Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Merkury [Mercury - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Merkury [Mercury - pl]

Электронная книга - «Merkury [Mercury - pl]». Краткое содержание книги:

Kosmiczna winda wywożąca na orbitę towary i ludzi to projekt inżynieryjny istniejący od XX wieku, teraz wreszcie staje się rzeczywistością. Dla inżyniera Bracknella jest ona dziełem życia, ale dla wielkich korporacji, które na tanim transporcie na orbitę stracą majątki, oraz dla Nowej Moralności, dla której budowa wieży w niebo jest obrazą Boga, stanowią cierń w boku. Zostaje zawiązany spisek i wieża runie w dół, grzebiąc w globalnej katastrofie miliony ludzi. Winnym zostanie uznany Bracknell, karą jest wygnanie Ziemi.
Inżynier traci dorobek całego życia, ale przypadkiem dowiaduje się o sabotażu i spisku i od tej pory całe swoje życie podporządkowuje jednemu — zemście na osobach winnych zniszczenia wieży i jego osobistej tragedii.
1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 76
Перейти на страницу:

Za każdym razem, kiedy już Alhambra wyładowała przewożone oczyszczone metale, a załoga odpoczęła przez kilka dni, kapitan Farad ruszał znów w milczącą ciemność Pasa.

To jak wizja raju, pomyślał Bracknell, patrząc na rozjaśnioną błękitno-białą kulę odpływającą od niego coraz dalej. Widział ją coraz mniej wyraźnie, bo łzy napłynęły mu do oczu.

Zapuścił brodę, a potem ją zgolił. Wdał się w krótki romans z kobietą, która zaciągnęła się na statek, by w ten sposób zapłacić za podróż w jedną stronę na Ceres, i czuł wstyd, kiedy spotkał Addie. Kiedy jego niegdysiejsza kochanka opuściła statek, cieszył się, że jej się pozbył.

Kapitan nigdy nie spuszczał oczu z córki, choć najwyraźniej stał się bardziej tolerancyjny wobec Bracknella, który czasem rozmawiał z nią o wszystkim i o niczym. Czasem nawet zapraszał Bracknella na obiad do siebie, ale rzadko. Kapitan był na tyle uprzejmy, że nie rozmawiał z Bracknellem o Ziemi ani nie pytał go o jego dawne życie.

Addie zaczęła mu objaśniać zasady buddyzmu, próbując pomóc mu w akceptacji życia, jakie mu narzucono.

— To tylko coś tymczasowego — mawiała. — Twoje życie kiedyś się skończy i zacznie się nowe. Wielkie koło obraca się powoli, ale stale. Musisz być cierpliwy.

Bracknell słuchał i patrzył na jej twarz, która ożywiała się szczerze, gdy objaśniała mu ścieżkę do oświecenia. Nie wierzył w ani jedno słowo, ale dzięki tym opowieściom jakoś mijał mu czas.

Podczas którejś z wizyt na Ziemi na pokład Alhambry wprowadzono kolejną grupę skazańców wygnanych do Pasa. Kapitan zakazał Bracknellowi i innym członkom załogi kontaktowania się z nimi poza absolutną koniecznością.

Kiedy wybuchały walki między więźniami w ładowni, kapitan obniżał ciśnienie powietrza, aż wszyscy tracili przytomność, a potem Bracknell i inni członkowie załogi wpychali wichrzycieli do staroświeckich sztywnych skafandrów i wyrzucali na zewnątrz statku na uwięzi, aż zaczynali błagać o litość. Powtarzało się to wielokrotnie, ale Bracknell nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Zawsze myślał: gdyby nie łaską boża, to mogłem być ja.

Łaska boża? Jeśli jest jakiś bóg, musi być bezduszny i kapryśny, jak najbardziej sadystyczny tyran w historii. Budda, o którym opowiada mi Addie, przynajmniej nie udaje, że próbuje panować nad światem, po prostu szuka z niego wyjścia.

Czy jest jakieś wyjście, rozmyślał Bracknell, leżąc późną nocą na swojej koi, bojąc się zamknąć oczy, by znów nie zobaczyć upadającej wieży, roztrzaskującej w proch miliony ludzi, niszczącej jego poprzednie życie. Mogę się z tego uwolnić, pomyślał. Pociąć nadgarstki, połknąć butelkę pigułek z ambulatorium Addie, zamknąć się w śluzie i otworzyć zewnętrzną klapę. Jest wiele sposobów, żeby zakończyć to nędzne życie.

Jednak żył dalej. Jak człowiek w nieskończonym kołowrocie, przemierzał bezsensowne życie, przeklinając się za tchórzostwo, z powodu którego nie mógł zatrzymać swojego koła życia i znaleźć zapomnienia.

Poza Addie nie miał przyjaciół ani towarzyszy. Kapitan tolerował go, czasem nawet widywał się z nim, ale zawsze trzymał na dystans. Kobiety, które czasem dołączały do załogi, rzadko mu się podobały, chyba że potrzeby dawały znać o sobie. Ale nawet w największych uniesieniach zawsze myślał o Larze.

Gdybym tylko mógł ją zobaczyć. Porozmawiać z nią. Zamienić choć parę słów.

