Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Miecz Aniołów
Miecz Aniołów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Miecz Aniołów

Электронная книга - «Miecz Aniołów». Краткое содержание книги:

Opowieśc o Mordimerze Madderdinie, inkwizytorze, który nie waha się zadawać pytań i dążyć do odkrycia prawdy o otaczającym go świecie.
Świecie pełnym intryg i zła. Świecie, w którym ludziom zagrażają demony, czarownicy oraz wyznawcy mrocznych kultów. Świecie, którego siłą napędową są nienawiść, chciwość oraz żądza. Do tego właśnie uniwersum Mordimer Madderdin niesie żagiew Boskiej miłości…
OTO ŚWIAT, w którym Chrystus zstąpił z krzyża i surowo ukarał swych prześladowców. Świat gdzie słowa modlitwy brzmią: i daj nam siłę, byśmy nie przebaczali naszym winowajcom. Świat, w którym nasz Pan i jego Apostołowie wyrżnęli w pień pół Jerozolim. OTO ON: inkwizytor i Sługa Boży. Człowiek głębokiej wiary.
1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 79
Перейти на страницу:

– Pozwólcie no tutaj. – Wskazałem rosnący nieopodal dąb, pod którego rozłożystymi gałęziami mogliśmy poszukać cienia, a jednocześnie znaleźć się z dala od ciekawskich uszu, gdyby takowe się znalazły.

Stanęliśmy przy grubym, szarobrązowym pniu o spękanej i spieczonej korze. Na jednym z konarów zauważyłem zwęglony ślad po uderzeniu pioruna.

– No więc? – spytałem. – Czego naprawdę ode mnie chcecie?

– Tylko tego, co powiedziałem. – Nie wiem, czy mi się wydawało, czy nie, ale chyba zgrzytnął zębami. – Aresztujcie mnie i odprowadźcie do klasztoru.

– Wiecie co? – Spojrzałem na niego uważnie. – Może was aresztuję i przesłucham tutaj, na miejscu, w Gorlitz?

Zauważyłem, że zbladł i wyraźnie się zaniepokoił.

– Nie, nie, nie – powiedział szybko. – Błagam was, tylko Amszilas… Uwierzcie, muszę tam dotrzeć jak najprędzej.

– Do Amszilas kawał drogi – westchnąłem. – I po co ja wam jestem potrzebny? Jedźcie sami, oddajcie się w ręce zakonników i po sprawie…

– Nie rozumiecie! – Chyba chciał mnie chwycić za ramiona, ale powstrzymał się. – Musicie mnie chronić przez te trzy dni podróży… On, on… chce mnie zabić!

Jego głos stał się niemal piskliwy, a dłonie zaczęły mu tak drżeć, że jedną musiał przytrzymać drugą. No cóż, kimkolwiek był ten człowiek, z całą pewnością wierzył we własne słowa. Oczywiście, nie oznaczało to jednak, że ja mam w nie pochopnie uwierzyć.

– Uspokójcie się – rzekłem łagodnie. – I powiedzcie mi: kto was chce zabić?

Rozejrzał się wokoło spłoszonym wzrokiem.

– On – wyszeptał. – Demon.

– Ach, tak… Demon… – powtórzyłem. – No to zmienia postać sprawy! Macie tu może w Gorlitz jakąś rodzinę?

– Rodzinę? – Skrzywił się. – A co rodzina… – urwał. – Nadal mi nie wierzycie. – Ciężko oparł się o pień drzewa. – Sądzicie, że jestem szalony, prawda? I macie rację, na miecz Pana! Jestem szalony, czy raczej byłem szalony, kiedy… – Zaczerpnął spazmatycznie tchu, wbijając w korę paznokcie. Zauważyłem, że jego palce są zażółcone plamami, być może pochodzącymi z pracy nad alchemicznymi odczynnikami. – Ale to nic nie zmienia – dopowiedział spokojniejszym już tonem. – No dobrze, dajcie mi chwilę, bym was mógł przekonać.

– Ależ proszę bardzo. – Zgodziłem się i spojrzałem z nadzieją w niebo, by zobaczyć, czy słońce zaczyna już chylić się ku zachodowi. Nie zaczynało.

– Nazywam się Casimirus Neuschalk i byłem doktorem teologii cesarskiego uniwersytetu – rzekł i to potwierdzało moje przypuszczenia, co do jego profesji oraz skąd mógł znać tytuły zakazanych dzieł. – Nie będę wnikał w to, jak i dlaczego poznałem tajemne sztuki. – Obróciłem na niego wzrok, ale patrzył gdzieś obok mnie. – Ważne tylko, że popełniłem błąd, inkwizytorze. Zawarłem pakt z siłami, których teraz nie potrafię okiełznać. Moje życie nie jest warte funta kłaków i nie sądzę, abym bez waszej pomocy przeżył nawet tę noc.

Przygryzł wargi tak mocno, że na jego ustach pojawiła się kropelka krwi.

– W zamian za opiekę podzielę się mą wiedzą z mnichami z Amszilas – powiedział, ciężko wzdychając. – Wyjawię wszystko. Od kogo otrzymałem księgi, kto był moim mistrzem, jakich zaklęć używałem… – Znowu westchnął. – Powiem wszystko, czego tylko zażądają. W zamian za życie.

