Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Puchar Amrity - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Puchar Amrity

Электронная книга - «Puchar Amrity». Краткое содержание книги:

Ukraiński astrofizyk Mychajło Sahajdak, indyjski biolog Swami Rishideva, amerykański astronauta Harry Thawn... Oni zaprzyjaźnili się jeszcze w faszystowskim kacecie, skąd młodym żołnierzom wojsk związkowych poszczęściło się prawie cudem uciec.
Powojenne lata nie przyćmiły, nie zachwiali dawnej przyjaźni. Harry przygotowuje się do polotu na Księżyc, Mychajło odsłonia tajemnicy dalekich galaktyk, Swami studiuje złożoność psychiki ludzkiej. Lecz obok szczytów naukowych odkryć często działają przepaści rozpaczy i rozczarowania. Tylko w tytanicznej walce ducha i serca można odszukać jasną drogę do wiekopomnych wartości prawdy i miłości.
Powieść feeryczna „Puchar Amrity” Ołesia Berdnyka dotyka ważnych pytań etyki, tajemnic bytu.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 74
Перейти на страницу:

Matka Boska tuli do serca, przygarnia Dziecinę, ciasno jej w pozłacanych szatach, dziwi się, dlaczego Ją — żonę cieśli — ubrano w dziwaczny królewski strój? Korona, złoto, brokat. Jej do twarzy w zwykłym płótnie, haftowanej koszuli, pstrej chustce. Wziąć Syna za rękę, sierp w drugą i w pole, na szerokie łany życia. Kołyszą się zboża, błyszczą chabry wśród kłosów, wiatr igra z wąsatym jęczmieniem, układa legendę o Synu człowieczym…

Dłuższą chwilę stał zamyślony przed ikonami. Matka szanuje stare tradycje. Modli się czy nie? Kogo widzi za malowanymi obliczami świętych? O czym mówi jej surowy siwy Sabaoth? Może patrzy za nią z tego obrazu jej ojciec lub pradziad? A ona dziękuje za życie i troski, za swoją miłość i strapienie, za wszystko niepowtarzalne i dziwne, co przekazali jej przodkowie ubiegłych wieków przez łona matek. Dokąd prowadzi ta droga? Gdzie się kończy?

Skrzypnęły drzwi. Do chaty wszedł ojciec, tupiąc ciężkimi butami. Wionęło szczególnym zapachem kuźni — dymkiem węglowym.

Ojciec i syn padli sobie w ramiona.

— Wybacz, wracam prosto z kuźni, nie umyłem się. Ręce mam czarne…

— Co tam ręce, tatko! Ich czarność jest jaśniejsza od niejednej czystości…

— Mówisz jak z książki — uśmiechnął się ojciec, muskając siwy wąs. — A jednak prawdę rzekłeś. No, siadaj, wypijemy, opowiesz, co i jak. Zaraz przyjdą krewni: wujaszek Charko, ciotki, jeszcze ktoś z sąsiedztwa. Poczekaj, ja tylko wyszoruję ręce — widzisz, jak się węgiel wżarł…

Ojciec wyszedł z chaty, stanął przed umywalnikiem, wziął spory kawał zwyczajnego mydła i zaczął mydlić żylaste ręce. Mychajło stanął na ganku przypatrując się pochylonej postaci ojca. Postarzał się kowal Kuźma, postarzał. I skurczył się. Kiedyś był z niego chłopak chwat, postawny, wysoki. Czarne wąsy, piwne oczy, kędzierzawa czupryna. Gdy przechodził przez ulicę — płoty trzeszczały. Dobry byłby z niego mąż! — wzdychały dziewczęta, czerwieniły się, kiedy padało na nie spojrzenie młodego kowalczyka.

Kuźma wybrał małomówną Makrynę. Zamieszkał w ojcowskiej chacie na skraju wsi, zajął się kowalstwem. A kiedy powstał kołchoz — poszedł do kuźni kołchozowej. Ile tego żelastwa przeszło przez jego ręce? Kto zliczy?

Ojciec umył się, wytarł ręcznikiem. Przez furtkę wbiegła matka niosąc ćwiartkę wódki. Oddała ją ojcu.

