Całe zdanie nieboszczyka
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 1972
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Całe zdanie nieboszczyka». Краткое содержание книги:
- Nie wiem, czy głupio. Oprócz tego, co przedtem, spotkało cię coś więcej?
- Jeszcze jak! Słuchaj, czy mógłbyś jakimś cudownym sposobem zapłacić za mnie rachunek w hotelu Minerwa w Taorminie?
- Uciekłaś nie płacąc?!
- Musiałam, co ja na to poradzę. Zapłacisz? Zostawię ci pieniądze.
- Wypchaj się swoimi pieniędzmi. Jasne, że zapłacę. Rany boskie, czego ty jeszcze narobisz?
- Pojęcia nie mam. Wszystko mi się ciągle przewraca do góry nogami. Wyjeżdżałam stąd w stanie obłędnej paniki. Potem, tam, na Sycylii, przyszłam do siebie i zaczęłam się dziwić, jak i czego w ogóle mogłam się bać. To ten klimat tak działa, wiesz, dolce vita w nieróbstwie. Potem się okazało, że powinnam się wyłącznie bać, no więc zaczęłam na nowo. A do tego cholera mnie bierze taka, że aż grzmi, bo właściwie nie widzę rozwiązania i trochę mam tego dosyć.
- I ciągle chodzi o to, że wiesz za dużo?
- Właśnie. Nie mogę się tego pozbyć. Szukają mnie, żeby to ze mnie wyciągnąć, ale jak wyciągną, to mi łeb ukręcą. W kółko to samo.
Skinął głową i milczał przez chwilę.
- Nie chcę wnikać w szczegóły, ale na twoim miejscu też bym chyba nikomu nie wierzył -powiedział stanowczo. - Pamiętaj tylko jedno. Nie ma tych siedmiu lat. Wczoraj jedliśmy naleśniki z solą.
Patrzyłam na pustą zupełnie jezdnię, patrzyłam na ciemne drzewa, rosnące wzdłuż ulicy, patrzyłam na faceta przy kierownicy i nade wszystko w świecie chciałam zatrzymać czas. Cudowna przeszłość ożyła w mojej pamięci.
- Wczoraj przełaziliśmy w Czersku przez parkan - powiedziałam rzewnie, melancholijnie i tkliwie. - Wczoraj w galowych strojach braliśmy węgiel z piwnicy, wczoraj zleciał nam na łeb cały gzyms z zasłoną i wczoraj warczał mi samolot na lotnisku Okęcie. Szkoda, że nie mogę spędzić w twoim samochodzie kilku najbliższych lat życia. Wysiądę i znów się zacznie.
- Szkoda, że nie możesz - przyświadczył z westchnieniem. - Proszę cię, nie rozmawiaj z byle kim, dobrze? Nie lubię czytać znajomych nazwisk na nagrobkach.
Nazajutrz wczesnym świtem odebrałam przedłużony paszport, obiecałam przybyć ponownie na rozmowę z policją i udałam się do duńskiej ambasady. Po drodze wstąpiłam zapytać się na wszelki wypadek o niemiecką wizę tranzytową i dostałam ją od ręki po kwadransie oczekiwania. Gnębiła mnie myśl o Interpolu i z minuty na minutę byłam bardziej zdenerwowana, bo czas płynął i coś się powinno zacząć dziać.
Wstrząs nastąpił pod duńską ambasadą.
Faceta, który stał czy może szedł za mną, w ogóle przedtem nie zauważyłam. Ujrzałam go znienacka za swoimi plecami, kiedy ktoś otworzył przede mną oszklone drzwi i on odbił się w szybie. Odbił się bardzo dokładnie i wyraźnie, bo znajdował się w jasno oświetlonym miejscu i ujrzałam jego odbicie akurat w momencie, kiedy przenosił wzrok ze mnie na coś, co trzymał w ręku. Wyglądało to zupełnie tak, jakby porównywał na przykład zdjęcie z oryginałem albo coś w tym rodzaju. Niepokój, który stał się już zasadniczym elementem mojego wnętrza, gwałtownie wzrósł. Eksplodował. W mgnieniu oka zmieniłam plany:
Duńska ambasada posiadała jakieś wiadomości o mnie. Bez oporu podałam aktualny adres, wyraziłam zgodę na rozmowę z policją i uzyskałam przedłużenie wizy, wszystko razem w ciągu paru minut. Po czym udałam się wprost do salonu samochodowego, bez sekundy namysłu i bez żadnych grymasów kupiłam beżowego jaguara, czterodrzwiowego, ostatni model, rejestrację załatwili mi w pół godziny i wyjechałam nim na miasto. Następne pół godziny trwało moje pakowanie się i porzucenie hotelu. Głodna do nieprzytomności i zdenerwowana do szaleństwa ruszyłam w kierunku na Berlin.