– Zanim przejdziemy do tego, co wam grozi, pozwólcie, że zadam kilka pytań…

Skinął głową w milczeniu.

– Widzieliście dzieło al Ahmadiego w oryginale czy łacińskim lub greckim odpisie?

– We wszystkich trzech.

– Wyjawcie mi więc, z łaski swojej, kto w arabskim wydaniu nazywany jest Królem Demonów, co w wydaniach greckim oraz łacińskim skrzętnie pominięto?

– Jezus Chrystus. – Wzruszył ramionami. – Ale mylicie się, mówiąc, że pominięto. W wydaniu łacińskim zapisano tylko inicjały: I.C.

– A jakimi znakami zapisano imię naszego Pana w oryginale?

– Nie znakami – burknął. – Al Ahmadi przedstawił postać na krzyżu, zastępując imię rysunkiem.

– Nie powinniście tego wiedzieć – powiedziałem wolno.

– Nie powinienem – przyznał. – Gdybym nie widział na własne oczy.

– Jak dostaliście się do dębu druidów?

– Przez otchłań krwi, chaosu oraz bólu – odparł, krzywiąc się, jakby na wspomnienie niemiłego wydarzenia.

– Jakim próbom was poddano?

– Żadnym. Podróż do dębu już jest próbą samą w sobie.

– Jak wygląda dąb? Ilu ludzi trzeba, by objąć jego pień? Czy dużo jest większy od tego, przy którym stoimy?

– Dąb jest jedynie symbolem. To bezkształtna plama mroku, w której magiczne runy jarzą się światłem utkanym z najgłębszej czerni. – Oczy czarnoksiężnika, bo wiedziałem już, że naprawdę jest czarnoksiężnikiem, rozbłysły na tamto wspomnienie. – Z czerni, jakiej człowiek nie jest w stanie sobie wyobrazić.

Pokiwałem głową.

– W takim razie macie, czego chcieliście, doktorze Neuschalk. W imieniu Świętego Officjum aresztuję was i oskarżam o uprawianie praktyk zakazanych przez naszą świętą matkę, Kościół jedyny i prawdziwy.

Odetchnął z prawdziwą ulgą i uśmiechnął się radośnie. Przyznam szczerze, że pierwszy raz zetknąłem się z podobnymi oznakami wdzięczności u aresztowanego. Cóż, człowiek uczy się przez całe życie, a poza tym, czyż sam nie pomyślałem jeszcze nie tak dawno temu, że świat bywa czasami pełen zdumiewających niespodzianek?

* * *

– Przygotujcie się dobrze – rzekł, otulając się wełnianym płaszczem, chociaż wieczór był ciepły. Głęboko na głowę nacisnął kapelusz z obłamanym rondem.

Pędziliśmy cały dzień i nasze konie stały teraz, ledwo zipiąc, pod drzewem klonu. Neuschalk stwierdził, że podróż nocą będzie niebezpieczna, a ja przyznałem mu rację. Jeśli rzeczywiście przywołał demona, żądnego teraz jego krwi, to nikt inny jak wasz uniżony sługa będzie musiał temu demonowi stawić czoła. Była jakaś ironia w tym, że ja – inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu, sługa Boży i młot na czarownice (bo tak nas nazywano) – miałem bronić życia przeklętego bluźniercy, maga zajmującego się mroczną sztuką i skazującego swą duszę na wieczne potępienie.

Podrzuciłem drew do ognia i upiłem kilka łyków wina z bukłaka.

– Dacie radę? – spytał urywanym głosem. – Macie w sobie tyle siły?

– Z pomocą Pańską – mruknąłem. – Ale jeśli mnie zwiedliście, wierzcie, że potrafię wam urządzić niezgorsze piekło niż demon, o którym opowiadacie.

Milczał długą chwilę, a w końcu znowu zaczął szarpać szpakowatą brodę.

– Jak was właściwie zwą? Jeśli wolno wiedzieć…

Rzeczywiście, w trakcie wcześniejszej konwersacji jakoś nie pomyślałem o przedstawieniu się Neuschalkowi, zbyt pochłonięty bowiem byłem sprawdzaniem jego wiedzy, a potem w milczeniu gnaliśmy już skrótami, przez las, aby tylko znaleźć się jak najbliżej Amszilas.

– Jestem Mordimer Madderdin – rzekłem. – Licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu.

– Och. – Obrócił na mnie spojrzenie. – Słyszałem o was…

– Doprawdy?

– I o tym, że jesteście przyjacielem przyjaciół…

– Czasami pomagam ludziom znajdującym się w potrzebie, jeśli tylko nie kłóci się to z mymi zawodowymi obowiązkami – wyjaśniłem niechętnym tonem, gdyż nie życzyłem sobie, by tacy ludzie jak Neuschalk nazywali mnie przyjacielem przyjaciół.

Spojrzałem w wieczorne, zachmurzone niebo i zdziwiłem się, że po tak słonecznym dniu tak szybko nadciągnęły chmury. Srebrny, przypominający złamanego na pół denara, półkrąg księżyca co chwila znikał za szarym kłębowiskiem.

1 ... 51 52 53 54 55 56 57 58 59 ... 79
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)