Gdzieś pośród dręczących go koszmarów przypomniał sobie starą wiadomość od wielebnego Danversa, zaraz na początku wygnania. Zadzwoń do mnie, powiedział pastor. Choć Bracknell miał się z nikim nie kontaktować, to Danvers podarował mu odrobinę nadziei.

Bracknell miał dość rozumu, by poprosić kapitana Farada o pozwolenie, zanim skontaktował się z Danversem.

Kapitan prychnął z niechęcią.

— Rozmowa z Ziemią? Bez sensu, nie połączą cię.

Zdesperowany na tyle, by pokonać swe lęki, Bracknell rzekł:

— Pan mógłby zadzwonić za mnie, sir.

Kapitan skrzywił się i nic nie powiedział. Bracknell, pokonany, wrócił do swoich obowiązków.

Następnego dnia, gdy podjął swoje obowiązki na mostku, kapitan rzekł:

— Bracknell, przejmij konsolę łączności.

Czując raczej ciekawość niż nadzieję, Bracknell przejął konsolę łączności od oficera łącznościowego. Kapitan wydał polecenie połączenia się z wielebnym Danversem, przez główną siedzibę Nowej Moralności w Atlancie. Bracknell włożył słuchawkę do ucha drżącymi palcami i wziął się do pracy.

Przesłanie wiadomości trwało ponad godzinę, nie było więc szans na normalną rozmowę. Pół zmiany zajęło Bracknellowi przebicie się przez program komunikacyjny w Atlancie i uzyskanie informacji, że Danvers jest teraz biskupem w Gabonie, na zachodnim wybrzeżu Afryki.

Kiedy na ekranie Bracknella pojawiła się czerwona twarz Danversa, kapitan zawołał:

— Dalej, spytaj, czy chce z tobą rozmawiać.

Danvers siedział za połyskliwym mahoniowym biurkiem, w czarnej koszuli rozpiętej pod szyją, z jakimiś insygniami przypiętymi do rogów kołnierzyka. Za nim widać było okno wychodzące na ruchliwą ulicę i budowle Libreville, a dalej białe grzywacze fal na błękitnym Atlantyku. Z zieleni za miastem wystawała jakaś cylindryczna konstrukcja, która dalej znikała w morzu. Bracknell poczuł, że ściska mu się serce: to były ruiny wieży, które nadal tu leżały, choć minęły już lata.

Wymienili jeszcze kilka jednostronnych wiadomości, co zajęło kolejnych kilka godzin, zanim Danvers zrozumiał wreszcie, kto chce się z nim skontaktować.

— Mance! — otworzył szeroko oczy ze zdumienia. — Po tylu latach! Cieszę się, że cię widzę. — Biskup przekręcił trochę fotel z wysokim oparciem. — Pewnie zauważyłeś ruiny wieży. To teraz atrakcja turystyczna. Ludzie z całej Afryki przyjeżdżają, żeby ją zobaczyć.

Bracknell poczuł dziwny ucisk w żołądku. Atrakcja turystyczna.

— Miejscowi trochę ją rozmontowali. Cholerne sępy. Musieliśmy postawić straże, żeby pilnowały ruin, ale przemykali się i rozbierali ją po kawałku.

Bracknell przymknął oczy, próbując utrzymać nerwy na wodzy. Nie ma sensu złościć się na Danversa. To nie jego wina. Powiedz, czego chcesz, w jakim celu się z nim skontaktowałeś.

Wziął głęboki oddech, po czym rzucił się na głęboką wodę.

— Tak się zastanawiałem… miałem nadzieję, że ksiądz mógłby w moim imieniu przekazać wiadomość Larze Tierney — rzekł zakłopotany, bo brzmiało to jak błaganie. — Nie wiem, gdzie ona teraz przebywa, ale pomyślałem, że może ksiądz mógłby ją odnaleźć i przekazać ode mnie wiadomość.

I czekał. Jego zmiana przy konsoli łączności zakończyła się i przybyła zmienniczka, ale kapitan w milczeniu odprawił ją machnięciem ręki. Bracknell siedział, wykonując normalne obowiązki oficera łączności, co chwilę patrzył jednak na ekran, na którym zastygł obraz biskupa Danversa.

W końcu światełko pod ekranem zmieniło barwę z pomarańczowej na zieloną. Obraz biskupa zadrżał lekko i poruszył się. Na jego twarzy malowała się niepewność.

— Mance, ona teraz nazywa się Lara Molina. Ona i Victor pobrali się półtora roku temu. Sam udzielałem im ślubu.

Bracknell poczuł, jak czerwieni się ze złości.

— W tej sytuacji — mówił dalej Danvers — nie sądzę, że by kontaktowanie się z nią było rozsądne. Poza tym byłoby nielegalne, prawda? Nie ma sensu rozdrapywać starych ran ani wyciągać dawnych żalów. W końcu tyle czasu zajęło jej przyjście do siebie i rozpoczęcie nowego życia. Nie sądzisz, że byłoby lepiej, gdybyś…

1 ... 52 53 54 55 56 57 58 59 60 ... 76
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)