Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Другие детективы » Morderstwo pod cenzurą
Morderstwo pod cenzurą - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Morderstwo pod cenzurą

Электронная книга - «Morderstwo pod cenzurą». Краткое содержание книги:

Powalający jak litr czystej wypity pod trzy meduzy w lubelskiej spelunce Wykwintna. Skuteczni jak prawy prosty boksera, zniewalający jak Rudolf Valentino i niepowstrzymani niczym szarżująca tankietka. Oto podkomisarz Zygmunt Zyga Maciejewski i jego ludzie. Najlepsze gliny z Wydziału Śledczego. O ile akurat nie boksują, nie piją i nie podrywają panienek… Bo dobry policjant z Lublina wygląda, jakby nie wyglądał, albo wygląda jak bandyta. Tudzież jak alfons.
9 listopada 1930 r. serce Lublina pika jeszcze rytmem starego flegmatyka, gdy bestialsko oprawiony trup naczelnego Głosu Lubelskiego pobudza je do poziomu palpitacji. Komu podpadł znany z ciętego języka pismak? Włoskiej mafii czy komunistycznej międzynarodówce? A może to robota satanistów, którzy podobno odprawiają czarne msze w cukierni Semadeniego? A może zlecenie dał konkurencyjny Kurier Lubelski?
– A niech to wszystko jasny szlag!!! Trup niemal w święto narodowe, jakby roboty było mało! Od dwóch dni harcerze na Placu Litewskim ryczą, że Maszerują strzelcy…!
Tajniacy Zygi ruszają w miasto. Trop wiedzie ich przez eleganckie pokoje hotelu Europa, meliny ferajny z Kośminka, podłe speluny i burdele na Żmigrodzie, by nieoczekiwanie runąć w wiekowe staromiejskie podziemia.
Ta sprawa musiała mieć drugie dno! Ale żeby od razu trzecie i czwarte?
Po lekturze Wrońskiego Lublin już nigdy nie będzie zwykłym miastem…
1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 58
Перейти на страницу:

– Wystarczy – przerwał mu nadkomisarz. – Wszyscy rozumiemy wymowę faktów, a na pańskie komentarze przyjdzie czas potem. Co pan na to, podkomisarzu Maciejewski?

Zyga podniósł głowę i rozejrzał się po gabinecie. Piłsudski groźnie marszczył brwi na portrecie obok godła, Sobociński nerwowo postukiwał skuwką pióra w blat biurka, Tomaszczyk triumfował.

– Obawiam się, że nic. – Zyga znów spojrzał na marsową minę marszałka na ścianie, a potem w oczy Sobocińskiego. – Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz przyjdzie mi się poddać ocenie pana komendanta. Niezwłocznie spiszę raport i dostarczę go na pańskie biurko. Na pańskie, bo jeśli chodzi o to, co myśli o mojej pracy pan Tomaszczyk, to sądzę, że… – znów zerknął na portret – że parafrazując Piłsudskiego, on może kury szczać prowadzać, a nie śledztwa mnie uczyć!

– Won! – wrzasnął nadkomisarz. – Obaj poszli won! Panie Maciejewski, raport za godzinę! A pan, Tomaszczyk… też lepiej nie pokazuj mi się na oczy.

* * *

Paląc papierosa na korytarzu, Zyga widział, jak Lennert chodzi po dziedzińcu komisariatu, oglądając swoje auto ze wszystkich stron. Kiedy wracali do Lublina w trzy wozy – CWS, peugeot i karetka więzienna – Maciejewskiemu przypadło prowadzić samochód mecenasa, bo prócz przodownika Kudreli on jeden miał papiery kierowcy. Tyle było po drodze drzew, w które mógł przygrzmocić i chociaż zdefasonować karoserię…

Lennert jeszcze raz obszedł swoje bordowe cacko. Wyraźnie zadowolony nawet podał rękę mundurowemu, podpisał kwity i tyłem wyjechał za bramę.

Maciejewski zmasakrował niedopałek w spluwaczce. Gdy zwłoki w jasnym płaszczu okazały się jedynie rzekomym trupem Lennerta, Zyga zaczął przemyśliwać, czy czasem prawnik – choć z pewnością jakoś zamieszany w aferę z wykopaliskami na Zamku, nie jest w niej tylko pionkiem. W dodatku pionkiem wystawionym do zbicia. Ale to mu nie pasowało, znał przecież swojego przyjaciela i wiedział, że do takiej roli się nie nadaje. Kiedy jednak Maciejewski usłyszał o nim w radio, a zwłaszcza gdy zobaczył, jak promienieje, odbierając swój samochód, pozbył się wątpliwości. Sam kiedyś chodził z podobnie zadowoloną gębą – kiedy to on, a nie Lennert, został mistrzem okręgu. Teraz i mecenas miał powody do satysfakcji – nie co dzień nadarza się okazja wykiwać całą policję. A przynajmniej prawie całą…

– Panie komisarzu… – usłyszał za plecami głos Grzewicza. Odwrócił się i zobaczył, że tajniak najwyraźniej zamierza go obciążyć jakimiś kwitami.

– Nie teraz.

Wszedł do gabinetu. Przez chwilę Zygę kusiło, żeby zamknąć drzwi na klucz.

– Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić… – Kraft odsunął papiery.

