacznie. – Dopiero teraz robi się naprawdę ciekawie.

Zatrzymałem się, gdy błoto zaczęło mlaskać pod podeszwami. Usiadłem na jednej z wyższych kęp i zacząłem zdejmować buty.

– Co robisz? – Jovanka obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem moją dłoń, znikającą w plecaku wraz z parą zwiniętych skarpet. – Będziesz mył nogi?

– Bardzo śmieszne. – Wyjąłem rolkę foliowych worków na śmieci, oddarłem pierwszy i wręczyłem Dorocie. – Jeśli nadal nie zmądrzałaś, włóż tu ubranie. To znaczy sukienkę. No i oczywiście buty. – Obie przyglądały mi się z dziwnymi minami. – Musimy przejść przez to rozlewisko w strojach kąpielowych. Bez bielizny jakoś się później obejdziemy, a w przemoczonych butach i ubraniach szybko stracilibyśmy formę. To nie jest naturalne mokradło. Za tymi zaroślami jest wieś, a rozlewisko to element jej umocnień. Mieszkańcy próbowali zabezpieczyć się wodą i minami, a że robili to po amatorsku, najpierw ktoś ich spalił, a potem woda zalała i wieś, i pola minowe. Też wolałbym czołgać się przez tę bryję w ubraniu. Ale nie mamy niczego na zmianę, a na górze możemy spędzić nawet kilkadziesiąt godzin.

– Kilkadziesiąt? – Dorocie mocno zrzedła mina.

– Z przodu pola minowe, z tyłu lornetki. Musimy iść bardzo ostrożnie, no i potrzebujemy dobrego oświetlenia, a mamy już wrzesień i krótkie dni. Prawie na pewno przyjdzie nam nocować w lesie. A wtedy docenicie luksus suchej odzieży.

Aby zakończyć dyskusję, pozbyłem się koszulki. Ze spodniami nie poszło już tak łatwo – zabagniony las to nie plaża, a dwie stojące nieruchomo i gapiące się młode kobiety to coś nieporównywalnego z tłumem półnagich amatorów słońca i wody. Wcale mi nie ulżyło, kiedy Dorota wykonała skłon i płynnym ruchem przeciągnęła sukienkę wzdłuż prężącego się, smukłego ciała. Niektóre fragmenty mojego ciała też były bliskie prężenia się. Na szczęście było za zimno, no i atmosfera nie sprzyjała pewnym reakcjom. Procent opalonego ciała zakrytego czernią koronki był z grubsza taki sam, jak procent sukienki zadrukowanej jasnymi kropkami, czyli wyjątkowo mały. Widok był fascynujący, piękny i niebezpieczny, a ja miałem chyba nie w porządku z głową, bo czekałem na coś podobnego w wydaniu Jovanki i właśnie to sprawiało, że wiązałem worek długo i starannie.

– Naprawdę powinnyście zrezygnować – spróbowałem raz jeszcze, po czym posłałem pytające spojrzenie Jovance, ubranej w kompletny strój, czyli wojskowe trzewiki do pół łydki, szorty, flanelową koszulę, no i bandaże na obu kolanach.

– Założę się – powiedziała cicho – że zapomniałeś poprosić Błażejskiego o worek z moimi rzeczami.

– Bagna nie było w planach. – Uciekłem z oczami. – I nie wiem, czy wyschły.

– Więc chyba będę musiała iść w ubraniu – stwierdziła dziwnie spokojnie. – Krucho u mnie z bielizną.

Zahaczając spojrzeniem o Jovankę, niejeden raz łapałem się na rozważaniach, jaka jest tam, pod spodem, i jak na męskiego egoistę przystało, nie pomyślałem, że przede wszystkim niekompletnie ubrana. Wszystko, co miała na sobie, było moje. A staników nigdy nie nosiłem.

– Pójdziesz z tyłu. – Unikałem jej wzroku.

– To nic nowego. Cały czas idę z tyłu. – Jej spojrzenie dla odmiany świdrowało mi twarz. Sięgnąłem do plecaka i wyjąłem pas z szelkami i całym zawieszonym na nich oporządzeniem. Czułem się idiotycznie, zakładając to wszystko w charakterze dodatku do majtek w niebiesko-białe paski. – Ale chcę… Macie obiecać, że się nie będziecie na mnie gapić.

1 ... 53 54 55 56 57 58 59 60 61 ... 84
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)