Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Ужасы » Czternaście Obliczy Strachu
Czternaście Obliczy Strachu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Czternaście Obliczy Strachu

Электронная книга - «Czternaście Obliczy Strachu». Краткое содержание книги:

Kolejna, po Dwóch tygodniach strachu, kolekcja błyskotliwych opowiadań angielskiego mistrza grozy. Tym razem czytelnik będzie miał sposobność odbyć podróż do czternastu różnych punktów ziemskiego globu… Na spowitych gęstą mgłą ulicach San Francisco odkryć sekret dziewczyny, która zrobi wszystko z miłości. Tajemnicę gorszą od największego koszmaru… Odbyć spacer po dużym londyńskim parku w czasie deszczu i poznać przerażającą prawdę o mężczyźnie, który ukrywa się pomiędzy drzewami… Odwiedzić Walię i stanąć twarzą w twarz z ludźmi, którzy poszukują śmierci…
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61
Перейти на страницу:

Kapitan Hamid nosił bardzo starannie przystrzyżony wąsik. Jego wąsik przypominał Grantowi mały żywopłot, który oglądał w meczecie Kutubija w Marrakeszu.

– Przykro mi, ale nie ma ani takiego profesora, ani takiego instytutu.

– Nie pojmuję. Pojechaliśmy po nie do Jajouki w Little Hills.

– Jajouka? Przykro mi, ale nie ma takiej miejscowości.

– Ależ myśmy tam byli. Znaleźliśmy tam skarabeusze i przywieźliśmy je z sobą.

– Przykro mi, ale takich skarabeuszy nie ma.

– Przecież widzieliśmy je na własne oczy. Na litość boską, one zabiły Suzannę!

Kapitan Hamid posunął w jego stronę paczkę papierosów Casa Sport i pudełko zapałek z brązowego papieru.

– Pańska przyjaciółka umarła na skutek perforacji jelita, spowodowanej brutalnym stosunkiem analnym. Skarabeusz, przyjacielu? Nie ma takiej rzeczy. Ktoś naopowiadał panu kłamstw.

Mężczyzna w białym ubraniu włożył kapelusz. Zobaczył wyraz smutku, przebiegający po twarzy Granta, jak cień chmury przesuwającej się nad Saharą.

– Doktorze Donnelly, przepraszam za moją niegrzeczność.

– Nie, nie – powiedział Grant. – Nie musi pan przepraszać. Oto, proszę… – dodał, wyjmując swój bilet wizytowy.

Mężczyma wziął wizytówkę i trzymał ją niepewnie.

– Chce pan, żeby zatelefonować, kiedy wróci pan do Bostonu? – spytał.

– Chciałbym, żeby pan był ze mną w kontakcie. Jeśli zdarzyłoby się, że znalazł pan to, czego szuka.

Rzucił mężczyźnie ostatnie, znaczące spojrzenie. Potem poszedł przez błyszczący, wykafelkowany hall hotelu Splendid w stronę swojej żony. Ogarniała go taka żądza, że ledwie mógł mówić.

KSZTAŁT BESTII

Northwood, Middlesex

Wróciliśmy z lotniska. Pozostało jeszcze ostatnie miejsce gdzie musimy się zatrzymać: Falworth Park w Northwood, w hrabstwie Middlesex. Jest to jedna z tych wiosek, które uległy urbanizacji skutkiem niepohamowanego rozrostu przedmieść. W pamięci współczesnych zachowały się polne drogi, farmy i wiejskie puby; można także znaleźć ślady życia dawnej wsi: przełazy, końskie żłoby opuszczone stodoły.

W wieku dziecięcym czułem się bardzo zadomowiony w Northwood i w Hatch End, gdyż odwiedzałem regularnie moich dziadków, mieszkających w pobliskim Pinner. Dziadek, Thomas Thorne Baker, był wynalazcą farby odblaskowej i techniki przesyłania fotografii prasowych drogą radiową. Przesiadywałem godzinami w jego laboratorium, bawiąc się wagami chemicznymi i przeszkadzając mu. Nigdy nie okazywał niezadowolenia.

Między dziadkami i wnukami istnieje zawsze pewna szczególna więź.

Kształt bestii ukazuje przykład takiej więzi, wraz z nieprzyjemnymi jej konsekwencjami.

Robert klęczał na siedzeniu przy oknie, opierając ręce o szybę i patrząc, jak wiatr pędzi liście po trawniku. Chmury przelatywały po niebie z nienaturalną szybkością, a drzewa kołysały się, jakby chciały z przestrachu uwolnić się od korzeni.

Wichura trwała całe popołudnie, wyjąc w szczelinach drzwi, atakując kominy i rycząc głucho w przewodach kominków.

Najbardziej jednak niepokoiły Roberta drzewa. Nie z powodu ich bezustannego pochylania się i falowania, ale z powodu niesamowitych kształtów, pojawiających się wśród bezlistnych gałęzi. Każde drzewo wydawało się gęsto otoczone czarownicami, złośliwymi karłami i niemożliwymi do opisania demonami: splatające się gałązki tworzyły ich pootwierane usta, a oczami były nieliczne drżące listki, nie strącone jeszcze przez październikowe wichry.

