Tajemnicza wyprawa Tomka
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #5
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-289-3
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tajemnicza wyprawa Tomka». Краткое содержание книги:
Tomek pierwszy spostrzegł jeźdźców. Już z dala było widać, że są umundurowani i uzbrojeni. Oni zaś, zaledwie wyjechali na szlak, również zauważyli podróżników. Jeden z nich coś zawołał. Przystanęli szeregiem na skraju traktu.
— Uciekajmy, Kozacy! — ostrzegawczo krzyknął Tomek. — Ściągnął konie cuglami.
Smuga błyskawicznym spojrzeniem ocenił sytuację.
— Stój, za późno! Będą nas ścigali — zgromił młodzieńca.
— Nie uciekać, jedźmy dalej — dodał Wilmowski, z niepokojem mierząc zbrojny oddział żołnierzy.
— Andrzeju, nie mamy wyjścia, przedstaw się im jako agent tajnej policji — szepnął Smuga, nieznacznie przygotowując rewolwer.
— Dobrze, pokażę papiery Pawłowa — odszepnął Wilmowski.
— Uwaga, rozmawia tylko Brown — cicho rozkazał Smuga. — Rewolwery trzymać w kieszeniach w pogotowiu! Bosmanie, pilnuj jeńca, jeśli nawet tylko mrugnie okiem, zastrzel go natychmiast. Potem dopiero mierz do Kozaków.
— Słyszałeś?! — syknął bosman. — Buzia na kłódkę lub zabiję! Pawłow pobladł. Zrozumiał, że pierwszy zginie, jeśli wydadzą się Kozakom podejrzani. Oczywiście pragnął zemsty na spiskowcach, lecz nie za cenę własnego życia! Tymczasem starcie zdawało się być nieuniknione. Dowódca Kozaków przez chwilę uważnie przyglądał się nadjeżdżającym z naprzeciwka, a zauważywszy karabiny zwisające z łęków siodeł, ponownie rzucił krótki rozkaz. Kilku żołnierzy zdjęło z pleców berdanki. Agent ujrzał, jak jego towarzysze wsuwają do kieszeni rewolwery przygotowane do strzału. Naraz przyszła mu do głowy zbawcza myśl.
— Panie Brown! — zawołał pospiesznie. — Posiadasz moje dokumetny! Nie odważą się robić trudności, jeśli powiesz, że jedziesz służbowo do urjadnika w Ałdanie! My zaś jesteśmy twoją eskortą!
Podróżnicy, zaskoczeni propozycją, niedowierzająco spojrzeli na Pawłowa. Przerażenie widoczne na jego twarzy wyjaśniło im, w jakim celu pragnął dopomóc swoim wrogom. Po prostu drżał o własną skórę.
— Ano, dobrze, spróbujemy... — odparł Smuga, nieznacznie mrugając do Wilmowskiego. Przecież bez jego rady mieli zamiar legitymować się dokumentami agenta. On podsunął jedynie sposób, w jaki mogli upozorować jazdę do Ałdanu.
Od Kozaków dzieliło ich tylko kilkanaście metrów. Wilmowski widząc, że oficer wyjeżdża im na spotkanie, również wysunął się do przodu.
— Strzelać tylko na mój rozkaz! — cicho ostrzegł Smuga, zerkając ku bosmanowi i Tomkowi.
— Kto wy?! — ostro zawołał oficer.
— Zdrawstwujtie, my swoi, urzędowe osoby — spokojnie odparł Wilmowski.
— Jak to urzędowe osoby? — już nieco grzeczniej indagował oficer.
— A ot, takie...! — odrzekł Wilmowski, powolnym ruchem wyjmując z kieszeni dokumenty.
Niedbale podał je dowódcy, ten zaś, ujrzawszy nominację podpisaną przez gubernatora, ręką machnął do Kozaków, by zaniechali ostrożności. Z powrotem zarzucili karabiny na plecy.
— Dokąd to służba prowadzi? — zagadnął Wilmowskiego, zwracając mu dokumenty.
— Do Ałdanu... z wizytą do urjadnika.
— A podróżna jest? [146] — spytał oficer.
Wilmowski spojrzał z góry na Kozaka. Wzruszywszy ramionami, odparł ozięble:
— Od wydawania podróżnej to my jesteśmy, a nie pan, panie oficerze! Skąd wy i czego tu szukacie?
Smuga nie znał tak dobrze jak Wilmowski stosunków panujących w carskiej Rosji, toteż usłyszawszy dość natarczywe pytanie Kozaka, położył wskazujący palec na spuście rewolweru, nie wyjmując go z kieszeni. Wilmowski wszakże doskonale orientował się, jak olbrzymią władzę posiadała wówczas policja.
