Święty płomień [Holy Fire - pl]
- Автор: Стерлинг Брюс
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-87968-48-X
- Переводчик: Krzysztof Sokolowski
- Жанр: Киберпанк
Электронная книга - «Święty płomień [Holy Fire - pl]». Краткое содержание книги:
Nie przypominałoby to jednak spowiedzi przed Emilem. Biedny Emil wydawał się — na swój własny, szczególny i zwierzęcy sposób — bezczasowy, niemożliwy do zranienia, niezniszczalny, Paul zaś jest po prostu młody, jest młodym mężczyzną. Jest młodym mężczyzną, nie potrzebującym wiedzy o jej problemach.
Ich oczy się spotkały. Nagle pojawiło się między nimi straszne napięcie. W każdym innym przypadku napięcie to można byłoby uznać za seksualne, z Paulem bardziej jednak przypominało ono telepatię.
Paul patrzył na nią i nagle wyraźnie się zdumiał. Uniósł śliczne brwi. Oczy mu się rozszerzyły.
— O czym myślisz, Paul?
— Szczerze?
— Oczywiście, szczerze.
— Zastanawiam się, dlaczego właściwie siedzi naprzeciw mnie ta młoda frywolna piękność. Tu, przy tym samym stoliku.
— A dlaczego nie miałabym siedzieć naprzeciw ciebie?
— Bo to tylko fasada, prawda? Nie jesteś frywolna. I nagle nabrałem całkowitej pewności, że nie jesteś młoda.
— Dlaczego tak sądzisz?
— Jesteś bardzo piękna, nie jest to jednak uroda kobiety młodej. Właściwie jesteś straszliwie piękna. Twoja obecność sygnalizuje niebezpieczeństwo, strach.
— Dzięki za komplement.
— Teraz, kiedy wreszcie się w tym połapałem, zaczynam zadawać sobie pytania. Czego właściwie od nas chcesz? Czy jesteś polityczną wtyczką? Czy pracujesz w pomocy obywatelskiej?
— Nie i nie. Daję słowo.
— Ja pracowałem w pomocy obywatelskiej — stwierdził spokojnie Paul. — W Awinionie, w legionie młodzieżowym. Poszedłem do pomocy, bo tak kazała mi ambicja. Nauczyłem się sporo o wielu interesujących aspektach życia. Ale zrezygnowałem, rzuciłem pomoc. Oni chcą, żeby świat stał się lepszym miejscem, a ja jestem całkowicie pewien, że nie chcę, by świat stał się lepszy. Chcę, żeby świat stał się znacznie bardziej interesujący. Jak sądzisz, Mayu, czy to przestępstwo?
— Nigdy przedtem nie pojmowałam tego w taki sposób. Nie, nie wydaje mi się to szczególnie groźnym przestępstwem.
— Kiedyś całkiem dobrze poznałem jedną polityczną wtyczkę. Pod wieloma względami przypominała mi ciebie. Miała twoją niezwykłą samokontrolę, jak ty promieniowała kobiecością. Przyglądałem się tobie i nagle zdałem sobie sprawę, jak bardzo przypominasz Wdowę. Wszystko stało się jasne.
— Nie jestem wdową.
— Wdowa to oszałamiająca kobieta. Nieprawdopodobnie piękna i dumna. Jest jak sfinks, jak jakaś niepokalana istota prosto z mitu. Bardzo interesuje się sztuczką. Pewnie ją kiedyś spotkasz. Jeśli pozostaniesz w naszym towarzystwie.
— Ta Wdowa… jest gliną od sztuczek? Nie wiedziałam, że policja szczególnie interesuje się tego rodzaju sprawami. Jak ma na imię ta wtyczka?
— Helene Vauxcelles-Serusier.
— Helene Vauxcelles-Serusier… na bogów, jakie piękne imię.
— Skoro nie znasz jeszcze Helene, to może wcale nie chcesz jej poznać.
— Jestem całkiem pewna, że nie chcę jej poznać. Nie jestem informatorką. Prawdę mówiąc, jestem krymninalistką.
— Informatorka, kryminalistka… — Paul potrząsnął głową. — Różnica między tymi kategoriami jest znacznie mniejsza, niż ludzie przypuszczają.
— Jak zwykle masz absolutną rację, Paul. Przypomina to trochę zamazaną granicę między pięknem a strachem. Między młodością a starością. Między sztuczką a przestępstwem.
Paul przyjrzał się jej zdziwiony.
— Dobrze powiedziane — stwierdził w końcu. — Dokładnie tak ujęłaby to Helene. Jest prawdziwą wielbicielką zamazanych granic.
