Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Dworzec Perdido [Perdido Street Station]
Dworzec Perdido [Perdido Street Station] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dworzec Perdido [Perdido Street Station]

Электронная книга - «Dworzec Perdido [Perdido Street Station]». Краткое содержание книги:

Metropolia Nowe Crobuzon to centralny punkt świata Bas-Lag. Ludzie, mutanty i niezwykłe obce rasy żyją tu obok siebie, w ponurym labiryncie walących się domów i wysokich kominów, w widłach rzek niosących tony zanieczyszczeń, pośród fabryk i hut pracujących dzień i noc. Od ponad tysiąca lat Parlament z pomocą brutalnej milicji sprawuje kontrolę nad społecznością robotników i artystów, szpiegów i żołnierzy, uczonych i magików, a także włóczęgów i prostytutek.
Lecz oto w Nowym Crobuzon pojawia się kaleki przybysz z mieszkiem pełnym złota i zleceniem, którego niepodobna wykonać. Za jego sprawą, choć bez jego udziału, miasto dostaje się w szpony niepojętego terroru, a losy milionów obywateli zależą od garstki renegatów…
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów. Kogo znużyły powtarzane w nieskończoność schematy fantasy tolkienowskiej i tęskni do światów naprawdę innych, niepodobnych do niczego, co zna, powinien odwiedzić Nowe Crobuzon Chiny Mievillea – tędy prowadzi droga do fantastyki XXI wieku. Jacek Dukaj
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 196
Перейти на страницу:

Zrozumiał, że morze snów, w którym unosił się tak swobodnie, składa się z kropel pochodzących w niektórych przypadkach z niezwykle dalekich stron.

„To nie morze” – dotarła do niego myśl z głębi odurzonego umysłu – „to raczej bulion”. Natychmiast wyobraził sobie, jak przeżuwa chrząstki i podroby z obcych ciał i umysłów, kawałki sennych rojeń pływające w chudym sosie półwspomnień. Poczuł, że zbiera mu się na torsje. „Jeżeli zwymiotuję tutaj, łeb przewróci mi się chyba na lewą stronę” – pomyślał ponuro.

Wspomnienia i sny nadchodziły falami, układając się w tematyczne przypływy i odpływy. Nawet unosząc się w prądach przypadkowych myśli, Isaac mijał widoki, które wydawały mu się znajome. Poddawał się wirom snów o bogactwie – o pieniądzach, stiverach i dolarach, o stadach bydła i o malowanych muszelkach.

Ślizgał się po falach snów erotycznych: widział mężczyzn-kaktusy rozpryskujących ejakulat ponad ziemią, w której tkwiły równe rzędy jajobulw posadzonych przez kobiety-kaktusy; spotykał kobiety kheprich nacierające się olejkami podczas przyjacielskich orgii; mijał ludzkich kapłanów pławiących się we własnych, zakazanych, pełnych poczucia winy marzeniach.

Umysł Isaaca zakręcił się w wirze snów niespokojnych: był małą dziewczynką martwiącą się egzaminami; szedł nago do szkoły; był vodyanoim, twórcą wododzieła, strapionym na widok potoków słonej wody wlewających się z morza do jego rzeki; był aktorem stojącym na scenie jak posąg i niezdolnym przypomnieć sobie choć jedną linię tekstu.

„Mój umysł jest kotłem” – pomyślał Isaac – „a wszystkie te sny gotują się w nim i duszą”.

Strumień myśli stał się jeszcze szybszy i gęstszy. Isaac uczepił się tego marnego rymu – zaczął powtarzać w duchu: szybszy i gęstszy, szybszy i gęstszy, szybszy i gęstszy, próbując skupić się na tej jednej czynności i zignorować psychiczny potop, w którym tonął.

Nie udało mu się. Sny rozgrywały się we wnętrzu umysłu, nie mógł przed nimi uciec. Śnił o tym, że śnią mu się sny innych ludzi, i miał świadomość, że jest to sen prawdziwy.

Mógł jedynie, pełen strachu i desperacji, próbować przypomnieć sobie, który z tych snów był jego własnym.

Gdzieś w pobliżu rozległ się natarczywy świergot. Dźwięk znalazł drogę przez pokłady obrazów przepełniające głowę Isaaca, przybrał na sile i trwał, aż wreszcie stał się dominującym tematem w oszołomionym umyśle.

Sny urwały się gwałtownie.

Isaac otworzył oczy zbyt szybko i zaklął w duchu, kiedy jego czaszkę przeszył ból jaskrawego światła. Niepewnie uniósł rękę i zwiesił ją nad głową niczym wielkie wiosło. Opuścił ostrożnie dłoń, zakrywając oczy.

Sny rzeczywiście ustały. Mężczyzna spojrzał nieśmiało przez palce. Nastał dzień. Było zupełnie jasno.

– Na… zadek… Jabbera… – wyszeptał i poczuł, że ten wysiłek tylko spotęgował ból głowy.

Sytuacja była absurdalna. Nie miał poczucia rzeczywistego upływu czasu, a jednocześnie pamiętał wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Co więcej, wspomnienia stały się jeszcze ostrzejsze, odkąd otworzył oczy. Nie miał wątpliwości, że jeszcze niedawno tarzał się, pocił i jęczał pod wpływem dreamshitu, ale wszystko to nie mogło trwać dłużej niż pół godziny. A jednak… Zmrużył oczy i spojrzał na zegar. Była siódma trzydzieści rano; minęło wiele godzin, odkąd z takim trudem wpełzł na łóżko.