— Zanieś, postaw na stole. Ja rozpalę prymus pod okapem, usmażę jajecznicę ze skwarkami. Mam galaretę z linówr. Dobra galareta. Nazrywam ogórków, pomidorków. Będzie dobra zakąska. Już ludzie nadchodzą, niech wejdą do chaty. A ja zaraz…

Skoczyła do ogrodu, schyliła się nad grządką, zbierała ogórki. Na podwórze wszedł sąsiad Klim z żoną. Przywitali się z Mychajłą, zaczęli pytać o pogodę w Kijowie, o ceny kartofli, mięsa. Ojciec zaniósł wódkę do chaty, zaprosił gości. Matka wróciła z ogrodu, wysypała z podołka na ławę dwadzieścia twardych ogóreczków. Szybko rozpaliła prymus, postawiła patelnię. Zasyczał niebieski płomyk, zaskwierczała słonina. Matka zaczęła wbijać jajka.

Przyszedł wuj Charko, młynarz. Zdjął szarą marynarkę i zażartował:

— Cokolwiek byś włożył — i tak będzie białe. No to chodzę stale w jednej marynarce. Jak umrę, wytrzepcie mnie — a zbierze się fura mąki…

— Mówisz takie rzeczy — odezwała się matka mieszając jajecznicę że strach słuchać…

— Co w tym strasznego? — śmiał się Charko, gładząc rude włosy. — Gdzie tam jesteś, Mychajło? Chodź tutaj, cmokniemy się. Nie wyrzekłeś się jeszcze krewnych?

— Jak widzicie — odpowiedział Mychajło, witając się z wujem.

— Dobra jest, dzielny z ciebie chłop. Tylko zmizerniałeś. Zmizerniałeś, bracie! Z czego to? Może gwiazdy tak wysuszają?

— Gwiazdy to nie dziewczęta — zażartował Klim.

— Kłopoty — rzekł niechętnie Mychajło.

Matka rzuciła na syna baczne spojrzenie, zakrzątnęła się koło stołu, mówiąc:

— No, to siadajcie, zjemy kolację. Kuźmo, postaw kieliszki. Michasiu, siadaj w kąciku. O, dobrze, nadchodzi kuma Maryna. Proszę bardzo, w sam czas. Przecież Michaś przyjechał…

Przyszło jeszcze sporo ludzi, wujowie, ciotki, siostry cioteczne i bracia. Zasiedli wokół szerokiego stołu. Patrzyli na Mychajłę, oceniali, przysłuchiwali się.

Gasły barwy dnia. Zapadał zmierzch. Zachód grał purpurą. Ojciec włączył lampę. Zabłysły w świetle szaty świętych, zamigotała w butelce mocna wódka, zalśniły piękne pomidory. Stary kowal zaczął nalewać do kieliszków. Zapanowała uroczysta cisza.

— Makryno, siadaj do stołu. Czego ty tam, przy ożogu?

— Może trzeba jeszcze coś podać…

— Wszystko jest — zawołali goście. — Idź, matko, do syna. Makryno, nie wykręcaj się. Wypijesz z wszystkimi…

— No to, daj Boże zdrowie — rzekł ojciec.

— Żeby nie ostatni raz — dodał sąsiad Klim o tłustym czerwonym obliczu. — Z dobrymi ludźmi wypić — i nic więcej nie trzeba!

— Zdrowie Mychajły — rzekł wujaszek Charko. — Za jego gwiaździstą naukę!.

— I za matkę, co wychowała takiego syna — odezwała się kuma Maryna, zwracając okrągłą twarz do Makryny. — I nasza wieś zasłynie z uczonych. Nie tylko hreczkosieje, ale, ot, jacy ludzie tu wyrośli!

— Takie gadanie! — rzekł kowal z wyrzutem. — Czy hreczkosieje to przestępcy, czy co? Przecież żywią wszystkich!

— Niby tak jest, a jednak hreczkosiejów jest dużo, a uczonych mało. Ty, Kuźmo, nie bądź za skromny, syna masz dzielnego!

— Czy on jeden w naszej wsi? Mało stąd wyszło nauczycieli, inżynierów i mechaników? I poetę mamy, a Bartłomiejów syn ministerstwa się dochrapał!

— No, to wypijmy — powiedziała matka — bo wódka stygnie.

— Lepsza będzie — roześmiał się Charko. — No, to bądźmy zdrowi!

Wypili. Chrupnęły ogórki w zębach. Zamlaskały żuchwy, mieląc pomidory, galaretę, jajecznicę. Znów napełniono kieliszki. Wypili, wspominając dalekich i bliskich zmarłych krewnych, niech wejdą do Królestwa niebieskiego. Nos Klima nabrzmiał, stał się czerwonosiny. Klim podniósł kciuk do góry, odchrząknął i rzekł:

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 74
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)