Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]
- Автор: Херберт Фрэнк
- Серия: Diuna #3
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Phantom Press
- ISBN: 83-7075-060-5
- Переводчик: Marek Mastalerz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Diuny [Children of Dune - pl]». Краткое содержание книги:
Od pewnego czasu w mieście Arrakin pojawia się starzec zwany Kaznodzieją i wygłasza dziwne przemowy do wciąż tłumnie przybywających na Diunę pielgrzymów. Kim jest? Czy tylko na wpół szalonym mistykiem, czy może kimś więcej?
Wrócił do Ghanimy.
— Jeszcze nikt nas nie szuka — powiedział.
— Te bestie powinny być wielkie — stwierdziła Ghanima. — Zobaczymy je, nim nas zaatakują.
— Już wkrótce zapadnie ciemność.
— Tak. Czas, żebyśmy zeszli w nasze miejsce. — Wskazał na skały poniżej, gdzie piach niesiony z wiatrem wyżarł małą szczelinę w bazalcie. Była wystarczająco duża, aby ich pomieścić, lecz na tyle mała, by nie wpuścić dużych zwierząt. Leto czuł, że niechętnie tam idzie, ale wiedział, że to konieczne. To właśnie miejsce wskazał Stilgarowi.
— Mogą naprawdę nas zabić — powiedział.
— Zawsze istnieje ryzyko — odparła. — Jesteśmy coś winni ojcu.
— Nie przeczę.
„Podążamy właściwą drogą” — pomyślał. Zdawał sobie sprawę, jak niebezpiecznie jest mieć rację we wszechświecie. Przetrwanie wymagało hartu, przystosowania i pojmowania w każdym momencie wszelkich wyrzeczeń. Najlepszą broń Leto stanowiły fremeńskie obyczaje, a wiedza Bene Gesserit była siłą trzymaną w odwodzie. Oboje teraz myśleli jak wyszkoleni przez Atrydów wojownicy, nie posiadający żadnej osłony poza fremeńską krzepą, której nawet ślad nie jawił się w ich dziecięcych ciałach pod oficjalnymi strojami.
Leto dotknął palcem wiszącego u pasa krysnoża o zatrutym ostrzu. Ghanima nieświadomie powtórzyła ten gest.
— Zejdziemy teraz? — zapytała. W chwili, gdy mówiła, dojrzała daleko jakiś ruch, niewielkie poruszenie. Jej niepewność obudziła czujność Leto, zanim zdążyła szepnąć ostrzeżenie.
— Tygrysy — stwierdził.
— Tygrysy laza — dodała.
— Widzą nas — rzekł.
— Lepiej się pośpieszmy — odparła. — Pistolet maula nie powstrzyma tych bestii. Na pewno zostały dobrze wyćwiczone.
— Gdzieś w pobliżu musi być człowiek, który nimi kieruje — zauważył Leto, prowadząc siostrę w dół, ku skałom po lewej stronie.
Ghanima zgodziła się z nim, ale nic nie powiedziała, oszczędzając siły. Gdzieś tu musi być człowiek.
Tygrysy biegły szybko w resztkach światła rzucanego przez zachodzące słońce, przeskakując ze skały na skałę. Wkrótce miała zapaść noc — pora istot poruszających się według wskazówek słuchu. Ze skał Świadka dobiegło wołanie nocnego ptaka, przypominające głos dzwonu. Nocne stworzenia biegały już w ciemnościach popękanych rozpadlisk.
Tygrysy wciąż pozostawały w polu widzenia bliźniąt. Zwierzęta poruszały się płynnie, każdym ruchem wyrażając ogromną siłę, napełniając rodzeństwo narastającą pewnością skończonej niezawodności.
Leto biegł spokojnie, pewien, że on i Ghanima osiągną wąską szczelinę na czas, lecz wciąż powracał wzrokiem do fascynującego widoku zbliżających się bestii.
„Jedno potknięcie i jesteśmy zgubieni” — uświadomił sobie. Ta myśl ujęła mu nieco pewności siebie, więc lekko przyspieszył.
Wy, Bene Gesserit, nazywacie działalność panoplia propheticus „nauką o Wierze”. Bardzo dobrze. Ja, poszukiwacz innego rodzaju naukowców, uważam, że to stosowne określenie. Rzeczywiście, tworzycie własną mitologię, ale tak czynią wszystkie społeczności. I tu czas na ostrzeżenie. Zachowujecie się tak, jak wielu zbłąkanych naukowców. Wasze działania zdradzają, że chcecie wziąć coś od życia. Czas, by przypomnieć to, co tak często głosicie: nie można dostać czegoś bez otrzymania jego przeciwieństwa.