Wsparłszy się na łokciach, przyjrzał się swojemu ciału. Zazwyczaj ciemna skóra była teraz szara i śliska. Czuł smród z własnych ust. Zdawał sobie sprawę, że przez całą noc musiał leżeć prawie nieruchomo; pościel była ledwie naruszona.

Świergot przerażonego ptaka, który obudził go chwilę wcześniej, rozbrzmiał z nową siłą. Maleńki ptaszek krążył desperacko we wnętrzu magazynu. Isaac przypomniał sobie, że musi to być jedno z owych niechętnych ucieczce stworzeń, które uwolnił poprzedniego dnia, zapewne oszalały ze strachu strzyżyk. Rozejrzał się, szukając przyczyny ptasiej paniki i dostrzegł smukłe, gadzie ciało aspisa, które wystrzeliło jak z procy z kąta laboratorium i w locie przechwyciło swą ofiarę. Krzyki strzyżyka umilkły jak ucięte nożem.

Isaac wygramolił się z łóżka i na miękkich nogach okrążył mieszkalny zakątek swej platformy.

– Notatki – mruknął do siebie. – Muszę sporządzić notatki. Sięgnąwszy po papier i pióro, zaczął spisywać pospieszne wrażenia, które pozostawiło w nim zażycie dreamshiru.

– Co to mogło być, do cholery? – szepnął, nie przerywając pisania. – Ktoś wykonał diabelnie dobrą robotę, odtwarzając biochymię snów albo docierając do ich źródła… – Uczony potarł skronie. – Boże, jak to stworzenie może żywić się czymś takim… – Isaac wstał i spojrzał na uwięzioną gąsienicę.

Znieruchomiał z idiotycznie otwartymi ustami. Kilka razy bezgłośnie poruszył żuchwą, zanim udało mu się wydusić kilka słów.

– Och. Wielkie nieba. To dobre… Psiakrew.

Ruszył chwiejnie i z obawą w stronę klatki. Instynktownie odchylał się przy tym do tyłu, jakby chciał uciec przed tym, co widział.

Za drucianą kratką wiła się niespokojnie kolosalna masa przepięknie ubarwionej larwy. Isaac niepewnie stał nad nią, zdumiony rozmiarami. W otaczającym go eterze wyczuwał dziwne, drobne wibracje niezadowolonej, obcej istoty.

Gąsienica co najmniej potroiła swoje rozmiary w ciągu nocy. Miała teraz stopę długości i była odpowiednio grubsza. Wyblakłe poprzedniego dnia barwy ponownie lśniły swym pierwotnym blaskiem. Czepliwe włoski na tylnej części ciała sterczały bojowo. Zwierzę miało nie więcej niż sześć cali wolnego miejsca z każdej strony. Niezbyt gwałtownymi ruchami raz po raz trącało drzwiczki klatki.

– Co ci się stało? – syknął Isaac.

Pochylił się niżej nad gąsienicą, która natychmiast uniosła łepek i pokiwała nim wysoko w powietrzu. Myśli pojawiały się w jego głowie w szybkim tempie: na początek wyobraził sobie porcję dreamshiru, którą poprzedniego dnia włożył do klatki. Następnie spojrzał na pakiet z resztą narkotyku, spoczywający w nienaruszonym stanie dokładnie tam, gdzie go pozostawił. Wiedział już, że zwierzę nie wyszło z pudełka i nie dożywiło się samodzielnie. Z drugiej jednak strony zdawał sobie sprawę, że niewielkie grudki, którymi uraczył larwę, w żaden sposób nie mogły zawierać dostatecznej liczby kalorii, by tak znacznie zwiększyła swoją masę w ciągu jednej nocy. Nawet gdyby perfekcyjna przemiana materii pozwoliła jej przybrać na wadze tyle samo, ile ważył pokarm, nie osiągnęłaby tak imponującego efektu.

– Nie mam pojęcia, skąd wzięłaś ryle energii po tej skromnej kolacji – wyszeptał struchlały Isaac – ale nie mogła to być energia znana fizyce. Czym ty jesteś, na Jabbera?

Wiedział, że musi przenieść gąsienicę do większej klatki. Wyglądała żałośnie, miotając się bez celu w zbyt ciasnej przestrzeni. Grimnebulin wyprostował się, odrobinę wystraszony i zniesmaczony na myśl o tym, że miałby dotknąć niezwykłego stworzenia. Wreszcie podniósł pudełko i zachwiał się pod nadspodziewanie dużym ciężarem. Umieścił je tuż nad podłogą znacznie większej klatki, wykonanej z grubego drutu i wysokiej na pięć stóp, w której poprzednio trzymał małą rodzinę kanarków. Otworzywszy klapkę w pudełku przechylił je, wyrzucając tłustą larwę wprost w trociny. Zaraz potem wycofał się i starannie zamknął drzwiczki jej nowego mieszkania.

Zadowolony, spojrzał na swą podopieczną. Gąsienica zdawała się odwzajemniać spojrzenie. Isaac poczuł jej dziecinne błaganie o coś dobrego na śniadanie.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 196
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)