Kroki w nieznane. Tom 5
- Автор: Азимов Айзек, Брэдбери Рэй Дуглас
- Год: 1975
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Кшиштоф Малиновский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Tom 5». Краткое содержание книги:
Są więc w naszym tomie tacy znani wszystkim miłośnikom fantastyki tytani, jak Ray Bradbury (ze swoją wersją duszy anielskiej więzionej w czerepie rubasznym), autor przeszło stu książek Isaac Asimov, Arthur C. Clarke, Clifford D. Simak i znacznie od nich młodszy Robert Sheckley. Udało nam się zdobyć opowiadanie Stanisława Lema, który — jak niedawno podliczono — jest najbardziej czytanym autorem SF na świecie. Jego twórczość, znana do niedawna głównie w Związku Radzieckim i europejskich krajach socjalistycznych, zaczyna być tłumaczona na Zachodzie, wywołując tam niemałą sensację.
Opowiadanie Roberta Silverberga, płodnego autora amerykańskiego, który był najpoważniejszym kontrkandydatem Asimova do ostatniej nagrody Hugo, pochodzi z cyklu o miastach przyszłości — mrowiskach.
Kurt Vonnegut jest specjalistą od zadawania trafiających w sedno pytań. Doczekał się on niezwykłego wyróżnienia: w roku ubiegłym prasa doniosła, że dyrekcja jednej ze szkół w Stanach Zjednoczonych nakazała spalenie jego książek. Czyżby chcieli zachęcić wszystkich uczniów do czytania Vonneguta?
B. J. Friedman, należący do czołowych autorów amerykańskich, nie był dotychczas wydawany w Polsce. Obok realistycznych powieści pisze opowiadania, w których obserwacja obyczajowa przeplata się z fantazją.
Victor Contoski jest znanym amerykańskim poetą i tłumaczem polskiej poezji. Yep i Dixon reprezentują najmłodsze pokolenie pisarzy.
Również wśród autorów radzieckich obok dobrze znanego czytelnikom Ilji Warszawskiego przedstawiamy dwóch autorów nowych: Wiaczesława Moroczkę i Michaiła Puchowa.
Jeśli chodzi o polskich autorów, Janusz A. Zajdel ma na swoim koncie dwa tomy opowiadań fantastycznych, Andrzej Czechowski wydał przed laty jeden tomik i pisuje niestety bardzo rzadko, Krzysztof W. Malinowski zaś debiutował w ubiegłorocznym wydaniu Kroków w nieznane.
Tak więc niniejszy zbiór opowiadań stanowi jakby przegląd nurtów i tendencji światowej i krajowej science — fiction od A (jak Asimov) do Z (jak Zajdel). Większość opowiadań tłumaczonych ukazuje się drukiem po raz pierwszy.
— A gdzie chciałbyś chodzić?
— Nie wiem — powiedział Ernie. — Gdziekolwiek. Tam, gdzie byście mnie nie obserwowali. Kiedyś było inaczej. Robiłem, co chciałem.
— Teraz masz co jeść — powiedział Joe. — I co pić. Masz gdzie spać. Masz forsę w kieszeni. Pieniądze w banku.
— Coś tu nie gra — powiedział Emie.
— Słuchaj, stary, co ci właściwie jest? Nie chcesz pomagać ludziom?
— Nie powiem, żebym nie chciał. Ale skąd mogę wiedzieć, że im pomagam? Mam na to tylko twoje słowo. Twoje i tego faceta z Waszyngtonu.
— On ci to wyjaśniał.
— No tak, dużo gadał, ale nie wszystko zrozumiałem. Nie wiem, czy mam wierzyć w to, co mówił.
— A ty myślisz, że ja zrozumiałem — powiedział Joe. — Widziałem za to liczby.
— Nie znam się na liczbach.
— Ruszysz wreszcie, czy może mam cię popchnąć?
— No dobra, już idę. Kiedy mam się zatrzymać?
