Amerykańscy bogowie [American Gods - pl]
- Автор: Гейман Нил Ричард
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-89004-10-0
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Amerykańscy bogowie [American Gods - pl]». Краткое содержание книги:
Książka otrzymała nagrodę Hugo 2002 w kategorii Najlepsza Powieść Roku.
Pan Jaquel odsłonił zęby i warknął jak wielki pies, który nie pragnie walki, ale zawsze może ją zakończyć, rozdzierając człowiekowi gardło. Sweeney zrozumiał, usiadł i nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky.
— Pamiętasz, jak robić moją sztuczkę z monetami? — spytał Cienia z szerokim uśmiechem.
— Nie.
— Jeśli uda ci się zgadnąć — oznajmił Szalony Sweeney. Wargi miał fioletowe, błękitne oczy zasnute mgłą — powiem, gdy będziesz blisko.
— Nie ukrywasz jej w dłoni, prawda? — spytał Cień.
— Nie.
— To jakiś gadżet? Trzymasz coś w rękawie czy gdzie indziej? Coś, co wystrzeliwuje monety, które potem łapiesz?
— Ani jedno, ani drugie. Jeszcze komuś whisky?
— Czytałem kiedyś, że Sen Biedaka można wykonać dzięki lateksowi, którym powleka się dłoń, robiąc coś w rodzaju naturalnie wyglądającej kieszonki na monety.
— Cóż za smutna stypa. Wielki Sweeney, który niczym ptak fruwał po całej Irlandii w swym szaleństwie, żywiąc się rzeżuchą, umarł i opłakują go tylko ptak, pies i idiota. Nie, to nic z tych rzeczy.
— To tyle. Nie mam więcej pomysłów — mruknął Cień. — Przypuszczam, że po prostu bierzesz je znikąd. — To miał byś sarkazm, nagle jednak dostrzegł wyraz twarzy Sweeneya. — Ty naprawdę to robisz — rzekł. — Bierzesz je znikąd.
— No nie do końca znikąd — odparł Szalony Sweeney — ale zaczynasz rozumieć. Monety pochodzą ze skarbu.
— Skarbu — powtórzył Cień. Coś sobie przypominał. — Tak.
— Musisz tylko widzieć go przed sobą, w umyśle, i możesz czerpać do woli. Skarb Słońca. Pojawia się chwilach, gdy świat rodzi tęczę, w momencie zaćmienia i nadejścia burzy.
I pokazał Cieniowi, jak to zrobić. Tym razem Cień zapamiętał.
Potwornie bolała go głowa, język sprawiał wrażenie okręconego lepem na muchy. Cień zmrużył oczy, porażone blaskiem porannego słońca. Poprzedniego wieczoru zasnął z głową na kuchennym stole. Był ubrany, choć w którymś momencie ściągnął czarny krawat.
Zszedł na dół do kostnicy i z ulgą, choć bez specjalnego zdumienia, odkrył, że NN wciąż siedzi na stole sekcyjnym. Cień wyrwał z zaciśniętych palców trupa pustą butelkę po złotym Jamesonie i wyrzucił ją. Z góry dobiegły go odgłosy krzątaniny.
Kiedy wrócił do kuchni, pan Wednesday siedział przy stole i jadł plastikową łyżeczką resztki sałatki z pojemnika. Miał na sobie ciemnoszary garnitur, białą koszulę i krawat marengo. Promienie porannego słońca odbijały się w srebrnej spince w kształcie drzewa. Na widok Cienia uśmiechnął się szeroko.
— Cień, mój chłopcze, dobrze, że już wstałeś. Sądziłem, że będziesz spał wiecznie.
— Szalony Sweeney nie żyje — oznajmił.
— Tak, słyszałem o tym — odparł Wednesday. — Cóż za strata. Oczywiście, w końcu wszystkich nas to spotka. — Udał, że okręca szyję sznurem, gdzieś na poziomie uszu, a potem szarpnął głową na bok, wysuwając język i wybałuszając oczy. Była to bardzo niepokojąca pantomima. Po chwili wypuścił sznur i jego twarz rozjaśnił jakże znajomy uśmiech. — Masz ochotę na sałatkę ziemniaczaną?
— Raczej nie. — Cień rozejrzał się szybko po kuchni i holu. — Wiesz, gdzie podziali się Ibis i Jaquel?
— Oczywiście. Chowają właśnie panią Lilę Goodchild. Prawdopodobnie nie zmartwiłaby ich twoja pomoc, poprosiłem jednak, by cię nie budzili. Czeka nas długa jazda.
— Wyjeżdżamy?
— W ciągu godziny.
— Powinienem się pożegnać.
— Pożegnania są przereklamowane. Nie wątpię, że nim wszystko się skończy, jeszcze się spotkacie.
Po raz pierwszy od dnia jego przybycia brązowa kotka leżała w swym koszyku. Otwarła obojętne bursztynowe oczy, odprowadzając go wzrokiem.
I tak Cień opuścił dom umarłych. Cienka warstewka lodu pokrywała czarne, zimowe krzaki i drzewa, przemieniając je w rośliny rodem ze snu. Chodnik był niebezpiecznie śliski.
Wednesday poprowadził Cienia do białego Chevy Nova, zaparkowanego na drodze. Niedawno go umyto, tablice z Wisconsin zastąpiono tablicami z Minnesoty. Bagaż Wednesdaya leżał już na tylnym siedzeniu. Wednesday otworzył drzwi kluczykami stanowiącymi kopię tych, które wciąż tkwiły w kieszeni Cienia.
— Ja poprowadzę — rzekł. — Trzeba co najmniej godziny, żebyś nadawał się do użytku.
Pojechali na północ. Po lewej mieli Missisipi — szeroką srebrną rzekę pod szarym niebem. Nagle Cień dostrzegł na bezlistnym drzewie przy drodze wielkiego brązowo-białego sokoła, który patrzył na nich szalonymi oczami, a potem zerwał się do lotu, zataczając na niebie coraz szersze kręgi.
W tym momencie zrozumiał, iż pobyt w domu umarłych stanowił jedynie czasowy odpoczynek. Już teraz zaczynał odnosić wrażenie, jakby wszystko to spotkało kogoś innego, bardzo dawno temu.
CZĘŚĆ DRUGA
MÓJ AINSEL
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Nie mówiąc już o mitycznych stworach wśród rumowisk…