Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Faraon». Краткое содержание книги:

Nie da się samotnie zmienić świata, nawet jeśli jest się młodym Faraonem o pozornie nieograniczonej władzy. Nie wystarczy stanowczość i odwaga by przeciwstawić się zorganizowanej, wrogiej wszelkim zmianom strukturze państwa i jego urzędnikom. Nie wystarczy moralna słuszność by zwyciężyć w walce z potężnym, nie przebierającym w środkach wrogiem.
1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 185
Перейти на страницу:

— Co to jest?… Kto tu jest?… — wołał przerażony nomarcha.

Nareszcie spostrzeżono sprawcę zamętu. Jakiś olbrzym nagi, okryty błotem, z krwawymi pręgami na plecach, klęczał na schodach estrady i wyciągał ręce do następcy.

— Oto morderca!.. — wrzasnął nomarcha. — Bierzcie go!..

Tutmozis podniósł swój dzban, ode drzwi przybiegli żołnierze. Poraniony człowiek upadł twarzą na schody wołając:

— Miłosierdzia, słońce Egiptu!..

Już mieli go schwycić żołnierze, gdy Ramzes wydarłszy się kobietom zbliżył się do nędzarza.

— Nie dotykajcie go! — zawołał na żołnierzy. — Czego chcesz, człowieku?

— Chcę ci opowiedzieć o naszych krzywdach, panie…

W tej chwili Sofra zbliżywszy się do księcia szepnął:

— To Hyksos… spojrzyj, wasza dostojność, na jego kudłatą brodę i włosy… Jego wreszcie zuchwalstwo, z jakim się tu wdarł, dowodzi, że zbrodniarz ten nie jest urodzonym Egipcjaninem…

— Kto jesteś? — spytał książę.

— Jestem Bakura, robotnik z pułku kopaczy w Sochem. Nie mamy teraz zajęcia, więc nomarcha Otoes kazał nam…

— To pijak i wariat… — szeptał wzburzony Sofra. — Jak on przemawia do ciebie, panie…

Książę tak spojrzał na nomarchę, że dygnitarz zgięty wpół cofnął się.

— Co wam kazał dostojny Otoes? — pytał namiestnik Bakury.

— Kazał nam, panie, chodzić brzegiem Nilu, pływać po rzece, stawać przy gościńcach i robić zgiełk na twoją cześć. I obiecał, że za to wyda nam, co się należy… Bo, panie, my już dwa miesiące nie dostaliśmy nic… Ani placków jęczmiennych, ani ryb, ani oliwy do namaszczania ciała.

— Cóż wy na to, dostojny panie? — zapytał książę nomarchy.

— Niebezpieczny pijak… brzydki kłamca… — odparł Sofra.

— Jakiżeście to zgiełk robili na moją cześć?

— Jak rozkazano — mówił olbrzym. — Moja żona i córka krzyczały wraz z innymi: „Oby żył wiecznie!”, a ja skakałem do wody i ciskałem wieńce do statku waszej dostojności, za co miano mi płacić po utenie. Zaś kiedy wasza cześć raczyłeś wjeżdżać łaskawie do miasta Atribis, mnie naznaczono, abym rzucił się pod konie i zatrzymał wóz…

Książę zaczął się śmiać.

— Jako żywo — mówił — nie myślałem, że tak wesoło zakończymy ucztę!.. A ileż ci zapłacono za to, żeś wpadł pod wóz?

— Obiecano mi trzy uteny, ale nie zapłacono nic ani mnie, ani żonie i córce. Również całemu pułkowi nie dano nic do jedzenia przez dwa miesiące.

— Z czego żyjecie?

— Z żebraniny albo z tego, co się zapracuje u chłopa. Więc w tej ciężkiej nędzy trzy razy buntowaliśmy się i chcieliśmy wracać do domu. Ale oficerowie i pisarze albo obiecywali nam, że oddadzą, albo kazali nas bić…

— Za ten zgiełk na mnie? — wtrącił śmiejąc się książę.

— Prawdę mówi wasza cześć… Otóż wczoraj był bunt największy, za co jego dostojność nomarcha Sofra kazał nas dziesiątkować… co dziesiąty brał kije, a ja dostałem najwięcej, bom duży i mam do wykarmienia trzy gęby: moją, żony i córki… Zbity, wydarłem się im, ażeby upaść na mój brzuch przed tobą, panie, i opowiedzieć nasze żale. Ty nas bij, jeżeliśmy winni, ale niech pisarze wydadzą nam, co się należy, bo z głodu pomrzemy — my, żony i dzieci nasze…

— To człowiek opętany!.. — zawołał Sofra. — Racz spojrzeć, wasza dostojność, ile on mi szkody narobił… Dziesięciu talentów nie wząłbym za te stoły, misy i dzbany.