W odległym końcu długiej, łukowatej alei wjazdowej rósł olbrzymi dąb. W jego najwyższych gałęziach szalał potwór którego Robert bał się najbardziej. Skomplikowany układ rozwidleń i odgałęzień formował zwierzę w kształcie olbrzymiego dzika, z czterema krzywymi kłami i maleńkim, złośliwym oczkiem, które w rzeczywistości było kałużą, położoną o prawie dwieście metrów dalej. Kiedy wiatr się wzmagał – oko mrugało, a bestia jeżyła garbaty grzbiet.

W takich chwilach jedynym marzeniem Roberta było móc oderwać od niej wzrok.

Bestia trwała jednak na swoim miejscu i pochłaniała jego uwagę podobnie jak motyw maski weneckiej na gobelinie albo małe, szczerzące zęby pieski na tkaninie poduszek, a nawet szeregi ubranych w purpurowe płaszcze mężczyzn, odwróconych konspiracyjnie plecami w stronę realnego świata – ze wzoru na tapetach ściennych. Robert żył w świecie tajemniczych twarzy, naturalnych wzorów i abstrakcyjnych map.

Klęczał jeszcze na siedzeniu przy oknie, kiedy wszedł dziadek, niosąc talerz z tostami i szklankę zimnego mleka. Dziadek usiadł koło niego i przyglądał mu się długo. Potem wyciągnął rękę o skórze jak pergamin i dotknął ramienia chłopca, jak gdyby chciał go pocieszyć.

– Telefonowała twoja matka – powiedział. – Obiecała, że przyjedzie jutro po południu.

Spojrzał z ukosa na dziadka. Robert był szczupłym, bladym chłopcem z odstającymi uszami, o delikatnych rysach drobnej twarzy, ostrzyżonym krótko, niemodnie. Oczy świeciły mu jak agaty. Nosił szary, szkolny sweter, szare spodnie i czarne, sznurowane buty.

– Przyniosłem ci parę tostów – mówił dziadek. Był siwy i przygarbiony, ale widać było, że ma klasę. Ktokolwiek by wszedł w tej chwili do biblioteki, zorientowałby się natychmiast, że stanowią parę: dziadek i wnuk. Może po podobieństwie uszu. Może jeszcze po czymś. Empatia czasem przeskakuje jedno pokolenie, w rezultacie czego młodzi i starcy osiągają szczególną bliskość, taką jaka nie zawsze staje się udziałem matek.

Robert wziął tost i zaczął go skubać.

– Zjadłeś niewiele podczas lunchu, więc pomyślałem, że możesz być głodny – dodał dziadek. – Na litość boską, nie czuj się winny. Ja też nie lubię zapiekanki z mięsem i cynaderkami, szczególnie wtedy, kiedy są w niej same cynaderki, a ciasto jest przypalone. To kucharka upierała się, żeby ją zrobić.

Robert zastanowił się. Nigdy przedtem nie słyszał, żeby ktoś dorosły mówił w ten sposób o jedzeniu. Wyobrażał sobie, że dorośli lubią wszystko, niezależnie od tego czy jest obrzydliwe, czy nie. To przecież oni kazali mu jeść ryby, kalafiory, fasolę i tłustą baraninę, chociaż mdliło go na sam widok takiego jedzenia. Matka zawsze kazała mu zjadać wszystko do końca, jeśli nawet siedział godzinami nad talerzem; kiedy inni dawno już skończyli, w pokoju robiło się coraz ciemniej, a zegar wydzwaniał kolejne godziny.

Natomiast dziadek nie tylko potwierdzał, że zapiekanka mięsno – cynaderkowa była okropna, ale w dodatku nie kazał mu jej jeść. Było to coś niezwykłego. Po raz pierwszy od długiego czasu doznał uczucia, że w przyszłości może być lepiej.

Od Bożego Narodzenia, a właściwie od kolacji wigilijnej nie miał się z czego cieszyć. Jego ojciec wpadł w furię, matka płakała, a wszyscy goście wiercili się na krzesłach i mamrotali pod nosem z zażenowania. Rano następnego dnia matka spakowała walizki i wyjechała, a dziadek zabrał go do siebie.

Robert czekał w pachnącym skórzanymi siedzeniami daimlerze dziadka, patrząc jak krople deszczu spływały wężykami po przedniej szybie, podczas gdy jego ojciec i dziadek rozmawiali z sobą na ganku.

– Pewnie nie zauważyłeś, że już od dłuższego czasu twoi rodzice nie byli z sobą szczęśliwi – mówił dziadek, kiedy jechali w deszczu przez Pinner i Northwood. – Czasem tak się zdarza, że ludzie po prostu przestają się kochać. To bardzo smutne, ale nic nie można na to poradzić.

Robert siedział w milczeniu, patrząc na rzędy podmiejskich domków z mokrymi, pomarańczowymi dachami i małymi, nędznymi ogródkami. Czuł się zbolały do granic wytrzymałości. Kiedy zatrzymali się w pubie The Bell na Pinner Green, żeby dziadek mógł wypić małą whisky i zjeść kanapkę, a on sam napić się coca-coli i zjeść torebkę frytek, nie wiedział, że po policzkach ciekną mu łzy.

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)