Wojna starego człowieka [Old Man's War - pl]
- Автор: Скальци Джон
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 978-83-7418-179-2
- Переводчик: Wojciech Puslowski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Wojna starego człowieka [Old Man's War - pl]». Краткое содержание книги:
Ludzkość w końcu znalazła drogę do międzygwiezdnej przestrzeni — to dobra wiadomość. Zła wiadomość jest taka, że w kosmosie jest niewiele nadających się do zamieszkania planet – za to aż roi się tam od obcych, którzy chcą o nie walczyć. Wychodzi na to, że wszechświat jest dla człowieka wrogim miejscem.
A więc — walczymy. Żeby obronić Ziemię (która może stać się celem ataku dla naszych nowych wrogów, jeśli dopuścimy ich zbyt blisko); walczymy również o nasz planetarny stan posiadania. Z dala od Ziemi, ta wojna trwa już od dziesiątków lat: jest brutalna, krwawa i nieubłagana.
Sama Ziemia jest zaściankiem. Większa część zasobów ludzkości znajduje się w rękach Kolonialnych Sił Obrony, które chronią Ziemię przed zbyt dokładną wiedzą na ten temat. Ogólnie wiadomo tylko jedno — kiedy osiągnie się wiek emerytalny, można się zaciągnąć do KSO. Oni nie chcą młodych ludzi; chcą ludzi, którzy mają wiedzę i doświadczenia zebrane w ciągu długiego życia.
Zostaniesz zabrany z Ziemi, żeby już nigdy nie móc na nią powrócić. Będziesz musiał odsłużyć swoje na froncie. A jeśli uda ci się przeżyć, wspaniałomyślnie pozwoli ci się osiedlić na jednej z ciężko wywalczonych planet.
John Perry zgadza się na te warunki. Praktycznie nie ma pojęcia o tym, co go czeka. Prowadzona w odległości wielu lat świetlnych od domu wojna okazuje się o wiele cięższa, niż mógł sobie wyobrazić — i, jak się przekona, o wiele dziwniejsza.
— Mógłbym cię spytać o to samo — odparł i wzruszył ramionami. — Mój oddział ma się dobrze. Znają rozkazy i nikt nie stawia tu już prawdziwego oporu, jest posprzątane i zamiecione. Tipton, który mnie zastępuje, na pewno da sobie radę. Keyes powiedział mi, żebym polał cię zimną wodą i zorientował się, co się do diabła z tobą dzieje. Więc co się do diabła z tobą dzieje?
— Chryste, Alan — powiedziałem. — Właśnie przez trzy godziny rozdeptywałem inteligentne istoty, jakby były jakimiś robakami, to się właśnie ze mną dzieje. Rozgniatam na śmierć małych ludzi swoimi pieprzonymi stopami. Alan, to wszystko… — wyciągnąłem ramię przed siebie — … jest totalnie popieprzone. Ci ludzie mają niecałe trzy centymetry wzrostu. Czuję się jak zły Guliwer w kraju Liliputów.
— Nie mamy prawa wybierać naszych bitew, John — powiedział Alan.
— A ciebie jak nastraja ta bitwa? — zapytałem.
— Za bardzo mi się nie podoba — powiedział Alan. — To nie jest prawdziwa walka; po prostu ot tak sobie wysyłamy tych maluchów do piekła. Jednak z drugiej strony, najgorszym zranieniem w moim oddziale jest dzisiaj pęknięty bębenek uszny. To prawdziwy cud, biorąc pod uwagę codzienność naszych bitew. Więc ogólnie rzecz biorąc, raczej mi się to wszystko podoba. Na dodatek Covandu nie są tak zupełnie bezbronni. Ogólny bilans naszych walk jest wyrównany.
O dziwo, było to prawdą. W czasie pojedynków w przestrzeni kosmicznej rozmiar Covandu działał na ich korzyść; ich statki trudno było namierzyć, a ich malutkie myśliwce, które pojedynczo nie mogły wyrządzić naszym okrętom większej szkody, w większej grupie stanowiły poważne zagrożenie. Jedynie w czasie bitew lądowych mieliśmy nad nimi znaczącą przewagę. Cova Banda była broniona przez stosunkowo małą flotę okrętów Covandu; był to jeden z głównych powodów, dla których KSO zdecydowało się odzyskać tę kolonię.
— Nie chodzi mi o to, kto wygrywa w ogólnym rozrachunku, Alan — powiedziałem. — Chodzi mi o to, że nasi przeciwnicy mają pieprzone trzy centymetry wzrostu. Przedtem walczyliśmy z pająkami. Jeszcze wcześniej z cholernymi pterodaktylami. To wszystko nie współgra z moim poczuciem proporcji. To nie współgra ze mną samym. Nie czuję się już człowiekiem, Alan.
— Technicznie rzecz biorąc, nie jesteś już człowiekiem — powiedział Alan, próbując poprawić mi nastrój. Nie udało mu się.
— No cóż, w takim razie nie czuję już związku z tym, co kiedyś było człowiekiem — powiedziałem. — Nasza praca polega na tym, że spotykamy obce ludy i kultury, i zabijamy tych sukinsynów tak szybko jak to możliwe. Wiemy o nich tylko tyle, ile musimy wiedzieć, żeby skutecznie prowadzić z nimi walkę. Pomijając fakt, że są na tyle sprytni, żeby w inteligentny sposób móc stawiać nam opór, równie dobrze moglibyśmy walczyć ze zwierzętami.