— Daję słowo, że nie jestem funkcjonariuszką policji. Udowodniłabym ci to, gdybym mogła.
— Może i nie? Nie w tym rzecz, by funkcjonariuszki pomocy obywatelskiej nie były ładne, ale urodę podobną do twojej traktują zwykle jako podejrzaną.
— Ja nie jestem podejrzana. Niby czemu miałbym być podejrzana?
— Podejrzewam cię, ponieważ muszę chronić przyjaciół — stwierdził Paul. — Nasze życie jest naszym życiem, a nie ćwiczeniem z teorii. Jesteśmy pokoleniem pod naciskiem. Musimy chronić naszą witalność, ponieważ w naszym świecie metodycznie się ją niszczy. Poprzednie pokolenia nie stawały przed tym problemem. Rodzice poprzednich pokoleń lądowali w grobach, a władza lądowała na kolanach ich dzieci. My jednak nie mieliśmy szansy, by zostać prawdziwym pokoleniem. My jesteśmy pierwszymi naturalnymi postludźmi.
— I chcecie rzeczy, które nie pasują do panującego status quo?
— Mais oui.
— Więc pod tym względem niczym się nie różnimy. Ja chcę całego mnóstwa takich rzeczy.
— Nikt nie prosił cię o to, byś została jedną z nas.
Słowa te były wyjątkowo brutalne. Maya odebrała je jak cios nożem. Paul patrzył jej wprost w oczy, ona zaś poczuła się nagle zbyt zmęczona, by podjąć rękawicę. On był zbyt młody, zbyt silny i zbyt inteligentny, ona zaś zbyt niepewna siebie, zbyt załamana, by zepchnąć go do narożnika. Rozpłakała się.
— I co teraz? — spytała. — Czy mam błagać cię o pozwolenie na życie? Będę cię błagać, jeśli tylko zechcesz. Po prostu powiedz mi, czego chcesz.
Paul, zaniepokojony, rozejrzał się po przedziale.
— Proszę cię, nie rób sceny — powiedział.
— Muszę płakać! Chcę płakać! Zasłużyłam sobie na to, żeby płakać. Nie czuję się dobrze. Nie pozostało mi nic z szacunku dla samej siebie. Nie pozostała mi ani odrobina godności. Nic mi nie zostało. Zostałam zraniona w sposób, którego nie jesteś w stanie sobie nawet wyobrazić. Więc co mam według ciebie zrobić? Pozostaje mi tylko płakać. Masz mnie. Jestem zdana na twą łaskę i niełaskę. Możesz mnie teraz zniszczyć.
— Ty możesz zniszczyć nas. Być może tego właśnie chcesz.
— Nie. Daj mi szansę! Mogę być żywa. Mogę nawet być piękna. Powinieneś pozwolić mi spróbować. Pozwól mi spróbować, Paul, przecież mogę być dla ciebie interesującym przypadkiem.
— Bardzo chciałbym pozwolić ci spróbować — powiedział Paul. — Uwielbiam drażnić lwice. Tylko dlaczego stawką w tej grze ma być bezpieczeństwo moich przyjaciół? Nie wiem o tobie nic prócz tego, że wydajesz się bardzo piękna i bardzo postludzka. Niby czemu miałbym ci ufać? Dlaczego po prostu nie wrócisz do domu?
— Bo nie mogę wrócić do domu. Bo znowu zrobią mnie starą!
Oczy Paula rozszerzyły się. Wreszcie do niego dotarła, wreszcie jakoś go dotknęła. Wreszcie dał jej chusteczkę. Maya obejrzała ją, sprawdzając, czy nie jest to chusteczka komputerowa, a potem wytarła oczy i wydmuchała nos.
Paul przycisnął guzik na krawędzi stołu.
— Pozwoliliście Emilowi pozostać z grupą — powiedziała w końcu Maya. — A Emil jest w znacznie gorszym stanie niż ja.
— Czuję się odpowiedzialny za Emila — stwierdził Paul ponurym głosem.
— O co ci właściwie chodzi?
— Pozwoliłem mu wziąć amnezjak. To ja go załatwiłem.
— Doprawdy? Powiedziałeś innym?
— Nie uważam tego za zły pomysł. Nie znałaś Emila takiego, jaki był przedtem.
Na suficie wagonu pojawił się gigantyczny krab. Krab zrobiony z kości, chityny i pawich piór oraz z żyłki i strun fortepianowych. Miał dziesięć bardzo długich, wielostawowych łap, każdą wyposażoną w gumową stopę na haczykowatej stalowej kostce. Do jego płaskiego, nakrapianego pancerza przyssawkami przymocowana była taca.