Szklany dom [Glasshouse - pl]
- Автор: Стросс Чарльз
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 978-83-7480-202-4
- Переводчик: Wojciech M. Prochniewicz
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Szklany dom [Glasshouse - pl]». Краткое содержание книги:
Wczesnym popołudniem zamykam bibliotekę na pół godziny i wyskakuję do najbliższego sklepu z elektroniką po przydatny gadżet. Potem spędzam nerwową godzinę na instalowaniu go w piwnicy. Po wszystkim jestem z siebie całkiem zadowolona. Jeśli zadziała, Fiore i Yourdon dostaną za swoją nadmierną pewność siebie — oraz za to, że ta ich porąbana symulacja jest zbyt realistyczna.
Ruch jest tak zerowy, że wychodzę do domu pół godziny wcześniej. Jest ciepły letni wieczór, mam do przejścia około dwóch kilometrów. Prawie nikogo nie spotykam. W parku paru ogrodników kosi trawę, ale zwykłych ludzi właściwie nie ma. Przegapiłam jakieś święto czy coś? Nie wiem. Stawiam jedną stopę przed drugą, aż trafiam na drogę wychodzącą z centrum miasta, potem do krótkiego tunelu i z powrotem na światło dzienne, na cichą uliczkę z domkami, obsadzoną drzewami, z leniwym, niemal stojącym strumyczkiem po jednej stronie.
Z jednego z mijanych domów dolatują głosy i delikatny zapach gotowanego jedzenia. Ludzie siedzą w domach — nie zniknęli tajemniczo, zostawiając mnie samą. Co za szkoda. Przez moment fantazjuję, że naukowcy Scholastium zorientowali się, że w Ustroju YFH źle się dzieje, i, kiedy siedziałam za bibliotecznym kontuarem, przybyli, żeby wszystkich ewakuować. Miły sen na jawie.
Niebawem trafiam do kolejnego tunelu łączącego segmenty. Tym razem, gdy jestem niewidoczna z wejścia, wyciągam latarkę. Tak jak się domyślałam, na jednej ze ścian jest wpuszczona podobna do drzwi płyta. Sięgam po notes i dopisuję ją do listy. Powoli buduję sobie mapę połączeń między segmentami. Przypomina cykliczny graf skierowany, bo jest właśnie czymś takim — siecią węzłów połączonych liniami dróg z bramkami T w połowie długości. Teraz uzupełniam ją o te włazy konserwacyjne.
Bramki T właściwie nie da się zobaczyć — w jednej chwili jesteś w jednym sektorze, w następnej przechodzisz przez niewidzialną bramę do kolejnego sektora — ale ustawienie tych włazów może coś mi podpowiedzieć, jeśli będę na tyle bystra, żeby to rozpracować. To samo dotyczy uporządkowania sieci: czy jest lewo, czy prawoskrętna, czy jest hamiltonowska. W przypadku zdegenerowanym może w ogóle nie być bramek T — wtedy mamy do czynienia z jednym walcowym habitatem, podzielonym grodziami, które dają się zamykać w razie dekompresji. Albo każdy z sektorów jest w innym miejscu, o całe parseki od siebie. Staram się unikać założeń. Jeśli nie szuka się z otwartymi oczyma, można coś przegapić.
Wracam do domu mniej więcej o zwykłej porze, spięta, ale także z osobliwą ulgą. Co się stało, to się nie odstanie. Jutro Fiore albo zauważy moje kombinacje, albo nie. (Albo, przy odrobinie szczęścia, pomyśli, że to sprawka Yourdona, co jest chyba równie prawdopodobne. Niespecjalnie się kochają i jeśli odpowiednio rozegram swoje karty, mogę to wykorzystać). Tak czy owak, czegoś powinnam się dowiedzieć. Jeśli nie… no cóż, wiem już zbyt dużo, żeby się wycofać. Gdyby wiedzieli, ile zdołałam się dowiedzieć o ich grze, zabiliby mnie natychmiast. Bez zabaw, bez rytualnego upokorzenia na oczach punktociągów w kościele — po prostu odessanie mózgu i wyłączenie. Fiore igra z ogniem.
Sam siedzi w salonie i ogląda telewizję. Przekradam się na paluszkach i idę na górę, spragniona prysznica. Wpadam do pokoju, zrzucam ubranie, biegnę do łazienki i odkręcam wodę, chcąc zmyć z siebie dzisiejsze stresy.
Po paru sekundach słyszę kroki, a potem otwierają się drzwi łazienki.
— Reeve?
— Tak, to ja! — wołam.
— Muszę pogadać. Już.
— Tylko skończę — rzucam rozdrażniona. — Nie możesz poczekać?
— Chyba nie.
