Miasta Pod Skałą
- Автор: Huberath Marek S.
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miasta Pod Skałą». Краткое содержание книги:
Temu, kto zna już tego pisarza z jego wcześniejszych dokonań, nie trzeba żadnych zachęt ani reklam, ponieważ poziom wyznaczony przez dotychczasowe opowiadania i powieści Huberatha jest naprawdę wysoki. Jego styl jest niepowtarzalny, a przekazywane treści co najmniej intrygujące.
A jakież są Miasta pod Skałą? Naprawdę ciężko powiedzieć w kilku słowach coś konkretnego o tej książce. Akcja rozgrywa się w aż trzech światach. Zaczyna się od tego, że bohater, Humphrey Adams, przenosi się dziwnym korytarzem z naszej rzeczywistości w realia rodem z Ferdydurke. Jest to pierwsze z tytułowych miast. Adams, historyk sztuki, twardo stąpający po ziemi, nie wierzy w prawdziwość tego, co spotyka go w owym tajemniczym przejściu, gdzie ożywają posągi. Uważa to za sen, zresztą wszystko na to wskazuje. W samym mieście atmosfera jest równie oniryczna, a zdarzenia i zachowania wprost niedorzeczne, stąd też Humphrey nie dopuszcza do siebie myśli, że to może dziać się naprawdę. Za nic jednak nie może się obudzić…
W końcu Adams odkrywa pewien klucz i wydostaje się z miasta absurdu, jakże przypominającego rzeczywistość komunistyczną. Przechodzi kolejny etap międzywymiarowego korytarza i trafia do świata, który można w uproszczeniu nazwać hard fantasy.
Więcej treści zdradzić już nie można, by nie zepsuć przyjemności czytania. Książka jest bowiem niesamowita. Przede wszystkim wszelkie opisy są niezwykle szczegółowe, co momentami może nużyć, jednak wspaniale przybliża realia światów, w których przyjdzie sobie radzić Adamsowi. Nie można też nie zauważyć przynajmniej kilku z niezliczonych motywów, które przywołuje Huberath: Adam i Ewa wpuszczający do świata grzech oraz wychodzący z raju, taniec śmierci czy przerażające, boschowskie piekło. To tylko niektóre, co bardziej oczywiste spośród nich.
W sposób nieco typowy dla siebie Huberath umieszcza bohatera w naprawdę ciężkich sytuacjach, z których ten powoli acz konsekwentnie wydostaje się, budując w chorym świecie własny kącik z odrobiną normalności i stabilizacji. Po czym, wskutek okrucieństwa losu, traci to wszystko w mgnieniu oka i ląduje na powrót gdzieś w okolicy dna. Te usilne starania postaci, ciągła walka z przeciwnościami oraz zbieranie i układanie w całość strzępków informacji przypominają nawet nieco te ciekawsze z gier crpg.
Adams wydaje się być nowoczesnym bohaterem. Racjonalny, pragmatyczny, świadom tego, że żaden z niego heros i posiada sporo ograniczeń, niemniej potrafi skutecznie wykorzystać swoją wiedzę i umiejętności. Sypia właściwie z każdą kobietą, która wyrazi taką chęć, mimo tego czuje się zupełnie w porządku, bo przecież to wszystko tylko mu się śni.
Wypada powtorzyć, że Miasta pod Skałą są książką trudną do sklasyfikowania, zaszufladkowania. Jest tak złożona i niejednorodna, że nie można jej zaliczyć do gatunku innego niż huberathowy. Z pewnością zadowoli miłośników prozy tego autora, jak również ogólnie pojętej fantastyki. Można nawet całkiem śmiało stwierdzić, że powinna trafić też do umysłów i w gusta czytelników tak zwanego mainstreamu. Pomyliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że to książka komercyjna, bo nie jest to pozycja łatwa. A czy przyjemna? To już trzeba samemu ocenić. Pewne jest, że Huberath stworzył dzieło wielkie, stojące o poziom wyżej od standardu. Tu nie tylko czytelnik wyznacza poprzeczkę książce, ale i ona stawia pewne wymagania odbiorcy. Kto je spełni, nie zawiedzie się.
76.
