Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Социально-философская фантастика » Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]
Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]

Электронная книга - «Przestrzeni! Przestrzeni! [Make Room! Make Room! - pl]». Краткое содержание книги:

Tytuł tej książki to wołanie o pomoc, błaganie nie o komfort, ale o przeżycie w świecie, w którym nie ma już żywności, w którym o każdy skrawek trzeba iść o lepsze ze szczurami i milionami innych ludzi, chyba że uda się upolować szczura, by zjeść go zamiast sojowej papki lub owsianki. Każdy radzi sobie, jak może. Dania odgrodziła się murem, zza którego strażnicy strzelają do każdego, kto pragnie dostać się do tej ziemi obiecanej. Między Związkiem Radzieckim a Chinami toczy się wojna i mało komu zależy na jej zakończeniu, gdyż rozwiązuje to nieco sprawę przeludnienia. Nowy Jork liczy trzydzieści pięć milionów mieszkańców i gorszy jest od dżungli, nie uznaje bowiem żadnych praw. I w tym oto molochu Andy Rush, policjant, ma przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa. Podejmując się czegoś niemal niewykonalnego, szuka również odpowiedzi na pytanie, dlaczego przyszło mu żyć w ten właśnie sposób: w zgiełku, lecz samotnie, wśród przemocy, głodu — i kto jest temu winien.
1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:

— Więc mówisz poważnie?

— Oczywiście, to nie jest temat do żartów. Prawdziwa wycieczka na wieś. Mówiłem ci, gdzie byłem w zeszłym tygodniu. Razem ze strażą popłynęliśmy barką w górę rzeki do Croton-on-Hudson, tam napełniają zbiorniki samochodów. To trwa jakieś dwie, trzy godziny. Nie byłem aż tak daleko, lecz mówią, że można dojść aż do Croton Point Park. To jest tuż nad rzeką i podobno rosną tam wciąż prawdziwe drzewa. Dziś jest ciepło, możemy zrobić sobie piknik, a potem wrócić razem z nimi. Co o tym powiesz?

— Powiem, że brzmi to wspaniale i niewiarygodnie i że nigdy nie byłam tak daleko od miasta. Może wcześnie w dzieciństwie. To musi być mile stąd. Kiedy wyruszamy?

— Jak tylko zjemy śniadanie. Nastawiłem już owsiankę, możesz zamieszać, zanim wykipi.

— Nic nie jest w stanie wykipieć na ogniu z węgla morskiego. — Podeszła jednak do piecyka i zajęła się garnuszkiem.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział ją tak roześmianą i szczęśliwą; zupełnie jakby nagle wróciło lato.

— Nie bądź prosię i zjedz owsiankę — powiedziała. — Mogę zużyć olej kukurydziany, zachowywałam go na coś istotnego, i usmażyć trochę ciastek z owsianki. Wzięlibyśmy je na piknik.

— Posól je dobrze, będziemy tam mieli tyle wody, ile dusza zapragnie.

Andy przysunął krzesło Shirl tak, by usiadła tyłem do roweru Sola; nie było teraz w jej polu widzenia niczego, co przypominałoby o niedawnych wydarzeniach. Śmiała się, snuta plany na tak dobrze rozpoczęty dzień i nie chciał tego psuć. Zanosiło się na coś szczególnego i czuli to oboje.

Gdy pakowali lunch rozległo się szybkie stukanie do drzwi.

— Posłaniec, wiedziałam — rzuciła ze złością Shiri: — Będziesz musiał iść dzisiaj do pracy…

— Spokojnie — uśmiechnął się Andy. — Grassy nie złamałby słowa. A poza tym, posłaniec stuka inaczej, znam to na pamięć: stuk-stuk-stuk.

Shirl zmusiła się do uśmiechu i poszła otworzyć drzwi; Andy kończył pakowanie.

— Tab! — krzyknęła zaskoczona i szczęśliwa. — Jesteś ostatnią osobą na świecie… Wejdź, proszę, tak miło cię widzieć. To Tab Fielding — powiedziała Andy’emu.

— Dzień dobry, Miss Shirl — rzekł powściągliwie Tab, pozostając w korytarzu. — Przykro mi, lecz to nie jest towarzyska wizyta. Jestem — teraz w pracy.

— O co chodzi? — spytał Andy podchodząc do Shirl. — Musicie państwo zrozumieć, że przyjmuję taką pracę, jaką mi oferują. — Nie uśmiechał się, był ponury. — Od września byłem na liście strażników bez pracy, znajdowałem tylko dorywcze zajęcia, żadnych stałych umów i muszę brać to, co jest. Jeśli ktoś odmawia, odpada na koniec listy. Mam rodzinę do wyżywienia…

— O co ci ohodzi? — spytał Andy. Dostrzegł, że w ciemności za Tabem stoi ktoś jeszcze, a sądząc po szuraniu stóp, jest to przynajmniej kilka osób.

— Nie gadaj z nimi — powiedział mężczyzna skrywający się za plecami Taba. Głos miał nosowy i dość nieprzyjemny. — Prawo jest po mojej stronie. Zapłaciłem ci. Pokaż mu nakaz!

— Chyba już rozumiem — stwierdził Andy. — Odejdź od drzwi, Shirl. Tab, wejdź do środka, byśmy mogli chwilę porozmawiać.

