Żmijowa Harfa
- Автор: Бжезиньская Анна
- Серия: Saga o zbóju Twardokęsku #2
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Żmijowa Harfa». Краткое содержание книги:
Na ulicach i w zaułkach Spichrzy narasta świąteczny zamęt. Mieszkańcy, przerażeni wieściami o rzezi, zgotowanej przez szczuraków okolicznym miasteczkom, topią strach w winie i wyrzekają przeciw księciu i radzie miejskiej. Tumult przeradza się w krwawą ludową rewoltę, kiedy rozjuszeni rzemieślnicy zaczynają mordować patrycjuszy.
Tymczasem Szarka, niepomna na marzenia kompana, w towarzystwie wiedźmy i żalnickiej księżniczki ugania się po mieście w poszukiwaniu Koźlarza. Ciekawa, co tym razem zgotowali jej bogowie, zapędza się do wieży Śniącego, gdzie wśród zwierciadeł ukryta jest podobno przyszłość Krain Wewnętrznego Morza. A Zarzyczka, wypowiadając życzenie, budzi przepowiednię i stare legendy zaczynają się wypełniać na nowo.
Żmijowa harfa – kontynuacja Plew na wietrze – to historia świata w przededniu wojny, która zmieni zarówno bogów, jak i śmiertelników.
Anna Brzezińska – mediewistka, jedna z najpopularniejszych polskich autorek fantasy, trzykrotna laureatka Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.
Jakby słysząc jego rozmyślania, Szarka uśmiechnęła się drapieżnie. Zbójca spostrzegł, że prawą rękę trzyma niedbale wsuniętą pod pas, za którym miała pozatykane srebrzyste gwiazdki, i przypomniał sobie, jak jedną z nich zabiła dri deonema na placu przed świątynią Fei Flisyon. Ani chybi, pomyślał z uznaniem, umna jest gadzina i też dobrze rozumie, że w ciżbie może się lada co zdarzyć. Byle jeno nie zaczęła gwiazdkami bez rozumu między ludzi ciskać, bo przecież ona w niczym ani miary, ani opamiętania nie zachowa…
A potem, kiedy patrzał, jak rudowłosa zasłania Zarzyczkę, bo tłum bardziej począł na nich naciskać w jednej z bram broniących przystępu na trakt do Świątyni, błysnęło mu we łbie podejrzenie, że nie bez przyczyny wywiodła księżniczkę do miasta. Na wabik ją wystawia, pomyślał z mieszaniną podziwu i odrazy, by się te mordercę raz jeszcze pokazały. Ot, masz, księżniczko, dowód, jak się z biesem łatwo pobratać i jak on ci przyjaźni dochowa.
Oddział Servenedyjek przeciągał z wolna pomiędzy ławicą pątników w szpiczastych kapturach i zbójca skulił się w sobie, głowę wciągnął w ramiona, bowiem pamiętał wyśmienicie, że naznaczono na jego głowę nagrodę w szczerych książęcych groszach. Przez chwilę lękał się, że południowe wojowniczki rozpoznają zbójecką sławę Gór Żmijowych, jednak minęły go bez słowa. Obojętnie omiotły spojrzeniem żalnicką księżniczkę i wiedźmę. Tylko wysoka niewiasta o twarzy niemal zupełnie pokrytej gęstym, sinym tatuażem, szarpnęła wodzami, pokazując na Szarkę, lecz przywódczyni zaświergotała ostro w nie znanym zbójcy języku. Rudowłosa nie obejrzała się nawet. Ze zmarszczonymi brwiami spoglądała ku odległej wieży Nur Nemruta.
Karzeł pociągnął ich w boczną furtkę, ku zaułkom starego miasta. Przeciskali się dalej, póki zażywna niewiasta w sztywnym czepcu i wielkiej mnogości nakrochmalonych spódnic nie wpadła nań, z impetem, mało nie przewróciwszy niziołka.
– Patrz, gdzie leziesz, pokrako! – walnęła go po grzbiecie kobiałką.
– A waszmości nie nauczyli, żeby lepszym od siebie drogi nie zastępować? – uprzejmie spytał karzełek. – I nie wstyd tak z samego ranka ludzi poczciwych lżyć?
– No, patrzajcie, ludzie! – mieszczka aż pokraśniała ze złości. – Nie dość, że się konus pod nogami plącze, to jeszcze, charchała, manier mnie będzie uczyć. Ty wiesz, kto ja jestem, paskudo? Ja Gaikowa jestem, piekarka, wdowa po Gałce, rajcy miejskim. I radzę po dobroci, zawrzyj tę parchotrętną gębę albo każę cię w ciemnicę wrzucić. Co to się porobiło! – Wsparła ręce o boki i rozejrzała się, przywołując wzrokiem świadków zniewagi. – My to miasto własnym sumptem stroili, my i ojce nasze, a ninie przylezie byle chanaja i rozpycha się jak we własnym chlewie. Jeszcze tego trza, żeby nam ulicami strach chadzać było!
– Pohamujcież się, wielmożna pani Gaikowa – odparł śmiało Szydło. – Nie wiecie, z kim sprawa, a ujadacie jako psi do księżyca. My z samego dworu księcia Evorintha idziemy, ale prócz świeckiej, inna jeszcze na was kara spaść może, bo wy nam w świętej sprawie zawadą stajecie. Widzicie te dwie szlachetne panny? – Wskazał na Zarzyczkę i Szarkę, która, wedle Twardokęska, z trudem hamowała wesołość. – One u samej księżnej pani we fraucymerze służą, a na wieść o nieszczęsnym napadzie szczuraków podjęły wielkie a szlachetne ślubowanie.