Między biesiadnikami, którzy już odzyskali przytomność, zaczął się szmer.

— To jakiś bandyta!.. — mówiono. — Patrzcie, to naprawdę Hyksos… Jeszcze w nim burzy się przeklęta krew jego dziadów, którzy najechali i zniszczyli Egipt… Takie kosztowne sprzęty…

takie ozdobne naczynia porozbijane na proch!..

— Jeden bunt nie zapłaconych robotników więcej sprawia szkody państwu, aniżeli warte są te bogactwa — surowo odezwał się Ramzes.

— Święte słowa!.. Należy zapisać je na pomnikach — w tejże chwili odezwano się między gośćmi. — Bunt odrywa ludzi od pracy i zasmuca serce jego świątobliwości… Nie godzi się, ażeby robotnicy po dwa miesiące nie odbierali żołdu…

Z nieukrywaną pogardą spojrzał książę na zmiennych jak obłoki dworaków i zwrócił się do nomarchy.

— Oddaję ci — rzekł groźnie — tego skatowanego człowieka. Jestem pewny, że nie spadnie mu włos z głowy. Zaś jutro chcę zobaczyć pułk, do którego należy, i przekonać się, czy skarżący mówił prawdę.

Po tych słowach namiestnik wyszedł zostawiając nomarchę i gości w wielkim strapieniu.

Na drugi dzień książę, ubierając się przy pomocy Tutmozisa, zapytał go:

— Czy robotnicy przyszli?

— Tak, panie. Od świtu czekają na twoje rozkazy.

— A ten… ten Bakura jest między nimi?

Tutmozis skrzywił się i odparł:

— Zdarzył się dziwny wypadek. Dostojny Sofra kazał go zamknąć w pustej piwnicy swego pałacu. Otóż ten hultaj, bardzo silny człowiek, wyłamał drzwi od drugiego lochu, gdzie stało wino, przewrócił kilka dzbanów bardzo kosztownych, a sam tak się spił, że…

— Że co?… — spytał książę.

— Że umarł.

Następca zerwał się z krzesła.

— I ty wierzysz — zawołał, że on sam zapił się na śmierć?…

— Muszę wierzyć, bo nie mam dowodów, że go zabito — odpowiedział Tutmozis.

— Ale ja ich poszukam!.. — wybuchnął książę.

Biegał po komnacie i parskał jak rozgniewane lwiątko. Gdy nieco uspokoił się, rzekł Tutmozis:

— Nie szukaj, panie, winy tam, gdzie jej nie widać, bo nawet świadków nie znajdziesz.

Gdyby ktoś w rzeczy samej z rozkazu nomarchy zadławił tego robotnika, nie przyzna się.

Sam umarły także nic nie powie, a zresztą, cóż by znaczyła jego skarga na nomarchę!.. W tych warunkach żaden sąd nie zechce rozpocząć śledztwa…

— A jeżeli ja każę?… — spytał namiestnik.

— W takim razie przeprowadzą śledztwo i dowiodą niewinności Sofry. Po czym ty, panie, będziesz zawstydzony, a wszyscy nomarchowie, ich krewni i służba zostaną twoimi wrogami.

Książę stał na środku pokoju i myślał.

— Wreszcie — mówił Tutmozis — wszystko zdaje się przemawiać za tym, że nieszczęsny Bakura był pijak albo wariat, a nade wszystko człowiek obcego pochodzenia. Bo czyliż rodowity i przytomny Egipcjanin, choćby przez rok nie pobierał żołdu i dwa razy tyle dostał kijów, czy ośmieliłby się — wpadać do pałacu nomarchy i z takim wrzaskiem wzywać ciebie?…

Ramzes pochylił głowę, a widząc, że w drugim pokoju są dworzanie, rzekł zniżonym głosem:

— Czy ty wiesz, Tutmozisie, że od czasu jak wyruszyłem w tę podróż, Egipt zaczyna mi się wydawać jakiś inny. Niekiedy pytam samego siebie: czy ja jestem w obcym kraju? to znowu serce moje niepokoi się, jakbym miał na oczach zasłonę, poza którą dzieją się łotrostwa, których ja — nie mogę dojrzeć…

— Toteż i nie wypatruj ich, bo w końcu wyda ci się, żeśmy wszyscy powinni iść do kopalń — odparł ze śmiechem Tutmozis. — Pamiętaj, że nomarchowie i urzędnicy są pasterzami twego stada. Gdy który wydoi miarę mleka dla siebie albo zarżnie owcę, przecie go nie zabijesz ani wypędzisz. Owiec masz za dużo, a o pastuchów trudno.

1 ... 47 48 49 50 51 52 53 54 55 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)