Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Иронические детективы » Po drugie dla forsy [Two for the Dough - pl]
Po drugie dla forsy [Two for the Dough - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Po drugie dla forsy [Two for the Dough - pl]

Электронная книга - «Po drugie dla forsy [Two for the Dough - pl]». Краткое содержание книги:

30-letnia rozwódka, Stephanie Plum, zarabia na życie w niecodzienny sposób – zajmuje się ustalaniem miejsca pobytu zwolnionych za kaucją oskarżonych, którzy nie stawili się na rozprawę. Tym razem szuka aresztowanego pod zarzutem usiłowania zabójstwa Kenny'ego Mancuso, który złamał warunki zwolnienia i zniknął. Stephanie wpada na jego trop, lecz zanim doprowadzi sprawę do końca, narazie siebie i swoich najbliższych na śmiertelne niebezpieczeństwo
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 65
Перейти на страницу:

– Powinniśmy go obserwować – powiedział Morelli. – Kenny się wnerwia. Będzie łaził za Spirem, aż dostanie to, czego chce.

– Daremny trud. Spiro nie ma tego, czego chce Kenny.

Morelli siedział bez ruchu i patrzył gdzieś w dal przez szybę zalaną deszczem.

– Muszę koniecznie zmienić samochód. Kenny już zna tę furgonetkę.

O tym, że zna mojego buicka nie trzeba było nawet wspominać. Cały świat znał już mojego buicka.

– A ten brązowy samochód?

– Tamten też sobie pewnie zapamiętał. Zresztą muszę mieć wóz, w którym nie będzie mnie widać. Jakiś minivan albo ford bronco z przyciemnianymi szybami. – Włączył silnik i wrzucił bieg. – Wiesz może, o której Spiro otwiera swój przybytek?

– Zwykle o dziewiątej.

Morelli zapukał do mnie o wpół do siódmej rano, aleja byłam szybsza. Zdążyłam się umyć i ubrać w to, co zaczynało przypominać mój służbowy uniform: dżinsy, ciepła koszula, zwykłe buty. Wyczyściłam też terrarium Rexa i nastawiłam kawę.

– Oto mój plan – powiedział Morelli. – Ty śledzisz Spira, a ja śledzę ciebie.

Nie wydawało mi się to jakąś rewelacją, ale nie miałam lepszego pomysłu, więc siedziałam cicho. Napełniłam termos kawą, zapakowałam dwie kanapki i jabłko i na koniec włączyłam sekretarkę.

Kiedy podeszłam do buicka, wciąż było ciemno. Niedzielny poranek. Pustka na ulicach. Żadne z nas nie było w nastroju do rozmów. Na parkingu nie zauważyłam furgonetki Morellego.

– Czym teraz jeździsz? – zapytałam.

– Czarnym fordem explorerem. Stoi na ulicy przed domem.

Otworzyłam buicka i wrzuciłam wszystko na tylne siedzenie. Znalazł się tam również koc, choć nie zapowiadało się, żeby mi był potrzebny. Przestało padać, a powietrze stało się znacznie cieplejsze. Na moje rozeznanie około dziesięciu stopni.

Nie byłam pewna, czy w niedziele Spiro trzymał się takiego samego rozkładu jak w dni powszednie. Dom pogrzebowy otwarty był przez siedem dni w tygodniu, a ilość weekendowego odpoczynku zależała przypuszczalnie od tego, ilu akurat było do pochowania zmarłych. Spiro nie wyglądał na człowieka, który chodzi do kościoła. Przeżegnałam się. Nie mogłam sobie jakoś przypomnieć, kiedy sama byłam ostatnio na mszy.

– Co robisz? – zaciekawił się Morelli. – Czemu się przeżegnałaś?

– Jest niedziela, a ja nie poszłam do kościoła… Po raz nie wiadomo który.

Morelli położył mi rękę na głowie. Jego dotyk przynosił pewność, ukojenie i ciepło, które przenikały z jego dłoni na moją głowę.

– Bóg i tak cię kocha – powiedział.

Pogładził mnie ręką po głowie, przyciągnął do siebie i pocałował w czoło. Uścisnął mnie i nagle już go nie było. Przeszedł przez parking i zniknął gdzieś w cieniu.

Wsiadłam do buicka z tkliwym uczuciem ciepła i lekkim zawrotem głowy. Zaczęłam się zastanawiać, czy jest coś między mną i Morellim. Co też może oznaczać pocałunek w czoło? Nic, powiedziałam sobie. To nic a nic nie znaczy. Może tylko tyle, że Morelli potrafi być czasami naprawdę miły. No dobrze, w takim razie, dlaczego uśmiecham się jak idiotka? Bo w moim życiu brakuje miłości. Po prostu nie ma jej. Dzielę mieszkanie z chomikiem. No cóż, mogło być gorzej, mogłam być nadal żoną tego palanta Dickiego Orra.

Droga do Century Court przebiegła spokojnie. Niebo zaczęło się rozjaśniać. Widać było ciemne pasma chmur i niebieskie plamy między nimi. W budynku, w którym mieszkał Spiro, panowały ciemności. Świeciło się tylko u niego. Zaparkowałam i szukałam we wstecznym lusterku świateł wozu Morellego. Ale niczego nie dostrzegłam. Obróciłam się na siedzeniu i przeszukałam wzrokiem parking. Nigdzie nie było widać explorera.