– Ślubowanie? – mieszczka wytrzeszczyła oczy: po jej okrągłym obliczu rozlał się wyraz nabożnego zdumienia. – Jakież ślubowanie?
– Ano takie – dobitnie rzekł niziołek – że sploty własne dziewicze obciąć poprzysięgły, a rycerzom prawym je oddać na cięciwy do łuków. A póki ślubowania nie dopełnią, milczeć obiecały i dlatego jeno waszą bezczelność cierpią.
– A w czem niby ichsze włosie łukom ma dopomóc? – podejrzliwie spytała Gaikowa.
– Wtem mianowicie – wyjaśnił karzeł – że przeciwko plugastwu obmierzłemu nie samo żelazo, ale dziewicze sploty w cięciwach, modlitwa czysta i ślubowanie najwięcej zaszkodzić mogą. Trza jeno pierwej łuki w świątyni Śniącego pobłogosławić a wodą z cudownego źródła poświęcić. I jak się potem zmaca szczuraka strzałą z takiego łuku, to ani odmienić się przeklętnik nie zmoże, ani pod ziemię nie ucieknie.
– A nie szucicie sobie aby ze mnie? – dopytywała się mieszczka. – Prawdę gadacie?
– Gdzie bym śmiał z takiej sprawy igry czynić? – z potępieniem pokręcił głową. – Toż patrzajcie, pani Gaikowa, na tę szlachetną pannę – ukłonił się przed wiedźmą. – Ja wam jej imienia ni rodu rzec nie mogę, taka by was trwoga zdjęła i zadziwienie, ale spójrzcie, jak się dla owego ślubowania postrzygła. – Wiedźma odsunęła nieco chustkę, odsłaniając skraj pokiereszowanej głowy.
– Olaboga! – Mieszczka splotła dłonie na piersi; palce miała, jak pęto świątecznych parówek. – Oj, strach patrzeć!
– Tedy widzicie, że z was nie dworuję, bo i kto by się poważył na podobną rzecz dla samej drwiny? Ale skoro żeście nam drogę zastąpili, pani Gaikowa, rzeknijcież, gdzie tu najbliżej do jakiego zacnego balwierza.
– Prosto na sąsiedniej ulicy balwierz siedzi – odparła do reszty stropiona mieszczka. – Małżonek mój nieboszczyk do niego chadzał.
– Tedy wybaczcie, pani Gaikowa – pokłonił się nisko – że uchodzim, ale pilno nam ślubowania dopełnić.
– Zaczekajcież! A rzeknijcie mi jeszcze, czy jeno dziewicze włosy przeciwko szczurakom sposobne? – spytała zaaferowana Gaikowa.
– No – karzeł udał namysł – najpierwej dziewicze… Ale gadają ludzie, że jeśli ślubowanie ze szczerego serca poczynione, to i wdowa czysta postrzyc się może, a i mężatka nawet. Byle zacna i nie latawica – pogroził palcem.
– Bóg wam zapłać – uradowała się mieszczka. – A pannom szlachetnym uszanowanie moje i zdrowia wszelakiego życzę, i szczęścia za ich mężne serce i postanowienie. Bywajcie zdrowi.
– Bywajmy – łaskawie zgodził się Szydło. Ledwo pani Gaikowa zniknęła za rogiem, Szarka zaniosła się śmiechem.
– Toż ona prawdziwie gotowa się do gołej skóry wygolić – zauważyła z potępieniem księżniczka. – A wstyd będzie, jak się ludzie dowiedzą, że to tylko figlik złośliwy.
– I dobrze – zajadle odparł karzeł – bo wstrętna baba, gruba, sprośna i zadufana. Wlazła na mnie jak krowa, trzewik mi przydeptała, a jeszcze mordę drze i wyzywa. No, obaczym teraz, jak się po postrzyżynach będzie baba rozpychać. Dobrze, że w karnawał przebierańców wszędy co niemiara, bo inaczej niełatwo byłoby babie wmówić, żeście dworka – łypnął ku Szarce. – Panny z fraucymeru rzadko wdziewają podobne stroje.
– A mnie się zdaje – zaśmiała się w odpowiedzi – że i wasze współczucie, księżniczko, i twoja radość, Szydło, przedwczesne. Bo pewnie pani Gaikowa w tejże chwili kumoterkom o ślubowaniu opowiada i nim wieczór nastanie, każe się pół mieszczaństwa do gołych czerepów ogolić.
– Może to być – przytaknął zbójca. – Dziwna jest w ludziach chęć, żeby za tymi, co od nich wyżej siedzą, jako owce durne leźć i to samo czynić. Dość, by się jakie co bardziej bzdurne szatki na książęcym dworze pojawiły, a nie minie miesiąc, w każdym zadupiu je widać. Ot, jedzie człek lasem i drwala widzi. Chłop jak byk, z siekierą, spocony, nieochędogi, ale na zadku co ma? Ano, rajtuzy pstrokate, iście jako dworscy sodomici! – splunął. – A na nogach? Toż nie łapcie z łyka, jako drzewiej bywało, ale trzewiki z zakręconymi noskami. Ledwo w tych trzewikach po krzakach leźć może, sam sobie fikuśne noski nieraz przydepcze i na pysk się przewróci, ale on ninie pan! Żadnego porządku, żadnego uważania…