— Powiemy ci.
— I będziecie mnie obserwować?
— No jasne — powiedział Joe.
— To jest taka nędzna dzielnica. Dlaczego zawsze muszę chodzić po ulicach takich dzielnic?
— Powinieneś się tu czuć jak u siebie. W podobnej mieszkałeś, zanim cię odnaleźliśmy. W innej nie czułbyś się szczęśliwy.
— Ale tam, skąd mnie zabraliście, miałem przyjaciół. Susie, Jake, Pawiana i innych. Dlaczego nie mogę już do nich wrócić?
— Bo zacząłbyś gadać. Wypaplałbyś wszystko.
— Nie ufacie mi.
— A czy możemy ci ufać, Ernie?
— Chyba nie — powiedział Ernie. Wysiadł z samochodu. — Ale ja byłem szczęśliwy, kapujesz?
— Tak, tak — powiedział Joe. — Wiem.
Na stołku barowym siedział jakiś mężczyzna. Dwóch innych przy stoliku w głębi sali. Ten lokalik przypomniał mu tamten bar, gdzie razem z Susie, Pawianem, a czasem z Jake i Mary spędzali wieczory przy piwie. Usadowił się na stołku. Było mu wygodnie i czuł się prawie tak, jak za dawnych, dobrych czasów.
— Dla mnie jeden głębszy — powiedział do barmana.
— Masz forsę, przyjacielu?
— No pewnie, że mam forsę.
Ernie położył dolara na blacie. Barman wyjął butelkę i nalał. Ernie przełknął jednym haustem.
— Jeszcze raz to samo — powiedział. Barman nalał następnego.
— Ty chyba nie jesteś stąd — powiedział.
— Nigdy przedtem tu nie byłem.
Siedział teraz spokojnie, sącząc powoli trzeci kieliszek.
— Zgadnij, co ja robię? — spytał barmana.
— Nie mam pojęcia, co robisz. Pewnie to, co wszyscy. To znaczy nic…
— Leczę ludzi.
— Naprawdę?
— Chodzę sobie i leczę ludzi.
— Dobrze się składa — powiedział barman. — Mam właśnie katar. Wylecz mnie.
— Już jesteś wyleczony — powiedział Ernie.
— Czuję się tak samo, jak wtedy, kiedy tu wszedłeś.
— Poczekaj do jutra. Już jutro poczujesz się lepiej. Na to trzeba czasu.
— Ale ja ani myślę ci za to płacić!
— Wcale nie musisz płacić. Inni mi płacą.
— Jacy inni?
— Po prostu inni ludzie. Nie wiem, kim są.
— Pewnie są stuknięci.
— Nie chcą mnie puścić do domu — poskarżył się Ernie.
— No, to nic strasznego.
— Miałem przyjaciół. Susie, Pawiana…
— Każdy ma przyjaciół — powiedział barman.
— A ja emanuję. Właśnie tak im się wydaje.
— Co robisz?
— Emanuję. Tak to nazywają.
— Nigdy jeszcze nie słyszałem o czymś takim. Chcesz drinka?
— Dobra, nalej jednego. Potem będę musiał już iść. Charley stał na chodniku przed barem i spoglądał na niego. Ernie nie chciał, żeby Charley teraz wszedł i powiedział na przykład: „ruszaj do roboty”. Czułby się głupio.
W oknie na górze dostrzegł szyld i wbiegł pędem po schodach. Jack stał po przeciwnej stronie ulicy, a Al tylko o jeden dom przed nim. Zobaczą go i przybiegną, ale może zdąży dostać się do biura, zanim go dopadną.
Na drzwiach tablica: Lawson & Cramer. Prawnicy.
Wpadł do środka.
— Muszę się widzieć z prawnikiem — powiedział sekretarce.
— Czy jest pan umówiony?