Zresztą nieważne, powiedziałam sobie. Morelli na pewno gdzieś czuwa, miejmy nadzieję.

Nie miałam złudzeń co do swojej roli w tej całej grze. Byłam jedynie przynętą, doskonale widoczną w błękitnym buicku, tak aby Kenny’emu trudniej było zauważyć kogoś drugiego.

Nalałam sobie kawy z termosu i nastawiłam się na długie czekanie. Na horyzoncie pojawiło się pomarańczowe pasmo. W mieszkaniu sąsiadującym z apartamentem Spira błysnęło światło. Gdzieś dalej zapaliło się następne. Czarne niebo zaczęło powoli przybierać lazurowy odcień. Świtało.

Spiro wciąż miał zasunięte żaluzje. W jego mieszkaniu nadal nie było śladu życia. Zaczęłam się już martwić, ale po chwili otworzyły się drzwi i wyszedł z nich Spiro. Sprawdził, czy zamknął mieszkanie, i szybko podszedł do samochodu. Jeździł granatowym lincolnem. Wymarzony wóz dla młodego grabarza. Niewątpliwie był wzięty w dzierżawę i wpisany w koszty firmy.

Spiro był ubrany znacznie swobodniej niż zazwyczaj. Miał na sobie marmurkowe dżinsy, sportowe obuwie i luźny zielony sweter. Owinięty bandażem kciuk wystawał mu z rękawa swetra.

Wyjechał z parkingu i wjechał na ulicę Klockner. Spodziewałam się jakiegoś gestu pozdrowienia, ale Spiro przejechał obok mnie nawet się nie obejrzawszy, zapewne pochłonięty tylko tym, żeby nie narobić w gacie.

Jechałam za nim bez pośpiechu. Na drodze było mało samochodów, a ja na dodatek wiedziałam, dokąd Spiro zmierza. Zaparkowałam o pół przecznicy od domu pogrzebowego pod takim kątem, bym widziała wejście od frontu i boczne, a także mały parking z boku oraz ścieżkę prowadzącą do tylnych drzwi.

Spiro zaparkował na podjeździe i skierował kroki do bocznego wejścia. Drzwi przez chwilę stały otworem – Spiro wstukiwał kod odbezpieczający system alarmowy. Po chwili drzwi się zamknęły i rozbłysło światło w gabinecie.

Dziesięć minut później pojawił się Louie Moon.

Nalałam sobie jeszcze kawy i zjadłam pół kanapki. Nikt inny nie wchodził do tego przybytku ani zeń nie wychodził. O wpół do dziesiątej Louie Moon odjechał karawanem. Wrócił po godzinie i wwiózł jakiegoś nieboszczyka do zakładu. Chyba właśnie dlatego Louie i Spiro musieli przychodzić do pracy nawet w niedziele.

O jedenastej zadzwoniłam z telefonu komórkowego do domu, by upewnić się, czy z babcią Mazurową wszystko w porządku.

– Nie ma jej – powiedziała matka. – Wystarczy, że wyjdę na dziesięć minut i cóż potem zastaję? Ojciec pozwolił babci wyjść z Betty Greenburg.

Betty Greenburg miała osiemdziesiąt jeden lat i prowadziła samochód jak szatan.

– Od tego wylewu w sierpniu Betty Greenburg niczego nie pamięta – opowiadała matka. – W zeszłym tygodniu pojechała do Asbury Park. Tłumaczyła się potem, że jechała do domu towarowego „Kmart”, tylko źle skręciła.

– Jak długo babci już nie ma?

– Blisko dwie godziny. Miały pojechać do piekarni. Może powinnam zadzwonić na policję?

W słuchawce rozległ się trzask zamykanych drzwi i jakiś gwar.

– To babcia wróciła – wyjaśniła matka. – Ma obandażowaną całą rękę.

– Daj mi ją do telefonu.

Babcia Mazurowa wzięła słuchawkę.

– Nie uwierzysz w to, co ci powiem – odezwała się głosem drżącym z gniewu i oburzenia. – Stało się coś strasznego. Wychodziłyśmy właśnie z Betty z piekarni z pudełkami chrupiących włoskich ciasteczek, kiedy pojawił się Kenny Mancuso we własnej osobie. Wyszedł sobie zza samochodu jak gdyby nigdy nic i podszedł do mnie.

„Proszę, proszę – mówi – toż to babcia Mazurowa”.

„Tak – odpowiedziałam – i wiem kim ty jesteś. Tym huncwotem Kennym Mancuso”.

„To prawda – on na to – ale dla ciebie też będę bez litości”.

Na chwilę zapadła cisza. Słyszałam jak po drugiej stronie linii babcia oddycha i dochodzi powoli do siebie.

– Mama mówiła, że masz zabandażowaną rękę – zagadnęłam. Nie chciałam jej naciskać, ale musiałam się dowiedzieć, co się stało.

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 65
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)