Gringo Wśród Dzikich Plemion
- Автор: Cejrowski Wojciech
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gringo Wśród Dzikich Plemion». Краткое содержание книги:
Na korytarzu redakcyjnym lekko zaszumiało. Panie redaktorki (w zasięgu wzroku żadnego mężczyzny) były co najmniej przejęte, jeżeli nie zbulwersowane – ten Cejrowski? u nas? a coon tu robi?
Redaktor Naczelna, świeżo po lekturze mego tekstu, umówiła się ze mną na rozmowę. Chwaliła, że ciekawy, napisany z werwą i „jajem” tylko…
– Panie Wojtku, nie oszukujmy się, pańskie nazwisko jest kontrowersyjne, a my nie chcemy straszyć naszych czytelniczek.
– To jest tekst przygodowy, a nie polityczny.
– Nieistotne, jaki jest ten tekst, tylko kim jest jego autor. W Polsce wciąż obowiązują układy, a pan nie należy ani do żadnego układu, ani sam nie jest specjalnie układny, prawda? I ja, prywatnie, to bardzo podziwiam, bardzo szanuję, mieć odwagę powiedzieć własne zdanie. W pracy muszę się jednak podporządkować opinii większości. Serdecznie pana przepraszam, ale niestety… no nie pasuje nam pan do stopki redakcyjnej.
W tym momencie w gabinecie Naczelnej pojawiła się Helena Trojańska – nieznana nikomu dziennikarka – podróżniczka.
Bywała w Ameryce Południowej, mówiła płynnie w dwóch ulubionych przeze mnie językach obcych, potrafiła dowcipnie i sprawnie operować językiem polskim, a co najważniejsze zgodziła się firmować moje teksty swoim nazwiskiem.
Teraz wystarczyło, żebym pozmieniał czasowniki męskie na żeńskie i sprawa załatwiona. Łamy pisma stanęły przede mną szerokim otworem. Naczelna proponowała cykliczną kolumnę i niezłe pieniądze, tylko…
Ja, ja sam, po namyśle, się nie zdecydowałem. To byłoby z mojej strony tchórzostwo; wyparcie się własnych poglądów i poddanie presji układów, którymi gardzę.
Był jeszcze jeden powód – ambicja. Nie po to przez kilkanaście lat przedzierałem się przezdżunglę, ryzykowałem zdrowiem i życiem, żeby teraz cały mój dorobek zgarnęła pod siebie pani Helenka, świeżo upieczona dziennikarka – podróżniczka. Ostatecznie więcnie opublikowałem tam żadnego tekstu.
Ale jakoś nie mogłem zapomnieć o Helenie… Co jakiś czas wracała w mojej pamięci, jakby pytała, czy może się na cośprzydać?
Kiedy więc zacząłem przygotowywać do druku niniejszą książkę, od razu przyszło mi na myśl, że właśnie ona będzie najlepszym kandydatem na tłumacza. To przecież musiał być ktoś, kto bywał w dżungli, widział to, o czym piszę, dotykał, smakował, bał się tego samego. Ktoś, kto czuje temat, zna opisywane rzeczy od podszewki. W dodatku ktoś, kto mi łatwo nie ulegnie, kto będzie potrafił przeciwstawić się memu przywiązaniu do tego czy innego sformułowania i wymusić na mnie jego zamianę na lepsze.
Kimś takim mogłem być tylko ja sam – Helena Trojańska, znana szerzej jako WojciechCejrowski.
A teraz muszę zmienić dedykację, bo kiedy już wiecie, że tłumacz to ja, słowa: niniejszą książkę dedykuję tłumaczowi – bez Tłumacza nie byłaby tym, czym jest, stają się co najmniej pretensjonalne.
dedykuję tę książkę Blondynce – bez Blondynki nie byłbym tym, kim jestem
ZAKOŃCZENIE DLA CIERPLIWYCH
BLONDYNKA W DŻUNGLI
Ogromna czarna mrówka z czerwonym łbem właśnie zaglądała jejw oko. Była bardzo zaciekawiona zawartością źrenicy i niespotykanym w tej okolicy niebieskim kolorem tęczówki. Wymachiwała badawczo czółka – mi i zastanawiała się, czy na coś takiego można bezpiecznie wejść. Coś w rodzaju mentalnego przełącznika w jej głowie drżało niespokojnie między alternatywą: skok – odwrót.
(Mrówki są bardzo proste – całe ich myślenie jest jak para lejców – działanie zależy od tego, który z instynktów mocniej szarpnie…)
– Fuj! A kysz! Poszła precz! – Blondynka szarpnęła się w hamaku, chcąc strącić mrówkę z – twarzy.
Przełącznik kliknął w tył – mrówka odebrała sygnał do odwrotu. Zbiegła po policzku i już miała sobie pójść [po lince hamaka – po gałęzi – po pniu – do mrowiska], ale gwałtowne ruchy Blondynki wytrąciły ją z równowagi. Straciła przyczepność i wpadła wprost w dekolt koszuli.
– Gdzie ona jest?!! – Blondynka szamotała się we własnym ubraniu.
Próbowała jednocześnie z niego wyskoczyć i zrewidować je od środka.