– Dziękuję, Gienek, ale po co ten tragiczny ton? – uśmiechnął się podkomisarz. – Jeszcze nikt mnie nie wyrzucił z roboty. Gdzie jest Fałniewicz?

– Czeka. – Kraft wskazał ścianę, za którą urzędowali wywiadowcy kryminalni. – Co z raportem?

– Nic, przekazałem staremu. Jutro z rana odprawa całego kierownictwa z miasta. Ty też czuj się zaproszony. A jeśli naprawdę chcesz mi pomóc… – Maciejewski zawiesił głos.

– Tak?

– Wyciągnij gdzieś Tomaszczyka. Obojętnie pod jakim pozorem, ale ma zniknąć zza swojego biurka na jakiś kwadrans. A potem bądź tak dobry…

– …i zaraz o tym zapomnij? – zapytał zastępca.

– Ano właśnie – zatarł ręce Zyga.

– W porządku. – Kraft wstał. – Fałniewicz da ci znać, jak będzie czysto. Choć jest jeszcze jedna sprawa! – przypomniał sobie. – Wiesz, kto będzie kończył sprawę Bindera?

– Nie wojewódzka? – zdziwił się Maciejewski.

– Wojewódzka, ale nie z naszą prokuraturą. Jutro przyjeżdża z Warszawy delegowany sędzia śledczy. Hryczuk?… Hryński?…

Zyga zacisnął pięści. Słyszał tylko o jednym sędzim śledczym o podobnym nazwisku i była to ostatnia osoba, którą miał ochotę spotkać. Lub raczej od 1920 roku stale myślał, że bardzo chciałby go spotkać, tyle że nie w robocie, a raczej w ciemnej uliczce.

– Może Hryniewicz? – zapytał.

– Tak właśnie! – Gienek uderzył dłonią o biurko. – Hryniewicz. Może to jakaś szansa?

– Na to nie licz – bąknął Maciejewski.

Gdy został sam, ze złością kopnął stolik ze starą maszyną do pisania. Zachrzęściły metalowe czcionki, odskoczył w bok wałek. Zyga zaczął krążyć po pustym gabinecie. Odruchowo pomacał się po prawej wewnętrznej kieszeni marynarki. Miał tam ostatniego asa – szarą kopertę z „banku” Gajca. Po raz kolejny prześledził w myślach sposób, w jaki postanowił rozegrać to ostatnie rozdanie.

– Czysto – szepnął Fałniewicz, otwierając drzwi.

– Wóz albo przewóz – mruknął pod nosem Maciejewski.

* * *

Było po czwartej, kiedy Zyga i Fałniewicz wyszli razem z komisariatu. Tajniak postawił kołnierz, ale to nic nie pomogło. Przenikliwy ziąb brał się nie tyle z wiatru, co z wilgoci i niewyspania.

– Może wstąpimy gdzieś do knajpy? – zapytał Fałniewicz.

– Nie, chcę z tobą poważnie pogadać. Możemy jechać do mnie, tylko mam burdel.

– Ja mieszkam niedaleko, na Konopnickiej – zaproponował tajniak.

Przeszli obok banku Goldera w stronę teatru. Patrząc na starą wieżę ciśnień na placu obok, Maciejewski przez chwilę pożałował, że nie postarał się o pracę w takiej na przykład Warszawie, o co nieraz suszyła mu głowę Zofia. Fakt, miałby większe szanse spotkać Hryniewicza, ale jak widać, i Lublin nie był wolny od takich niebezpieczeństw. W dodatku tu, gdzie by się nie ruszył, też natrafiał na miejsca, które nie kojarzyły mu się najlepiej. A niby ponadstutysięczne miasto na wzgórzach, można powiedzieć: mały Rzym…

W milczeniu skręcili w Okopową, tam od jednego z ulicznych sprzedawców wystających pod szpitalem wojskowym Zyga kupił papierosy i zapałki. Przeszli Orlą zabudowaną niewielkimi kamieniczkami z fantazyjnie powyginanymi na secesyjną modłę balustradami balkonów. Maciejewski odnotował z zadowoleniem, że przynajmniej ta uliczka z niczym mu się nie kojarzyła. Nie przypominał sobie nawet żadnego poważnego przestępstwa, które miałoby tu miejsce.

– O, jesteśmy. – Fałniewicz wskazał bramę i weszli po drewnianych schodach na drugie piętro.

Kiedy Zyga znalazł się w mieszkaniu tajniaka, nagle zapomniał o swoich niewesołych myślach i całkiem zdębiał. Zdawało mu się, że zna na wylot nie tylko miasto, ale przede wszystkim swoich wywiadowców. A już na pewno by się nie spodziewał, że zaskoczy go czymkolwiek ten mrukliwy, skrupulatny Fałniewicz.

Tymczasem większą część ściany w jego niedużym mieszkaniu zajmowało wielkie akwarium. Miało niemal rozmiary wanny i pływało w nim kilka spasionych kolorowych ryb. Najokazalsza z nich była nawet podobna do swojego właściciela – czerwona na pysku, z takimi samymi grubymi wargami.

– Niech pan usiądzie, panie kierowniku. – Tajniak wskazał krzesło. – Kawy?

– Poproszę – powiedział Zyga, nie odrywając oczu od akwarium. – Cholera, Fałniewicz, na tę dużą w pięć minut można by złapać niezłego szczupaka!

1 ... 46 47 48 49 50 51 52 53 54 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)