Każdy cudzoziemiec musiał uzyskać jej zezwolenie tak na przyjazd, jak i na wyjazd z kraju, poza tym zobowiązany był meldować o każdej zmianie zamieszkania, na pobyt dłuższy niż sześć miesięcy powinien otrzymać specjalne zezwolenie. Nie mniejsze rygory obowiązywały rdzenną ludność Syberii. Włościanin bez zezwolenia policji nie mógł oddalać się od domu w promieniu ponad 30 wiorst. Świadom tego Wilmowski gniewnie zmarszczył brwi i mierzył Kozaka surowym spojrzeniem.
Taktyka jego nie zawiodła, oficer bowiem pomyślał, że ów agent do specjalnych poruczeń gubernatorskich musi być nie lada szyszką, skoro tak śmiało sobie poczyna. Toteż zaraz “zapomniał” o podróżnej. Salutując uprzejmie, usprawiedliwił się:
— Wasze wysokobłagorodje wybaczy, w cywilnych ubraniach trudno rozpoznać godność urzędową, a spotkanie tutaj na drodze uzbrojonych ludzi często nie wróży nic dobrego. My z eskorty kopalni złota znad Ałdanu. Myszkowaliśmy po okolicy dla bezpieczeństwa. Banda bradiagów włóczy się po tajdze.
— Dobrze, już dobrze, przezorność godna pochwały — powiedział Wilmowski protekcjonalnym tonem. — Złożę odpowiedni raport jego ekscelencji gubernatorowi. Jak nazwisko?
— Aleksander Siergiejewicz Natkowsky z sotni kozackiej, stacjonowanej w Jakucku, odkomenderowany do ochrony kopalni “Ałdanka” — wyrecytował oficer. — Czy może wasze wysokobłagorodje życzy sobie, abyśmy eskortowali do Ałdanu?
— Dziękuję, mam swoich ludzi. No, do widzenia!
— Z drogi! — zakomenderował oficer.
Kozacy sprawnie zjechali na skraj szlaku. Ustawili się dwójkami w kierunku na południe. Oficer uprzejmie zasalutował. Obydwie grupy zaczęły się oddalać w przeciwne strony.
Zaledwie Kozacy zniknęli za zakrętem, bosman odsapnął głośno i rzekł:
— No, panie Pawłow, nareszcie chociaż raz przydałeś się nam na coś!
— Dureń, nawet nie wiedział, jak blisko był prawdziwej nagrody... lub kuli! — odparł Pawłow ze złością, aczkolwiek sam również odetchnął lżej po takim zakończeniu nieoczekiwanego spotkania.
Smuga wzrokiem uciszył bosmana.
Po kilkunastu minutach zjechali ze szlaku. Do wieczora, klucząc wąwozami, zataczali szerokie półkole wokół Ałdanu i zamiast wprost z południa, przybliżyli się doń od wschodu. Według obliczeń Wilmowskiego od miasteczka dzieliło ich około ośmiu lub dziesięciu kilometrów. Rozbili obóz w małym wąwozie, zagubionym wśród rumowisk skalnych. Nigdzie nie było widać żadnych śladów ludzkiej bytności, zające bielaki prawie nie uciekały na ich widok.
Po zachodzie słońca bosman umieścił Pawłowa w namiocie, gdyż widać było po nim, że jest wyczerpany. Niebezpieczna sytuacja zapewne zmniejszyła jego odporność fizyczną. Bosman spętał mu nogi kajdankami, a następnie opuścił namiot i przysiadł się do przyjaciół.
Smuga, jakby tylko na to czekał, zaraz dał znak dłonią, aby pochylili się ku niemu.
— Nie możemy tutaj zbyt długo popasać. Osada blisko, ktoś przypadkiem mógłby nas tu znaleźć — powiedział.
— Masz rację, musimy natychmiast przystąpić do działania — potwierdził Wilmowski.
— Mówiłeś pan w drodze, że obmyśliłeś już jakiś plan działania — zauważył bosman.
— A jakże! Zamierzałem cichaczem wyprawić się na zwiady — powiedział Smuga. — Zbyszek widział mnie w Warszawie, gdy zabierałem Tomka. Na pewno by mnie poznał.
— Przecież ja znam Zbyszka lepiej... — wtrącił Tomek.
— Nie, mój drogi, zbyt wiele was łączy... Wzruszenie, oczywiście bardzo zrozumiałe w tym wypadku, mogłoby nam wszystkim oddać niedźwiedzią przysługę — przerwał mu w pół zdania Smuga. — Tobie nie mogę powierzyć tego zadania.
146
Podróżna — zezwolenie na podróżowanie wydane przez policję, które równocześnie uprawniało do wypożyczania koni na stacjach.