— Dzięki temu dla większości z nas to wszystko staje się łatwiejsze — powiedział Alan. — Jeśli nie identyfikujesz się z pająkiem, to nie czujesz się tak źle, kiedy zabijasz pająka; nawet jeśli jest duży i inteligentny. Być może zwłaszcza wtedy, kiedy jest duży i inteligentny.
— Być może to właśnie mnie niepokoi — powiedziałem. — Nie ma w tym żadnej konsekwencji. Przed chwilą wziąłem żywą, myślącą rzecz i cisnąłem nią w ścianę budynku. To, że to zrobiłem, w ogóle mnie nie zaniepokoiło. Niepokoi mnie to, że mnie to nie zaniepokoiło, Alan. Powinny być jakieś konsekwencje naszych czynów. Musimy przyznać się przynajmniej do tego, że robimy okropne rzeczy — niezależnie od tego, czy mamy ku temu powody, czy nie. Nie czuję odrazy do tego, co robię. Ja się tego boję. Boję się tego, co to znaczy. Biegam po tym mieście, rozdeptując jego mieszkańców jak jakiś cholerny potwór. I zaczynam już myśleć, że tym właśnie jestem. Że tym się stałem. Że jestem potworem. Że ty jesteś potworem. Że wszyscy jesteśmy pieprzonymi, nieludzkimi potworami i nie widzimy w tym nic, kurwa, złego.
Alan nic na to nie odpowiedział. Milcząc obserwowaliśmy naszych żołnierzy, rozdeptujących Covandu na śmierć. W końcu nie było już kogo rozdeptywać.
— Więc co do diabła się z nim dzieje? — porucznik Keyes zapytał Alana, mając na myśli mnie, pod koniec pobitewnej odprawy dowódców oddziałów.
— Uważa, że wszyscy jesteśmy nieludzkimi potworami — powiedział Alan.
— Ach, to — powiedział porucznik Keyes i zwrócił się do mnie. — Jak długo jesteś w armii, Perry?
— Prawie rok — powiedziałem.
Porucznik Keyes pokiwał głową.
— Więc wszystko przebiega zgodnie z planem, Perry. Właśnie mniej więcej tyle czasu zajmuje większości ludzi zorientowanie się, że staliśmy się jakimiś bezdusznymi maszynami do zabijania, pozbawionymi sumienia i moralności. Do niektórych dociera to wcześniej, do niektórych później. Jensen, na przykład… — wskazał na jednego z pozostałych dowódców oddziałów — … dotrwał mniej więcej do piętnastego miesiąca służby, zanim się załamał. Powiedz mu, co wtedy zrobiłeś, Jensen.
— Strzeliłem do Keyesa — powiedział Ron Jensen. — Uznałem go za uosobienie całego zła systemu, który przekształcił mnie w maszynę do zabijania.
— Przy okazji prawie odstrzelił mi głowę — powiedział Keyes.
— To był szczęśliwy traf — zadrwił Jensen.
— Taa, miałeś szczęście, że spudłowałeś. W przeciwnym razie ja bym nie żył, a ty, jako mózg pływający w zbiorniku, wariowałbyś z powodu braku bodźców zewnętrznych. Posłuchaj, Perry, to zdarza się każdemu. Otrząśniesz się, kiedy zdasz sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nie jesteś nieludzkim potworem — po prostu próbujesz pojąć totalnie popieprzoną sytuację. Przez siedemdziesiąt pięć lat prowadziłeś życie, w którym najbardziej ekscytujące były momenty, w których szedłeś z kimś do łóżka. A zaraz potem znajdujesz się w sytuacji, w której próbujesz ustrzelić swoim Wuzetem jakąś kosmiczną ośmiornicę, zanim ona zabije ciebie. Chryste. Tak naprawdę to nie ufam właśnie tym, którzy tego nie przeżywają.
— Alan tego nie przeżył — powiedziałem. — A jest w wojsku tyle samo co ja.
— To prawda — powiedział Keyes. — Co powiesz na to, Rosenthal?
— Jestem kotłem kipiącym, pełnym oderwanej od swoich przyczyn wściekłości, poruczniku.
— Acha, tłumienie — powiedział Keyes. — Świetnie. Postaraj się nie strzelić do mnie, kiedy w końcu wybuchniesz, jeśli łaska.
— Nie mogę nic obiecać, sir — powiedział Alan.
— Wiecie, co mi pomogło? — powiedziała Aime Weber, jedna z dowódców oddziałów. — Zrobiłam sobie listę ziemskich rzeczy, za którymi tęsknię. To było trochę przygnębiające, ale z drugiej strony pozwoliło mi przypomnieć sobie rzeczy, z którymi wciąż coś mnie łączy. Jeśli za czymś tęsknisz, to wciąż coś cię z tym wiąże.
— Więc za czym tęskniłaś? — zapytałem.
— Za plenerowym przedstawieniem Szekspira, na przykład — powiedziała. — Ostatniego wieczoru na Ziemi widziałam doskonałą inscenizację „Makbeta”. Boże, to było świetne. A w tych okolicach nie widujemy raczej dobrych przedstawień teatralnych na żywo.
— Tęsknię za kruchymi ciasteczkami czekoladowymi mojej córki — powiedział Jensen.
— Można dostać kruche czekoladowe ciasteczka na „Modesto” — powiedział Keyes. — Cholernie dobre ciasteczka.
— Na pewno nie tak dobre, jak te zrobione przez moją córkę. Sekretem tego przepisu jest melasa.
— Robi mi się niedobrze — powiedział Keyes. — Nienawidzę melasy.
— Dobrze, że o tym nie wiedziałem, kiedy do ciebie strzelałem — powiedział Jensen. — Wtedy bym nie spudłował.