Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Gorączka». Краткое содержание книги:

Le safari, commencé dans la joie et le plaisir, se transforma en une gigantesque partie de cache-cache, passionnante, irritante, puis insupportable.
Insidieusement, la résolution de tuer M'Bumba l'éléphant s'installa. C'était lui ou nous. Alors s'amorça une lente descente vers l'horreur et l'irréel: la nature explosait d'une beauté violente, la nuit se faisait cataclysme, des milliers de crocodiles devenus déments massacraient les hommes. Nous étions partis pour la mort. perdus au milieu de quelque chose que je ne comprenais pas, qui n'existait pas, quelque chose qui nous tuait les uns après les autres .
Fièvres, roman fort, envoûtant, sensuel, nous confirme le grand talent de conteur de Cizia Zykë, révélé dans sa trilogie autobiographique: Oro, Sahara et Parodie.
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:

Ujrzałem błęitny krąg, odpowiadający w rzeczywistości jakimś dwóm kilometrom średnicy, zagubiony pośród wielu setek kilometrów kwadratowych dziewiczego lasu, oznaczonego jasną zielenią. Tatave siedział jak małpka, z policzkiem przyklejonym do mapy, i usiłował czytać okropnie zezując. Montaignes z trudem odsunął jego głowę i rozwinął drugą mapę, białego koloru, wyraźnie wcześniejszą.

– Popatrzcie, nie jest nawet prawidłowo wyrysowane na sztabówce. Dopiero na zdjęciu satelitarnym widać je wyraźnie.

– A dinozaury?

– Legenda zrodziła się na początku wieku, w czasie ekspedycji prowadzonej przez wariata Anglika, który był pewien, że znajdzie tam coś w rodzaju zaginionego kontynentu, z wielkimi żyjącymi gadami. Wszyscy zniknęli bez śladu.

– O rany…

– To nie wszystko! W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym francuska ekspedycja naukowa, złożona z biologów i przyrodników, wyruszyła w stronę jeziora, aby zbadać jego brzegi. W gęstej dżungli można spotkać setki mało znanych gatunków i podgatunków owadów i roślin…

– I co?

Montaignes uśmiechnął się ironicznie.

– Dali nogę. Tysiące najróżniejszych trudności, chorób. Jeden chyba nawet umarł. Zawrócili, nim zdołali dotrzeć nad brzeg jeziora.

Zaczynałem lepiej rozumieć. Montaignes chciał zostać pierwszym botanikiem – czy coś w tym rodzaju – który zbada Jezioro Dinozaurów. Nieźle zaczynaliśmy, jeśli wziąć pod uwagę przeklętego słonia, cmentarzysko i tajemnicze jezioro.

Mnie osobiście całkiem podobała się myśl o tropieniu tego zwierzęcia, podejściu go, wpakowaniu mu opancerzonej kuli w środek czaszki i ujrzeniu, jak ta ogromna masa wali się przede mną na ziemię.

Natychmiast po zachodzie słońca rozpoczął się koncert tam-tamów, o podniecających szybkich rytmach, i wiedzieliśmy, że potrwa całą noc: już trzeci wieczór ludzie Kuju świętowali, by uczcić pamięć zmarłych i dać wyraz swojej żałobie. Tłumaczyło to zresztą stan otępienia, jaki ogarniał ich w ciągu dnia. W innych okolicznościach pijaństwo trwałoby tylko jedną noc, ale fakt, że wśród ofiar znalazł się brat wodza, spowodował przedłużenie uroczystości. Walili więc zawzięcie w te swoje opróżnione pnie drzew, wydobywając z nich groźne dźwięki, jedne niskie i głuche, inne wysokie jak ludzki krzyk.

W dodatku owe trzy noce zbiegły się z tradycyjnym comiesięcznym świętowaniem pełni księżyca, który wzeszedł parę godzin później, ogromny i biały, kiedy we wszystkich zakątkach zdewastowanej wioski długimi czerwonymi językami płonęły już pochodnie.

Wydawało się, że grający na tam-tamach nie zmęczą się nigdy. Już od wielu godzin walili w swoje instrumenty, ale kiedy na niebie ukazała się wielka srebrna tarcza, muzyka jakby stała się głośniejsza. Od dawna mężczyźni, kobiety i dzieci rzucili się w wir tańca. Wojownicy pomalowali twarze jaskrawymi farbami, które sami przygotowują, z jednej strony na żółto, z drugiej na czerwono. Wyglądali jak wypuszczone w nocy demony.

W centralnym punkcie wioski sabatem rządziła grupka kobiet wymalowanych na czerwono aż do ramion, z odsłoniętymi piersiami, w słomianych spódniczkach wokół bioder. Cała wioska szła za ich przykładem. Nigdzie nie tańczono tak frenetycznie, jak w tworzonym przez nie kręgu, rzęsiście oświetlonym pochodniami. Pochylały się, prostowały, czerwone ramiona i pośladki wirowały, nogi wyrzucane aż do wysokości piersi uderzały w ziemię w przyspieszonym rytmie.