— Nie, nie jestem umówiony, ale potrzebny mi jest natychmiast jakiś prawnik. Mam pieniądze…
Wyciągnął garść pomiętoszonych banknotów.
— Pan Cramer jest zajęty.
— A ten drugi? Też jest zajęty?
— Nie ma żadnego drugiego. Kiedyś był…
— Niech pani posłucha, ja nie mam czasu na wygłupy.
Drzwi od gabinetu otworzyły się, stanął w nich jakiś mężczyzna.
— Co tu się dzieje?
— Ten pan…
— Nie jestem żaden pan — powiedział Ernie. — Potrzebny mi jest prawnik.
— Dobrze — powiedział mężczyzna. — Proszę wejść.
— To pan jest Cramer?
— Tak, to ja.
— Pomoże mi pan?
— Spróbuję.
Cramer zamknął drzwi i usiadł przy biurku.
— Proszę usiąść — powiedział. — Nazwisko pana?
— Ernie Foss.
Cramer zapisał to na kartce żółtego bloku.
— Ernie. To chyba od Ernesta?
— Zgadza się.
— Pański adres, panie Foss?
— Nie mam adresu. Podróżuję. Dawniej miałem adres. Miałem przyjaciół. Susie, Pawiana i…
— O co właściwie chodzi, panie Foss?
— Trzymają mnie.
— Kto trzyma?
— Rząd. Nie puszczają mnie do domu i przez cały czas mnie obserwują.
— Dlaczego sądzi pan, że pana obserwują? Co im pan zrobił?
— Nic nie zrobiłem. Widzi pan, ja mam w sobie to coś.
— Co ma pan w sobie?
— Leczę ludzi.
— Pan chyba nie jest doktorem.
— Doktorem nie jestem. Tylko leczę ludzi. Chodzę i leczę. Ja emanuję.
— Co pan robi?
— Emanuję.
— Nie rozumiem.
— We mnie jest coś. Coś, co ja rozprzestrzeniam. Ma pan może katar, albo coś w tym rodzaju?
— Nie, nie mam kataru.
— Gdyby pan miał, tobym pana wyleczył.
— Powiem coś panu, panie Foss. Niech pan wyjdzie do tamtego pokoju i usiądzie. Zaraz przyjdę.
Wychodząc Ernie zobaczył, jak mężczyzna sięga do telefonu. Nie czekał. Błyskawicznie wypadł do hallu. Jack i Al już tam byli.
— Głupio zrobiłeś — powiedział — Joe.
— On mi nie uwierzył — powiedział Ernie. — Chciał dzwonić. Ściągnąłby gliny.
— Może uwierzył. Baliśmy się, że mógłby uwierzyć. Dlatego tu jesteśmy.
— Zachowywał się tak, jakby myślał, że jestem nienormalny.
— Dlaczego to zrobiłeś?
— Przysługują mi pewne prawa — powiedział Ernie. — Prawa obywatela. Nie słyszeliście nigdy o czymś takim?
— No jasne, że słyszeliśmy. Przysługują ci prawa. Wszystko ci wyjaśniono. Jesteś zatrudniony na państwowej posadzie. Zgodziłeś się na pewne warunki. Płacą ci. Wszystko jest załatwione legalnie.
— Ale coś mi się tu nie podoba.
— Co ci się nie podoba? Zarobek masz niezły. Praca jest lekka. Po prostu trochę sobie spacerujesz. Niewielu jest takich, którym się płaci za chodzenie.
— Jeżeli mi tak dobrze płacą, to dlaczego zatrzymujemy się w takich nędznych hotelach?
— Nie płacisz za pokój ani za jedzenie — powiedział Joe. — To wszystko idzie z kasy państwowej. Zajmujemy się tym za ciebie. A nie zatrzymujemy się w lepszych hotelach, bo nie jesteśmy odpowiednio ubrani. W hotelu lepszej kategorii wyglądalibyśmy śmiesznie. Zwracalibyśmy powszechną uwagę.