W efekcie mrówka została zepchnięta między kołnierzyk a szyję i ściśnięta …aał… niebezpiecznie mocno. Wtedy coś w jej głowie gwałtownie szarpnęło lejcami. Bez namysłu ugryzła… z całej siły zwarrrła szczęki… a do tego strzyknęła kwassem…
Kołnierzyk nie zareagował.
Odwróciła się więc i ugrrryzła to, coznalazła po swojej drugiej stronie. Tym razem była to miękka skóra na szyi. Tylko kwassu zostało niewiele…
– …AAAaaaał… – Blondynka poczuła bardzo wyraźnie, gdzie jest poszukiwana przez nią mrówka.
I tobył koniec tej mrówki. Oraz początek bardzo bolesnej opuchlizny.
– Co za potwór! Widziałeś to? – mrówka została (pośmiertnie) poddana szczegółowej analizie pod światło – One tu nie mają umiaru. Nie przestają rosnąć kiedy są normalnej wielkości, tylko jadą dalej. Kto to widział, żeby uczciwa mrówka miała trzy centymetry!
– Czerwone Łby nie gryzą. To znaczy, chciałem powiedzieć, że nie mają jadu, ot, pospolity kwas mrówkowy – starałem się brzmieć uspokajająco.
– Nie próbuj mnie uspokajać, bo wcale nie jestem zdenerwowana, tylko wkurzona. Oboje dobrze wiemy, że tutaj wszystko gryzie. A do tego pluje jadem. Czerwone, nie czerwone, wszystko i tyle. I jedyna na to rada jest taka, żeby zdążyć ugryźć pierwszemu.
– Wczoraj pogryzłaś całą garść mrówek, to się nie dziw, że ich siostry przyszły wziąć odwet. Zemsta, ot co.
– Tamte były pieczone i zostałam POCZĘSTOWANA, w dodatku nie mogłam odmówić. Indianom się nie odmawia, sam wiesz.
Blondynka miała rację – Indianom się nie odmawia. W każdym razie nie Dzikim.
Kiedy ktoś ma twarz wymalowaną na czerwono, piórko w nosie i naszyjnik z zębów jaguara, a w dodatku zamiast majtek nosi podłużną tykwę nałożoną na swojego pinga, kiedy ktoś taki częstuje cię garścią pieczonych mrówek, odmawiać byłoby bardzo nieroztropnie.
Odmowa mogłaby go zdenerwować.
A wtedy mógłby zdjąć tykwę… umazać pinga tym samym czerwonym barwnikiem, którym w czasie pokoju naciera wyłącznie twarz… i ruszyć przeciw tobie – na pojedynek.
Wówczas nie masz najmniejszych szans. Wystarczy, że raz dmuchnie strzałką umoczoną w truciźnie, wystarczy że raz (zawsze celnie) rzuci w ciebie włócznią wyciętą z bambusa i ostrą jak kawałek szkła, wystarczy że… Cokolwiek zrobi – nie masz szans.
Dlatego Dzikim się nie odmawia. NIGDY.
Oczywiście jest z tym pewien kłopot – na przykład wówczas, gdy chcą wymienić twoją Blondynkę na jedną z córek wodza.
Dla ciebie to powinien być zaszczyt, tymczasem córki wodza… no cóż, one są… są… są oczywiście po swojemu piękne, ale.
Kłopot jest także wtedy, gdy Blondynki akurat nie ma w pobliżu, a troskliwy wódz pożycza ci na noc jedną ze swoich żon:
– Żebyś nie zmarzł, gringo.
I jak tu się z czegoś takiego wymówić, nie gwałcąc przy tym praw gościnności?
Uników w rodzaju: wprawdzie spali w jednym łóżku, ale do niczego między nimi nie doszło nie sposób zastosować, ponieważ żyjąc pośród Dzikich mieszka się z nimi we wspólnych szałasach. Najczęściej w ogromnych, wielorodzinnych malokach, a tam wszyscy wszystko słyszą i widzą. Czasami także komentują (głośno i ze śmiechem). Aha, no i żona wodza pakuje się z tobą do jednego hamaka, a w hamaku, jak to w hamaku – niepodobna odsunąć się na swoją stronę i udawać, że człowiek był tak zmęczony, że momentalnie zasnął. W hamaku cały czas jest się razem. CIASNOPRZYTULENI A ponadto ona znacząco – oczekująca… No i wódz, który cochwilę głośno pyta: jak tam pinga – pinga, dobrze gringo?
Cóż wtedy robić?
W takich sytuacjach najczęściej wymawiam się względami szamańskimi. Hasło „Moc”, działa jak zaklęcie. Czarownicy wszystkich plemion poszczą i umartwiają się na wiele sposobów. Najczęściej po to, by zgromadzić Moc, lub żeby jej nie pozwolić „odpłynąć”. Wystarczy więc, że powiem:
– Wodzu, bardzo chętnie będę pinga – pinga z twoją żoną, ale dzisiaj moja Moc mi na to nie pozwala, a ja nie chcę jejobrazić, sam rozumiesz, Moc bywa zazdrosna. I mściwa.
To akurat ZAWSZE rozumieją.
– Wodzu?
– Tak, gringo?
– Skąd właściwie macie tutaj ten dziwny hamak?