Gdy w obozie było więcej brańców, łańcuchów nie starczało na oddzielne zabezpieczenie niewolnika legionowego i Adamsa skuwano z nimi. Nie było to przyjemne, chociaż Hjalmir nie zaciskał mu metalowych obręczy na rękach ani na nogach, a już nigdy nie zakładał kolczatek. Zresztą używano ich bardzo rzadko, bo brańcy zachowywali się potulnie.
Bardziej dokuczliwe od kajdan były utrapione ptaszyska, zwykle gawrony i wrony, które zlatywały się w pobliże obozu w poszukiwaniu resztek. Półoswojone, kradły jedzenie, jak się tylko dało. Raz Adams stracił całą słoninę do kolacyjnej kaszy, kiedy nieostrożnie odstawił miskę, układając się wygodniej w łańcuchach.
Nad ranem robiło się naprawdę zimno, jednak wtedy zwykle brańcy już wykopali się ze swoich workowatych koszul i było czym się przykryć. Niby apatyczni, ale wystarczyło z nich spuścić wzrok, a już starali się wydobyć z odzieży. Już po paru dniach to ich dziwaczne pragnienie słabło. W miarę jak budowa wracała do normy, zachowanie też normalniało.
Adams zbudził się skoro świt, drżąc z zimna. W zasięgu ręki nie było dodatkowego przykrycia. Przyglądał mu się okazały gawron. Ptaszysko przekrzywiało głowę i raz jednym, raz drugim okiem łypało na Adamsa. „Upasł się na naszych racjach”, Adams spojrzał na niego niechętnie.
Ptak dreptał, przestępując z nogi na nogę. Nie mógł się zdecydować, czy nadal obserwować Adamsa, czy gdzie indziej poszukać darmowego śniadania.
„Upłynie jeszcze z godzina, zanim słońce zacznie grzać”, pomyślał Adams. Skulił się w kłębek.
Niedaleko leżał tłusty braniec. Szpetny, łysy mężczyzna przez noc ściągnął z siebie koszulę i zaplątał sobie w nią ręce. Pokryty gęsią skórką wielkości ziaren grochu i siny jak Pieczęć Sylwestra, nie próbował się odziać. Leżał bez ruchu na wznak. Nie spał. Nieruchomy wzrok wlepił w niebo. Wczoraj powiedział, że nazywa się Cyrjak. Może by do niego zagadać?
Adams poprawił się, bo ramię zdrętwiało. Mocniej otulił się futrem, dreszcze nie słabły.
Gawron zatrzepotał skrzydłami, zerwał się ciężko i wylądował na piersi brańca. Zrobił parę kroków, przymierzył w błyszczące oko, ale chybił, i trafił w skórę na czole. Cyrjak skrzywił się i przymknął powieki. W ranie pokazała się krew.
Ptak, nie nęcony blaskiem oczu, zostawił w spokoju twarz leżącego i podreptał na jego brzuch. Zainteresował się liściem. Raz i drugi dziobnął w fartuszek. Golec zadrżał z bólu, tłumiąc jęk, ale nie zmienił pozycji.
Adams skrzywił się z obrzydzenia.
Głodny gawron metodycznie raz za razem dziobał Golca w genitalia, wyskubując spod liścia małe kawałki skóry. Braniec krwawił coraz obficiej; wił się z bólu i wyginał, ale nie próbował odpędzić ptaszyska.
– Ruszże się, człowieku! – nie wytrzymał Adams. – Machnij ręką! Odpędź tę cholerę! – Szarpnął za łańcuch, łączący go z grubasem. Gawron podskoczył, ale nie dał się przepłoszyć.
Cyrjak zerknął na Adamsa przez zaciśnięte szparki oczu. Pojękiwał w takt uderzeń ptasiego dzioba. Jego nogi same zginały się, by ochronić rozrywane genitalia, jednak mężczyzna nie odpędzał niegroźnego przecież napastnika. Krzyki Adamsa ściągnęły wartownika.
– A ty czego?!
Adams wskazał podbródkiem dziobanego.
Żołnierz wzruszył ramionami, ale odpędził żarłoczne ptaszysko. Nawet cisnął za nim kamieniem.