Zdaje się, że aż do Nancy nie myślałam nic. Po głowie tłukły mi się rozpaczliwie oderwane fragmenty instrukcji obsługi samochodu. Zmienić olej. Zrobić przegląd. Niedotarty, nie wyciągać maksymalnych obrotów. Coś tam dokręcić albo może przesmarować. Coś tam po trzech tysiącach kilometrów, a coś tam po pięciu. A może coś po tysiącu? Żeby to diabli wzięli, po ilu ten olej.?!
W Nancy zatrzymałam się w jakimś motelu, którego w ogóle nie potrafiłabym rozpoznać, zamówiłam sobie kolację i spróbowałam nieco oprzytomnieć. 05
Od chwili dostrzeżenia w oszklonych drzwiach faceta, oglądaj ącego problematyczną fotografię, przestałam myśleć logicznie. Dusza mi mówiła, że niebezpieczeństwo jest tuż tuż i okazało się, że dusza miała rację. Jak mogłam popaść w tak karygodną beztroskę! Gang czuwał. Cała Francja, cała zachodnia Europa składała się wyłącznie z dybiących na mnie wrogów. W policji, w Interpolu, we wszystkich ambasadach z naszą włącznie, we wszystkich urzędach i władzach siedzieli wyłącznie współpracownicy przeklętego szefa i to na najwyższych stanowiskach. Myśl, że uda mi się ich ominąć, była skończoną bzdurą. Dziwne, że jeszcze żyję. Mogli przecież stać pod każdymi drzwiami i na każdym skrzyżowaniu, czekając tylko na mnie z rozpylaczami, ukrytymi pod marynarką. Nie, z rozpylaczami nie, z pistoletami na gaz usypiający.
Wyglądało na to, że wreszcie udało mi się wpaść w uczciwą, porządną histerię. Pijąc herbatę i opanowując szczękanie zębami, tępo wpatrywałam się w mapę samochodową Europy. Po jakiejś godzinie powoli zaczęła mi świtać nadzieja, że może nie wszystko jeszcze stracone, że na parkingu stoi samochód, a na mapie widnieje słowo WARSZAWA i że razem wzięte to może coś da.
Z największym wysiłkiem zmobilizowałam się i ustaliłam plan podróży. Musiałam jechać tak, żeby nie zawadzić o żaden kraj poza Niemcami, bo żadnej innej wizy tranzytowej nie zdążyłam uzyskać. W ogóle zresztą o żadnej nie pomyślałam. Wieści o udaniu się do Danii rozgłosiłam możliwie szeroko i to powinno mi dać jakąś szansę. Jeśli pojadę przez Frankfurt nad Menem, to w RFN będę mogła zrobić ten przegląd. Nie ma sensu wozić ze sobą wszystkich pozostałych pieniędzy, w czasie przeglądu zdążę wpłacić resztę na swoje własne konto w Landmandsbanken. Bank ma obowiązek zatrzymać to w tajemnicy. Zresztą, wszystko jedno, nawet gdyby fakt wpłacenia pieniędzy opublikowali w gazecie, to i tak ja w tym czasie będę już daleko. Teraz trzeba będzie się przespać, wyjechać o świcie i poza przerwą na przegląd j echać j ednym ciągiem.
Niezbędną przerwę obliczyłam na pół dnia. Do Warszawy miałam około tysiąc siedemset kilometrów. Przeglądu i wpłaty zdecydowałam się dokonać w Hannowerze, uznawszy, że do Frankfurtu jest za blisko. Dorzuciło mi to wprawdzie parę kilometrów, ale wydawało się racjonalne. Następnie zamówiłam rozmowę z Warszawą.
- Rany boskie, nareszcie się znalazłaś! - wykrzyknął Diabeł, uwierzywszy, że to ja. Wydawał się bardziej zniecierpliwiony niż uszczęśliwiony. - Co się z tobą, na litość boską, działo?!
- Nic - odparłam stanowczo. - Potem ci powiem, a teraz, kochanie moje, słuchaj. Dzisiaj jest jeszcze czwartek. Jutro o bladym świcie wyjeżdżam i jadę jednym ciągiem. W sobotę rano czekaj na mnie w Kołbaskowie z pieniędzmi na cło w zębach.
- Czym jedziesz?
- Samochodem.
- Jakim?!
- Beżowym jaguarem. Nowym.
- Rany boskie! - krzyknął i trochę go zatkało.
- Nie mogę teraz z tobą dłużej rozmawiać. Boję się, jest niedobrze. Czekaj w sobotę od rana, ja się będę starała przyjechać jak najwcześniej. I niech cię ręka boska broni komukolwiek coś mówić!
- Oszalałaś! - zaprotestował. - Nie zdążysz do soboty! Musisz gdzieś zanocować, nie dasz rady!
- Nigdzie nie będę nocować, wyspana jestem. Muszę zdążyć!
- No dobrze, ale zaskoczyłaś mnie. Jak ty to sobie wyobrażasz, jak ja mam tam dojechać?! Ja nie zdążę do soboty! Umówmy się na niedzielę!
- Wykluczone! Musisz zdążyć, rób, co chcesz, idź piechotą, fruwaj! Moje życie od tego zależy!