Drobne udręki się kumulują — jestem teraz w stuprocentowo złym nastroju. Co to za życie, że nawet nie można w spokoju wziąć prysznica? Namydlam się metodycznie, potem myję włosy, starannie wcierając słabo działający, powierzchniowo czynny żel w skórę głowy. Po paru minutach spłukiwania zakręcam wodę, otwieram kabinę, żeby sięgnąć po ręcznik, i staję oko w oko z zaskoczonym Samem.
— Podaj mi ręcznik — mówię mu, robiąc dobrą minę do złej gry.
Pośpiesznie wykonuje polecenie. Po miesiącach życia w tym akwarium dla rybek coś dziwnego porobiło się z moją świadomością ciała i czuję się zaskakująco nieswojo, stojąc przed nim nago. On chyba też to czuje.
— Co jest aż takie ważne? — Wychodzę spod prysznica, a on wyciąga ku mnie ręcznik.
— Telefon — mruczy, próbując odwracać wzrok, który wciąż wędruje ku mnie.
— Oho. Od kogo?
Sam otula mnie ręcznikiem, jakbym była kruchym, drogocennym przedmiotem, którego stara się nie dotknąć. Wzdrygam się i próbuję nie zwracać na to uwagi.
— Dzwonił Fer. Razem z Elem usłyszeli coś złego od Micka i radzą, co zrobić.
— Złego. — Próbuję się skupić. Woda na skórze nagle robi się lodowata. — Jak bardzo złego?
— Chyba chodzi o Cass.
Spinam się w środku.
— Mick sprzedał im jakąś porąbaną historię, że coś usłyszał od Fiorego. Podobno wielebny powiedział mu, że jedna z reguł to: „bądźcie płodni i wymnażajcie się”. Że za posiadanie dzieci dostaje się gigantyczną liczbę punktów.
— Fakt, niefajnie — mówię ostrożnie — ale takie gadki są w stylu Micka.
— Niby tak, Fer tak właśnie powiedział, ale potem Mick opowiedział Elowi, że zgarnie te punkty, obojętne, czy Cass chce, czy nie. — Sam ma podenerwowany głos. — El nie do końca wiedział, o co mu chodzi.
Mam gonitwę myśli.
— Sam, Cass nie było wczoraj w kościele. Kiedy ostatni raz ją widziałam, nie chciała gadać, jakby się bała. — Mam obrzydliwe przeczucie, że wiem, co się będzie działo. Nie chciałabym, żeby to była prawda.
— No więc, Fer zadzwonił do mnie, kiedy El mu powiedział, że Mick rzucił mu jakiś żarcik, coś w stylu, że ma sposób, żeby Cass już nigdy nie mogła uciec. Nie był pewien, o co chodzi, ale nie brzmiało to dobrze. Reeve, co z tym? Co mamy zrobić, jeśli się okaże, że on ją wiąże, kiedy wychodzi do pracy, albo używa siły fizycznej, albo…?
Jak na kogoś żyjącego w ciemnowiecznej symulacji, Sam potrafi być rozdzierająco naiwny.
— Sam, czy ty wiesz, co znaczy słowo „gwałt”?
— Słyszałem — odpowiada ostrożnie. — Myślałem, że to chodzi o obcych i zwykle kończy się zabójstwem. Myślisz…
Odwracam się.
— Musimy się dowiedzieć, co się tam dzieje, i jeśli to prawda, zabierzemy ją stamtąd. Chyba nie możemy liczyć na policyjne zombiaki ani na Fiorego. Fiore ma nasrane w głowie, nawet Yourdon tak uważa… Bardzo źle to wygląda.
Przeraża mnie sama myśl, przez co musi przechodzić Cass, zwłaszcza że domyślam się, jak zareaguje część naszej kohorty, kiedy spróbujemy ją uratować. Przed ostatnią niedzielą mogłam być większą optymistką, teraz wiem, że od sąsiadów, kiedy pomyślą, że coś zagraża ich drogocennym punktom, nie można się spodziewać niczego poza makabrycznym okrucieństwem.
— Janis chyba mogłaby pomóc, ale źle się czuje. Może Alice? Angel się boi, ale jakby odpowiednio do niej podejść, pewnie by poszła. Jen… Jen niech się trzyma z daleka. A faceci?
— Fer się zgadza — mówi Sam. — Jemu też się to nie podoba. El chyba nie. Gdybym poprosił, to może zgodziliby się Greg, Martin i Alf. Grupa specjalna. — Patrzy na mnie dziwnie.
— Ale żadnego mordowania — mówię ostrzegawczym tonem.
Wzdryga się.
— No nie! W życiu! Ale…
— Ktoś musi iść i przekonać się, czy to prawda, czy Mick tylko pozwala sobie na niesmaczne żarty. Jasne?
— Jasne. A kto?
— Ja pójdę — mówię beznamiętnie. — Wieczorem. Zaraz się ubiorę. Ty obdzwoń ludzi. Niech tu przyjadą. Zanim wejdę, chcę obgadać, co mają robić, żeby potem nie było żadnych nieprzyjemnych niespodzianek. Dobra?