Ludzie Kuju rozgrzali się w ciągu pierwszych dwóch wieczorów, w oczekiwaniu na dzisiejszy wybuch temperamentów. Powietrze ciężkie było od oparów trawki, którą zachłannie wszyscy palili. Dokoume, z którego zrobione były pochodnie, wydzielało gryzący dym o słodkiej woni, mający własności afrodyzjaku.

Tańce przechodziły w paroksyzmy. Wszystko stapiało się w jedną mglistą całość. Odblaski czarnych ciał, diabelskie twarze, rytmiczne ruchy tancerzy, błyski spódniczek kobiet, pojedynczy tancerze ogarnieci transem. Co pewien czas rozbrzmiewały litanie, podchwytywane i skandowane przez całą wioskę. Przewijało się w nich bezustannie imię M'Bumby…

Wybraliśmy sobie miejsce położone nieco na uboczu, z naszego kąta uczestnicząc w ogólnej żałobie. Mała przyszła z nami, niosąc swój tam-tam na ramieniu. Ale niebawem dołączyła do grupy muzyków i zajęła miejsce w wielkim muzycznym kręgu. Waliła z całych sił, najwyraźniej ogarnięta jak wszyscy owym świadomym szaleństwem, ową wyzwalającą histerią, która stawała się coraz wyraźniej wyczuwalna i która nam, białym, udzielała się nadzwyczaj rzadko.

Tatave również nas porzucił, by oddać się tańcom. Kilka metrów od nas podrygiwała grupka dzieciaków, roześmianych i przyciśniętych jedne do drugich. Najmłodszy nie miał więcej niż dwa lata. Kołysał się komicznie, często się wywracając, z wielkim pępkiem wysuniętym do przodu.

Wśród tancerzy krążyło ibago. Jest to gatunek kory, który namoczony w winie palmowym zwielokrotnia pijackie upojenie, wzmaga euforię i pobudza seksualnie. Mieliśmy własny zapas i efekty powoli dawały o sobie znać, pokonując nasze minorowe nastroje. M'Bumba zadał dotkliwy cios naszemu morale. Rozpieprzył dorobek rocznej pracy, inwestycji i naszej obecności w tej okolicy.

***

W tłumie rozlegały się zwierzęce wycia. Ibago opanowywało umysły. Tańce traciły rytm i zamieniały się w bezładną gestykulację, bez związku z dźwiękami bębnów, których odgłosy nabierały piekielnej mocy.

Zapach potu wzmógł się raptownie i opanował całą wolną przestrzeń, gorzka woń chwytała za gardło. Była silniejsza od woni wszechobecnego dymu, zwiastowała cielesne rozpasanie, była wonią piżma i miłosnych wezwań.

Czułem, jak ogarnia mnie upojenie. Ku własnemu zaskoczeniu głupawo szczęśliwi, wybuchaliśmy wszyscy śmiechem. Kobiety odrzucały spódniczki. Pary prowokowały się wzajemnie, stojąc twarzą w twarz. Mężczyźni trzymali się prosto, z dumnie wypiętą szeroką piersią, posuwając się skokami, z wysuniętym do przodu koronnym argumentem. Kobiety stały gotowe do oddania się, podając miednicę do przodu, z rozszerzonymi i napiętymi do granic możliwości udami, a ich biodrami wstrząsały, jakby niezależne od nich, niesamowicie szybkie drgawki.

O kilka kroków od nas młody samiec o żółtej twarzy, z czarną przepaską na głowie, ciskał się niczym diabeł. Podskakiwał w pozycji wyprostowanej, z rozłożonymi rękami i nogami, kręcąc się wokół własnej osi, jakby chciał rzucić wyzwanie wszystkim samicom w wiosce, a głowa latała mu na różne strony w gwałtownych konwulsjach. Dwie młode dziewczyny o długich cienkich mięśniach, nagie i pomalowane najwymyślniejszymi barwami, odchylały się do tyłu naprzeciwko niego. Głowami dotykały niemal ziemi za swoimi plecami, w całkowitej pogardzie dla zasad równowagi; wydawało się, że ich stopy przymocowane są do podłoża. Pośrodku nieba świecił księżyc.

Teraz pary obejmowały się i biegiem opuszczały krąg światła, udając się w strefę cienia, skąd wkrótce zaczęły rozlegać się okrzyki rozkoszy. Były to donośne wrzaski, całkowicie nieopanowane, rozpasane wołania życia, które bardziej jeszcze wzmagały podniecenie tancerzy. W środku nocy trzy młode, wymalowane i wyzywające dziewczyny dosiadły się do nas.

Afrykańska noc – upalna i naelektryzowana, którą przeżyć jeszcze można jedynie w takim oddalonym zakątku buszu, odciętym od świata.

Naczelnik wioski – nazywaliśmy go po prostu Wodzem – przyszedł do nas z wizytą wczesnym przedpołudniem. Był to kolos, który swoje stanowisko naczelnika zapewne zawdzięczał imponującej posturze, będącej wśród ludzi Kuju rzadkością, gdyż większość z nich jest średniego wzrostu. Trudno byłoby określić jego wiek, ale gość musiał być dosyć stary, jeśli wziąć pod uwagę podziwu godny brzuch i budzącą szacunek liczbę dzieci.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)