Fabryka bezkresnych snów
- Автор: Баллард Джеймс Грэм
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:
Doktor Miriam wycisnęła wodę z mojego kombinezo-nu.
– Ojcze Wingate, kto jest patronem akrobatów lotniczych i instruktorów pilotażu? Na pewno jest taki święty. – Jasne, że tak. Miriam, zostaw tego biedaka w spokoju. – A zwracając się do mnie, ksiądz dodał: – Nie co dzień spadają nam z nieba młodzi mężczyźni.
– Tym bardziej mi go szkoda. – Lekarka odwróciła się i uciszyła dzieci, które biegały teraz wokół huśtawki. Chłopiec w klamrach ortopedycznych wydawał radosne okrzyki, przedrzeźniając mój głos.
– Jamie, dlaczego jesteś okrutny?
Pomyślałem, żeby szturchnąć chłopaka, ale w tej chwili ksiądz dotknął mojego ramienia, bo podszedł wreszcie do mnie i wpatrywał się w moją twarz w skupieniu, jak gdyby chciał zliczyć chrząstki w którymś ze swoich stawów. – Zanim odejdziesz. Czujesz się już dobrze, prawda? Mu-sisz mieć niebywałą siłę woli… Dosłownie ożyłeś nam na rękach.
Pomimo nabożnego tonu księdza wiedziałem, że nie poprosi mnie, żebym połączył się z nim w dziękczynnej modlitwie. Mój rzekomy powrót z martwych najwyraźniej wstrząsnął porządkiem i zasadami jego wszechświata. Być może to on usiłował reanimować mnie na plaży i po wielu latach, spędzonych w sukniach duchownych, wstydził się uznać, że najprawdopodobniej dokonał cudu. Widząc z bliska jego potężnie zbudowane ciało i ramio-na, drżące jeszcze pod wpływem powściąganych emocji, z łatwością potrafiłem sobie wyobrazić, że postanowił wyci-snąć ze mnie życie i posłać mnie z powrotem na tamtą stro-nę, nim sytuacja wymknie się spod kontroli. Chciał mnie sprowokować i celowo dawał wyraz podejrzeniom, które wypełzły mu na twarz. Naszła mnie pokusa, żeby wziąć się z nim za bary, rzucić się na księdza posiniaczonym ciałem i powalić go na splamioną olejem trawę.
Dotknąłem warg, zastanawiając się, czy to ksiądz przy-wrócił mnie do życia owym aktem oralnego gwałtu. Czyjeś potężne ramiona wycisnęły mi powietrze z płuc, a sądząc po śladach, jakie pozostawiły nieznajome usta i dłonie, musiał to być mężczyzna co najmniej mojej postury. Ksiądz był w takim wieku, że mógłby być moim ojcem, ale, choć nosił koloratkę, wyróżniał się agresywną budową rugbisty.
Spojrzałem na krąg twarzy i szpaler ludzi na przeciw-ległym brzegu. Jeśli to nie ksiądz, to kto inny spośród sied-miu świadków mógł mnie reanimować? Może doktor Mi-riam albo jej zbzikowana matka? Pani St. Cloud wyłoniła się po chwili z rezydencji. Splamione olejem perły tworzy-ły zatłuszczony łańcuch na szyi kobiety. Wciąż bała się do mnie podejść, jak gdyby spodziewała się, że samoistnie stanę w płomieniach i zniszczę jej i tak już zdewastowany trawnik.
Ostatni świadek wypadku, blondyn malujący diabelskie koło, porzucił rdzewiejącą przystań i ruszył plażą ku nam. Szedł niespiesznie po płytkiej wodzie, boso, wystawiając przede mną na pokaz niemal całkowicie obnażone ciało. W beztroskiej taplaninie krył się poważny cel – mężczyzna bowiem na nowo ustanawiał w ten sposób swe prawa do tych wód, które chwilowo przejąłem w posiadanie. Pomachał doktor Miriam dyskretnym, konspiracyjnym gestem byłego kochanka, czekając, aż lekarka poprosi, by wszedł na murawę. Ponieważ jednak Miriam nie zwracała na niego uwagi, mężczyzna niby mimochodem, acz chy-trze, wskazał uschnięte wiązy nad naszymi głowami. Podniosłem wzrok i ujrzałem fragment ogona cessny, zwisający spomiędzy górnych gałęzi drzew. Jak przyszpi-lony do nieba, trzepotał się z boku na bok, niby flaga sygna-lizująca moją obecność policyjnym zwiadowcom. – Stark… zawsze miał bystry wzrok. – Doktor Miriam ujęła mnie za ramię opiekuńczym ruchem. – Chodźmy, Blake. Powinniśmy stąd iść. Znajdę ci w klinice jakieś ubranie.
Idąc wówczas jej śladem po trawniku, wyczuwałem tyl-ko obecność milczącego tłumu, który przyglądał mi się z obu brzegów rzeki, i spojrzenia tenisistów, siedzących na murawie z rakietami w rękach. Ich twarze wydawały mi się niemal wrogie. Widziane w tym dziwnym świetle spokojne miasteczko, w którym spadłem, otaczała wyraźnie złowro-ga atmosfera, jak gdyby wszyscy ci pozornie flegmatyczni mieszkańcy byli w rzeczywistości aktorami, wynajętymi przez tutejszą wytwórnię filmów, aby odgrywać swoje role w misternie uknutym spisku.
