Zwyczajne życie
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Серия: Tereska i Okrętka #1
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
Przez pierwsze chwile Tereska z uwagą słuchała odpowiedzi Okrętki, zarówno po to, żeby jej w razie potrzeby podpowiedzieć, jak i z obawy, że sama może zostać zapytana. Potem jednak ciemnozielony cesarski samochód zaprzątnął jej myśl bez reszty, zaczęła się bowiem zastanawiać nad szansą spotkania go ponownie w równie ciekawej sytuacji, z aparatem fotograficznym w ręku. Szkopuł polegał na tym, że nie miała aparatu fotograficznego. Krzysztof Cegna powinien mieć służbowy…
– Kępińska – powiedziała Sarenka tonem niezachwianej pewności. – Ty nam to powiesz.
Chryste Panie, co…? – pomyślała w panice Tereska.
Bardzo wolno zaczęła się podnosić. Ze śmiercią w oczach spojrzała na stojącą obok Okrętkę.
– Tych dwóch posłów do Dumy – mruknęła półgębkiem Okrętka.
Umysł Tereski zaczął gwałtownie pracować. Nie było możliwości usłyszeć coś więcej, w klasie panowała martwa cisza. Wywnioskowała z niej, że widocznie chodzi o coś, czego nikt nie wie, i Sarenka dała już wyraz swojemu niezadowoleniu. Tereska powinna to wiedzieć, bo ta przeklęta piątka z historii zobowiązuje ją do udzielenia odpowiedzi na absolutnie każde pytanie tak, jakby miała w głowie mózg elektronowy. Powstanie listopadowe było w poprzedniej klasie, ale dla tego potwora to oczywiście nie ma żadnego znaczenia. Zdaje się, że była mowa o powstaniu listopadowym, a teraz coś z tymi posłami… Aha, omawiają pewnie bezpośrednie przyczyny…
– Jedną z bezpośrednich przyczyn wybuchu powstania listopadowego było niedopuszczenie do Dumy dwóch polskich posłów – powiedziała na chybił trafił.
Sarenka kiwnęła głową i najwyraźniej w świecie czekała na coś więcej. Nie mając pojęcia, o co może chodzić, Tereska zamilkła i z rozpaczą utkwiła w niej wzrok, nie będąc w stanie odwrócić oczu.
– Nazwiska… – wyszeptała znowu Okrętka tragicznie i ledwo dosłyszalnie.
Nieszczęście! Spostponowani posłowie jakoś się, oczywiście, nazywali, Tereska nie miała jednakże pojęcia, jak. Plątało jej się po głowie, że byli nawet chyba spowinowaceni, i już otworzyła usta, żeby oświadczyć, że byli to ojciec i syn jakoś na pe, na szczęście jednak powstrzymała się w ostatniej chwili. Błędna odpowiedź była przez Sarenkę oceniana znacznie gorzej niż całkowity brak odpowiedzi i w tym wypadku pomyłka mogła zbyt drogo kosztować. Komuś innemu Sarenka może by to kiedyś przebaczyła, Teresce nigdy!
Jeszcze przez długą chwilę w klasie panowało straszliwe milczenie. Tereska zebrała całą odwagę.
– Nie pamiętam, jak się nazywali – powiedziała z determinacją, tonem usiłując okazać głęboką skruchę.
Sarenka, która, zdawałoby się, na zawsze zamieniła się w kamień, odezwała się wreszcie.
– To byli bracia Niemojewscy – powiedziała głosem głuchym, posępnym, pełnym bezdennego potępienia, z naciskiem godnym prasy hydraulicznej. Po czym dodała: – Twoja ocena z historii stoi od dziś pod znakiem zapytania…
Tego mi jeszcze tylko brakowało – pomyślała Tereska, siadając. Wiedziała, co to znaczy. W najbliższych tygodniach zostanie przeegzaminowana z całego materiału, jaki był przerabiany od najniższych klas aż do tej pory, i musi umieć wszystko. Musi pamiętać wszystkie szczegóły, które pewnie nigdy w życiu nie będą jej potrzebne, a jeśli na domiar złego, nie daj Boże, Sarenka wsiądzie na synów Krzywoustego, wykończy ją niewątpliwie. Zatruje jej życie aż do matury i w ogóle Tereska nie zda matury. Nie wiadomo dlaczego, ten właśnie okres w dziejach ojczyzny był dla niej nie do zapamiętania i synowie króla Bolesława, ich tereny działania i czyny myliły jej się ustawicznie. Z tajemniczych powodów Sarenka wytypowała sobie Tereskę na piątkową uczennicę i wyduszała z niej wiadomości rok po roku.
– Zawiodłaś mnie – powiedziała jeszcze z tak wielkim rozgoryczeniem, z takim smutkiem, że Teresce zrobiło się głupio. Nagle poczuła się tak, jakby popełniła jakieś okropne świństwo.