Tab przeszedł przez próg, a mężczyzna, który teraz został odsłonięty, próbował wejść za nim.

— Nie wejdziesz beze mnie… — wrzasnął, ale Andy zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

— Wolałbym, żeby pan tego nie robił — rzekł Tab. Na zaciśniętej pięści miał jak zwykle kastet.

— Uspokój się. Chcę tylko dowiedzieć się najpierw od ciebie dokładnie co jest grane. On ma nakaz kwaterunkowy, prawda?

Tab przytaknął, wpatrując się ponuro w podłogę.

— O czym wy do diabła mówicie? — spytała Shirl, spoglądając z niepokojem to na jednego, to na drugiego. Andy nie odpowiedział, a zatem Tab zaczął wyjaśnienia.

— Nakaz kwaterunkowy wydawany jest przez sąd każdemu, kto może udowodnić, że naprawdę nie ma gdzie mieszkać i potrzebuje lokalu. Wydają ich tylko tyle, ile znajduje się licznych rodzin, które musiały się skądś wyprowadzić. Mając ten nakaz można szukać pustych mieszkań albo pokoi czy czegokolwiek w tym rodzaju. Ten papierek jest rodzajem podstawy prawnej. Bywa, że zdarzają się kłopoty, ludzie nie lubią, gdy obcy ich nachodzą, tak więc każdy, kto ma nakaz kwaterunkowy, wynajmuje zwykle strażnika. I właśnie o to chodzi. To towarzystwo tam, za drzwiami nazywa się Belicherowie. Wynajęli mnie.

— Ale co ty tu robisz? — Shirl wciąż niczego nie rozumiała.

— Jest tu, bo Belicher to wampir — wyjaśnił Andy, tłumiąc gorycz. — Krąży po kostnicy i szuka świeżych zwłok.

— To jedna strona medalu — powiedział Tab, usiłując zachować spokój. — Lecz trzeba wziąć pod uwagę, że ma żonę i dzieci, i nie ma gdzie mieszkać.

Belicher załomotał nagle do drzwi, krzycząc coś obrażonym głosem. Shirl w końcu zrozumiała powód obecności Taba i wciągnęła głęboko powietrze.

— Jesteś tutaj, ponieważ im pomagasz. Dowiedzieli się, że Sol nie żyje i chcą zająć ten pokój.

Tab tylko przytaknął ponuro.

— Wciąż jeszcze można coś zrobić — stwierdził Andy. — Gdyby zamieszkał w tym pokoju ktoś, na przykład, z mojego posterunku, wówczas ci ludzie nie mogliby się tu wprowadzić.

Stukanie było coraz głośniejsze. Tab zrobił pół kroku w kierunku drzwi.

— Gdyby ktoś był tu teraz, to owszem, ale Belicher prawdopodobnie podałby sprawę do sądu i zarządził okupację, bo ma rodzinę. Zrobię co tylko będę w stanie, by wam pomóc, ale Belicher jest moim pracodawcą.

— Nie otwieraj drzwi — powiedział ostro Andy. — Przynajmniej dopóki nie wyjaśnimy wszystkiego.

— Muszę, nie mam wyboru — wyprostował się i ścisnął pięść. — Nie usiłuj mnie powstrzymać, Andy. Jesteś policjantem i znasz prawo.

— Tab, naprawdę musisz? — spytała cicho Shirl. Spojrzał na nią zakłopotany.

— Byliśmy kiedyś przyjaciółmi, Shirl i chciałbym to tak zapamiętać. Wiem, jak będziesz teraz o mnie myśleć, ale muszę wykonać to, co wchodzi w zakres moich obowiązków. Muszę ich wpuścić.

— To dalej, otwórz te cholerne drzwi — powiedział cierpko Andy, odwracając się i podchodząc do okna. Pokój zaroił się od Belicherów. Mr Belicher był szczupłym mężczyzną z dziwnie ukształtowaną głową, niemal zupełnie pozbawioną podbródka, i inteligencją wystarczającą akurat do tego, by podpisać się na formularzach opieki społecznej. Mrs Belicher była zapewne podporą rodziny; z jej tłustego obwisłego ciała wyszło już siedmioro dzieci skutecznie zwiększając przydziały żywnościowe, utrzymujące ich wszystkich przy życiu; numer ósmy wypychał właśnie jej brzuch. Tak naprawdę był numerem jedenastym, troje młodszych Belicherów bowiem miało pecha i zakończyło egzystencję na skutek nieuwagi i wypadków. Największa dziewczyna, zapewne około dwunastu lat, niosła pokryte wrzodami niemowlę, które śmierdziało straszliwie i nieustannie płakano. Pozostałe dzieci krzyczały jedno na drugie; wreszcie mogły przestać być cicho po długim, pełnym napięcia staniu w korytarzu.

— O, zobaczcie, fajnista lodówka — powiedziała Mrs Belichcr, wtaczając się do środka i zaraz sięgając ku drzwiczkom chłodziarki.

— Nie dotykajcie tego — rzekł Andy, a Belicher pociągnął go za ramię.

— Podoba mi się ten pokój, nieduży, wiecie, ale miły. A tu co jest? — skierował się do drzwi w przepierzeniu.

1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)