Byliśmy już na wysokości sportowego samochodu dok-tor Miriam, stojącego na podjeździe za domem. Pani St. Cloud, krążąca cały czas po ganku, podała córce torbę le-karską.
– Miriam?…
– Na litość boską, mamo. Nic mi się nie stanie. – Tole-rancyjnie potrząsając głową, doktor Miriam otworzyła dla mnie drzwi samochodu.
Stałem boso w powalanych olejem strzępach kombine-zonu i nagle nabrałem pewności, że pani St. Cloud nie po-biegnie do telefonu w chwilę po moim odjeździe. Ta pod-starzała wdowa nigdy w życiu nie widziała nikogo, kto po-wróciłby z martwych. Wpatrywała się we mnie, trzymając się ręką za gardło, jakbym był jej synem, o którego istnie-niu zapomniała przez roztargnienie.
Ale mimo to nie miałem najmniejszego zamiaru prze-ciągać powitania, bo z takiego czy innego powodu jedno z nich próbowało mnie zabić.
5
Czy powinienem był bardziej strzec się Miriam St. Clo-ud? Już w drodze do kliniki wydawało mi się dziwne, że tak skwapliwie zaufałem młodej lekarce. Niewiele bardziej doświadczona od studentki, siedziała za kierownicą w swo-im białym kitlu, z poplamionymi trawą stopami, strojąc poważne miny. Była wciąż przejęta, zadawała sobie niepo-trzebny kłopot, żeby się mną zaopiekować, i podejrzewa-łem nawet, że może spróbować mnie zawieźć na miejsco-wy komisariat policji. Kilka razy przystawaliśmy pod drze-wami, by dogoniły nas dzieci, które pędziły przez park, po-hukując i pokrzykując radośnie, jakby w nadziei, że zdu-mione buki przerwą pełne namaszczenia milczenie. Z ręką za fotelem doktor Miriam rozglądałem się uważnie, czy nie nadjeżdża policja. Gdyby w pobliżu pojawił się radiowóz, byłem gotów wyrwać jej kierownicę i wypchnąć lekarkę na trawę.
Między drzewami dygotało słońce. Wśród ptaków i liści zapanował niepokój, jak gdyby żywioły zakłóconego po-południa usiłowały ukonstytuować się na nowo. – Czy nie powinnaś wrócić do matki? – zapytałem. – Jej jesteś chyba bardziej potrzebna niż mnie. – Zdenerwowałeś ją. Nie spodziewała się, że dojdziesz do siebie tak szybko. Od dwóch lat po śmierci ojca siedzi przez cały czas w oknie, tak jakby ojciec gdzieś tu ciągle był. Kiedy następnym razem będziesz zmartwychwstawał, lepiej rób to powoli, krok po kroku.
– Ja nie zmartwychwstałem.
– Wiem o tym… – Zła na siebie, ścisnęła mnie za rękę. Podobała mi się ta młoda lekarka, ale irytowały mnie jej lekceważące aluzje do mojej śmierci, pobrzmiewające nut-ką prosektoryjnego poczucia humoru, którego przejawów nie miałem ochoty słuchać. Zresztą, nie licząc rozbitych ust i posiniaczonych żeber, czułem się zadziwiająco dobrze. Przypomniałem sobie, że popłynąłem energicznie do brze-gu, kiedy cessna zaczęła pode mną tonąć, a później zemdla-łem na płyciźnie, raczej wskutek doznanej ulgi niż rzeczy-wistego zmęczenia. Ksiądz wyciągnął mnie na trawę, i wtedy w całym tym zamieszaniu próbował mnie reanimować ja-kiś szaleniec albo niedouczony, prowincjonalny entuzjasta zasad pierwszej pomocy. Aby uniknąć kolejnych nieporo-zumień, zdecydowałem, że im szybciej zniknę z Shepper-ton, tym lepiej.
Przed wyjazdem musiałem jednak zdobyć ubranie. – W klinice dostaniesz garnitur na zmianę, choć twoi uczniowie ze szkoły pilotażu mogą cię w nim nie poznać. – Po chwili Miriam dodała kawalarskim tonem: – Celowo staram się być tajemnicza. Boję się, żebyś nie wyskoczył z samochodu. – Jeśli tylko garnitur nie należał do jakiegoś nieboszczyka. Twój ksiądz nie byłby zadowolony, że po raz drugi tego popołudnia ktoś kusi opatrzność. – Ty wcale nie kusiłeś opatrzności, Blake – ciągnęła da-lej Miriam obojętnym głosem, starannie dobierając słowa. – W klinice ludzie właściwie nie umierają, mamy tam tylko dziennych pacjentów. Wierz mi, cieszę się, że nie było cię wśród naszych pierwszych podopiecznych. Mamy w klini-ce oddział geriatryczny. Tych troje dzieci przebywa tam czasowo na badaniach specjalistycznych, bo nikt inny nie chciał ich przyjąć. Przepraszam, że się tak wygłupiały, ale zanim trafiły do nas, były okrutnie maltretowane. Lekarka wskazała trzypiętrowy budynek za parkingiem kliniki. Na tarasie, na wózkach inwalidzkich, siedzieli sze-regiem pacjenci, starsi ludzie, kiwający głowami w stronę słońca. Odżyli natychmiast na widok mojego poszarpane-go kombinezonu, po czym zaczęli pokazywać mnie palca-mi i sprzeczać się między sobą. Przypuszczałem, że widzieli, jak cessna spadła w drzewa nad rzeką.