– Co ci do tego głupiego łba strzeliło, żeby wywlekać ich personalia! – wykrzyknęła we wzburzeniu do Okrętki po lekcji.
– Nie wiem, o Boże! – jęknęła Okrętka. – Pytała mnie i pytała, i patrzyła na mnie, i już nie mogłam tego znieść! Już wolałam wymyślić coś, czego nie wiem, żeby chociaż na chwilę odwrócić jej uwagę!
– Wrobiłaś mnie! Wiadomo było, że padnie na mnie. Wiadomo, co teraz będzie. Czy ty naprawdę myślisz, że ja mam czas uczyć się wyłącznie historii? Żebyś pękła!
– O Boże, już daj spokój, ty to wszystko i tak umiesz! Już niech ci będzie, będę z tobą śledziła bandziorów i kradła zegarki, tylko przestań się mnie czepiać! Przedtem ona, teraz ty!
– A, właśnie – powiedziała Tereska ponuro. – Proszę bardzo, nie kradnij. Mnie wrąbałaś w historię, możesz jeszcze teraz zmarnować życie porządnemu człowiekowi. Parę takich drobnostek więcej i umrzesz jako szlachetna postać!
– Zwariowałaś, jakie życie, jaka postać?! – zdenerwowała się Okrętka. – Jakiemu znowu człowiekowi?
– Nie kłóćcie się – powiedziała grobowo Krystyna. – Jest chemia i ona znowu coś przyniosła. Znów będziemy śmierdziały przez tydzień, nie wiadomo czym, a ja dzisiaj idę do teatru…
Dopiero w drodze powrotnej ze szkoły Tereska mogła opowiedzieć Okrętce o zwierzeniach Krzysztofa Cegny. Przedstawiła je tak obrazowo, że Okrętka poczuła się przejęta i odmówienie pomocy uznała za rzecz niedopuszczalną. W pierwszej chwili chciała wprawdzie zapytać Tereskę, co ją obchodzi Krzysztof Cegna i jego plany życiowe, w trakcie konwersacji jednakże zmieniła zdanie i Krzysztof Cegna, sam w sobie sympatyczny i budzący życzliwość, stał jej się nagle dziwnie bliski. Przypomniała sobie swój własny kaktus, za który powinien otrzymać jakąś rekompensatę. Jasne, że należało mu pomóc!
– Mogłybyśmy wyśledzić ten samochód, gdybyśmy wiedziały, gdzie mieszka właściciel – mówiła Tereska w przypływie zapału i natchnienia. – On nam tego nie powie, bo się będzie bał, że się na coś tam narazimy. Ale znamy numer i możemy się same dowiedzieć. To jest Śródmieście, trzeba iść do odpowiedniego miejsca i zapytać, czyj to samochód.
Okrętka słuchała, czując z jednej strony szlachetny zapał, a z drugiej narastającą panikę. Najwyraźniej w świecie w najbliższej przyszłości czekały ją jakieś potworne wrażenia.
– Gdzie jest takie odpowiednie miejsce? – spytała niepewnie.
– Nie wiem. Tam gdzie się rejestruje pojazdy mechaniczne. Januszek będzie wiedział, a jak nie – to pan Włodzio.
– Kto to jest pan Włodzio?!
– Kierowca dyrektora mojego ojca. Podrzuca mnie czasem do szkoły.
– I uważasz, że w tej rejestracji tak ci od razu powiedzą? Bez powodu?
– Wymyślę coś, musimy zełgać jakiś powód. Na przykład, przejechał mnie i teraz go szukam, żeby dostać odszkodowanie.
– Po śmierci?
– Głupiaś, nie przejechał mnie na śmierć, tylko trochę. Obaj mnie przejechali.
– Tak kolejno przejeżdżali przez ciebie, a ty z tego uszłaś z życiem? Ja nie wiem, czy to dobrze…
Okazało się, że niedobrze. Narada z Januszkiem, jaką Tereska odbyła późnym wieczorem, kazała jej zmienić zdanie. Jej brat miał w tych sprawach więcej doświadczenia życiowego.
– Przejechanie na nic – oświadczył stanowczo. – Powinnaś z tym iść do milicji, od razu się wyda podejrzane, że to ty go szukasz, a nie gliny. Wykombinuj co innego.
– No więc jechałam z nim i zostawiłam coś w samochodzie…
– To albo źle się prowadzisz, albo wiózł cię na łebka. Też źle.
– Wypadło mu coś i chcę mu to oddać.
– Biuro rzeczy znalezionych. Albo ogłoszenie w gazecie. A poza tym co? Przejeżdżał, wypadło mu, a ty od razu tak dokładnie zapamiętałaś numer?