Łzy strużką ściekały poranionemu mężczyźnie spod zaciśniętych powiek.
– Ten jest korpuśnego - mruknął wartownik.
Po chwili wrócił z zaspanym podoficerem. Chetti obejrzał ranę brańca. Pokręcił głową.
– Nie warto mu z powrotem naciągać tej koszuli, bo się zakrwawi. Zupełnie popsuty. Nawet na eunucha się nie nada. Rana paskudna, zakażenie pójdzie. Dam go na tarczę - zawyrokował. – Obróć się na brzuch – powiedział do Cyrjaka.
Golec posłusznie zmienił pozycję. Zapytany przy śniadaniu, Hjalmir wyjaśnił:
– Śmierdzą im niemyte jaja, dlatego przyciągają głodne ptaki. Oczy chronią przed ptasim dziobem, reszta ciała ich nie obchodzi, fartuszki sami nadstawiają. Myślą, że ptak usunie narośl.
– Przecież ich boli. On się wił, jęczał i płakał. Hjalmir wzruszył ramionami:
– Spytaj takiego, odpowie ci, że już podjął wszystkie decyzje i nie zamierza ani ich zmieniać, ani podejmować nowych. Rozpacz i zwątpienie. Nic innego nie tłumaczy ich niechęci do decydowania. Ten i tak był dość rozgarnięty. Może mu się bab chciało i dlatego nadstawiał fartuszek.
– Pachom przysłał ojcu takiego jednego, Kuczera. Ale tamten zachowywał się normalnie.
– Zgadza się. Po Stronie Człowieka powoli normalnieją. Coraz mniej przypominają manekiny.
– Gdyby takiego Kuczera sprowadzić tu z powrotem, to znowu straci zdolność decydowania?
– Jak dłużej pobędzie w Dolnym Mieście, to już nie. Pytanie, czy nie można by wydawać im więcej wody do mycia, nie padło. W obozie na grani często brakowało jej nawet dla żołnierzy.
77.
Gdy zgromadzono już w obozie dość brańców miernej jakości, których nie chciał wziąć żaden legionista, Quirinu spróbował polowania z tarczami. Kiedy na horyzoncie nie było widać ani jednego Czarnego, a wśród idących znajdowały się najwyżej Trupistwory, formowano zwartą grupę pieszych ze skutymi brańcami od przodu, tyłu i po bokach, a dwoma krzepkimi legionistami ukrytymi w środku. Kierowani kuksańcami i dźgani ostrymi kolcami, Golcy mieszali się z korowodem. Następnie grupa zakręcała ku grani, zabierając ze sobą Golców – bezwolnych i owczo ufających idącym przed sobą. Czasami udawało się bez szamotaniny wyprowadzić z pochodu ponad dwudziestu za jednym zamachem. Za linią przejmowali ich pozostali żołnierze. Suche nie próbowały przepędzać otoczonych tarczami legionistów. Jeśli w odwodzie pozostawały dwa korpusy, można było ten sposób stosować, nawet gdy korowodu pilnowały Czarne. Dołączały do uprowadzanej grupy i próbowały ją zawrócić. Był to pewny sposób na zwabienie Czarnego poza grań i zdobycie jego skóry.
Bezwład i bezwolność Golców idących płaskowyżem udzielały się tarczom. Często kierujący legioniści musieli ich ranić, by wymusić żądany kierunek marszu. Jeśli po akcji tarcze mieli poważne obrażenia, wypuszczano ich na płaskowyżu.
Quirinu nie odniósł sukcesu. Poświęcając dziewięć tarcz, z których zostało tylko czterech, zgarnięto pięć kobiet i dwóch mężczyzn, ale spośród nich i tak, niestety, aż trzy osoby nadawały się znowu tylko na tarcze.
Wspomnienie nieudanego zwiadu trzeba było rozpuścić w alkoholu. Wino się skończyło. Został już tylko destylat pędzony z martwiny. Cuchnął paskudnie.
Korpuśny Aubel ze zwiadowcą Geronem łupali w astragale. Gero pozbywał się ćwierćsycelówek jednej za drugą. Adams tęsknie zerkał w tamtą stronę, odliczając w duchu: „Usuwanie ropy, usuwanie ropy… krótkie szycie”. Uśmiechnął się do swoich myśli. Tymczasem kostki wołowe uparcie pozbawiały żołnierza dobytku. Gero czerwieniał na twarzy coraz bardziej. Po każdym rzucie jego dłoń zbliżała się do rękojeści tkwiącego za pasem sztyletu. Twarz miał czerwieńszą niż rude piegi na policzkach.
– Dość hazardu – rzucił sucho Quirinu.
„Stary nudziarz popsuł zabawę”, pomyślał Adams. Kibicował korpuśnemu, widział, że podoficer nie oszukuje, tylko ma niesamowite szczęście. Już zauważył, że graczom często trafiają się dobre passy. Jakby tutaj los celowo prowokował cierpliwość przegrywających i chciwość wygrywających.
Kółeczko obserwatorów rozleciało się. Obsiedli wokoło bezdymne ognisko. Aubel wrzucił astragale do mieszka.
– Następnym razem gramy moimi – wysapał Gero.
– Jasne – mruknął Aubel.
– Korpuśny, opowiedzcie ciekawą historię – rozkazał Quirinu. Cokolwiek mówił stary oficer, brzmiało nudno. Teraz też było pewne, że historia będzie nieciekawa.
Aubel wypił łyk, potem drugi. Uśmiechał się do swoich myśli. W jeden wieczór zebrał ponad dwa sycele. Gero nie był z jego korpusu, Aubelowi nie groziła jego zemsta podczas zwiadu. Był tu najstarszym żołnierzem i wielokrotnie świadkiem podobnych zbiegów okoliczności. Umiał korzystać z tego zjawiska.
– Na zachód grań staje się coraz bardziej skalista – zaczął Aubel. – Twarda skała, którą bardzo trudno kruszyć, nawet młotem, nie to, co tutaj. Nie ma ścieżek na grani, płaskowyż opada coraz niżej. Nie trzeba bronić Linii, bo nikt przez te góry nie przejdzie, ani Czarny, ani legionista.
Aubel przypominał rzeczy znane. Twarze słuchaczy były coraz bardziej znudzone.
– Zaczynałem służbę właśnie na skraju tych skał.
– U Drubbaala? – spytał przysypiający Hjalmir.
– Nie. Sotnik nazywał się Hevrensz-Trzy-Palce.
– Mówią, że Drubbaal przegnał Czarne z Krum, to skąd Hevrensz-Jakiś-Tam? – głos Gerona był o nutkę zbyt zaczepny.
– To prawda, ale wtedy Drubbaal był najlepszym decymusem Hevrensza. Oddziały uformowano ze zbiegów z Dolnego Miasta. Wolne były tylko zbocza górskie. Czarne zajmowały Krum.
Stary przerwał. Popił. Chuchnął.
– Ale co innego chciałem… – zaczął.
– No, wreszcie – mruknął do siebie Hjalmir.
– Wszyscy mówili o pięknej Czarnej. Pojawiała się wśród ich patroli prowadzących Golców.
Nagle zapanowała cisza jak makiem zasiał.
– Niby zwyczajna gabera, futro czarne, choć trochę rudawe, krótkie, lśniące, chociaż na głowie dłuższe, jak drobniutkie loczki, nie? – Rozejrzał się po słuchaczach. – Ale miała twarz kobiety. Oczy duże, czarne, trochę przekrwione, lecz spojrzenie ciepłe, powłóczyste, jak u dziewczyny… – Aubel rozglądał się po zasłuchanych żołnierzach. – Szyję miała smukłą, wdzięczną, muskułki drobne, płaskie. Cyce… co tam cyce. Zupełnie jak piersi dziewczyny, tyle że trochę dłuższe i porosłe futrem. Ale za to nabite, jak ze stali. Wysoka jak każda, ale smukła, i nogi nie gabery, ale dziewczęce, tylko trochę w iks. Dziurę miała też zwyczajną, jak kobieta, żadna głowa jej stamtąd nie wystawała. Właściwie to wyglądała zupełnie jak dziewczyna, tylko po futrze było poznać, że gabera. No i miała rogi. Nie jakieś wielkie bawole rosochy, ale zgrabne, niedługie różki, wystające spod włosów.