Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Dzienny Patrol

Электронная книга - «Dzienny Patrol». Краткое содержание книги:

Na odwieczną walkę Dobra i Zła, Ciemności i Światła patrzymy tym razem oczami pracowników Dziennego Patrolu. Codzienna patrolowa rutyna zostaje zakłócona nagłym wezwaniem do typowegom zdawałoby się, zadania – Jaśni wykryli i przechwycili kobietę zajmującą się magią i czarami bez licencji. Dzienny Patrol za wszelką cenę musi odbić nielicencjonowaną Ciemną. W czasie trudnej, wyczerpującej akcji wiedźma Alicja Dominikowa traci moc, a na regenerację utraconych sił trzeba wiele czasu. Ku ogromnemu zaskoczeniu Alicji były kochanek i jednocześnie szej Dziennego Patrolu w trosce o jak najszybszą rekonwalescencję wysyła ją do Arteku, obozu młodzieżowego, w którym może odzyskać utracone siły. W Arteku wypoczywa przystojny chłopak Igor, Alicja zaczyna się nim interesować i wkrótce wakacyjna przygoda przeradza się w miłość, uczucie dotąd jej nieznane. Igor nie wie, kim jest Alicja, ona zaś nie zdaje sobie sprawy, że Igor nie jest zwykłym śmiertelnikiem… Dramat, jaki rozegra się tego lata, to zaledwie jeden z elementów skomplikowanej układanki, pierwszy etap wielkiej rozgrywki o bardzo wysoka stawkę.
1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 93
Перейти на страницу:

– Aż za bardzo – warknąłem, oceniłem swoje siły i zdecydowałem, że gra jest warta świeczki.

W myślach sięgnąłem do niczego nie podejrzewającej czarodziejki, błyskawicznie zabrałem jej tyle Siły, ile tylko zdołałem, i wyciągnąłem jeszcze trochę z portalu.

I otworzyłem portal pod swoimi nogami, jednocześnie wychodząc ze Zmroku.

Gdybym stał na klapie studzienki kanalizacyjnej i klapa nagle by znikła, efekt byłby podobny. Po prostu się zapadłem.

Nie ryzykowałem czerpania Siły z Hesera, coś mi podpowiadało, że na razie nie warto się z nim ścierać. Mogłeś stworzyć kokon, do którego Heser nie mógł zajrzeć nieprzygotowany, mogłeś ściągnąć energię z czarodziejki, która miała zostać Wielką – to jednorazowe sztuczki. Ale otwarta konfrontacja z szefem Nocnego Patrolu – na to dla ciebie za wcześnie, Witaliju Rogoża, Inny, Ciemny.

Ciesz się, że udało ci się ujść cało.

Ucieszyłem się i spadłem w zaspę z wysokości kilku metrów. Wokół panowała niemal absolutna ciemność. Nad moją głową świecił księżyc. Wokół mnie był las.

Znajdowałem się na przesiece, prostej jak strzelił, niczym Prospekt Lenina w Nikołajewie, o szerokości piętnastu metrów. Z lewej strony ściana lasu, z prawej strony ściana lasu, nad srebrzystym pasem nietkniętego śniegu – księżyc. Prawie pełnia.

To było piękne aż do bólu – zalana światłem księżyca przesieka, noc, śnieg… mógłbym podziwiać ten widok bez końca.

Gdybym nie zaczął marznąć.

Wydostałem się z zaspy i rozejrzałem. Śnieg wydawał się nietknięty, ale gdzieś w oddali usłyszałem charakterystyczny stukot kół podmiejskiego pociągu.

Cholerny mag! Władca Ciemnych portali! Portal otworzyłem, ale o punkt docelowy już się nie zatroszczyłem. Oto rezultat – w samym sweterku w zimowym lesie.

Zły na siebie, wymacałem za pazuchą podłużny przedmiot w kokonie i poszedłem ku księżycowi, po dziwnym śnieżnym ugorze księżycowej przesieki.

Szybko zrozumiałem, że przechadzka po zaspach to wątpliwa przyjemność, i wszedłem do lasu, zakładając, że pod drzewami śniegu powinno być mniej.

Miałem rację w dwustu procentach. Po pierwsze, na brzegu lasu rzeczywiście nie było zasp, po drugie, znalazłem ścieżkę. W cieniu drzew po prostu jej nie dostrzegłem.

Któryś ze starożytnych powiedział, że drogi prowadzą do tych, którzy je budowali. Ale nie miałem innego wyjścia. Szedłem drogą, a wkrótce zacząłem biec, żeby się rozgrzać.

„Będę biegł, dopóki się nie zmęczę” – pomyślałem. – „Potem wejdę w Zmrok, żeby się ogrzać”.

Miałem nadzieję, że wystarczy mi sił zarówno na bieg, jak i na Zmrok.

Biegłem tak z piętnaście minut. Wiatru prawie nie było, nawet udało mi się odrobinę rozgrzać. Przesieka ciągnęła się bez końca, śnieg srebrzył się tajemniczo. Pomyślałem, że tędy powinien biec witeź w kurtce z futrem na wierzchu i zaczarowanym mieczem przy pasie. I wiernym, oswojonym wilkiem kilka kroków przed sobą…

Ledwie zdążyłem pomyśleć o wilku, gdy z lewej strony rozległo się szczekanie psa – wilk wydawałby inny dźwięk.

Przystanąłem i obejrzałem się. Pomiędzy drzewami migotało ciepłe, pomarańczowe światło, prócz szczekania psów usłyszałem również głosy ludzi.

Nie zastanawiałem się długo. Doszedłem do rozwidlającej się w stronę ogniska ścieżki i skręciłem.

Wyskoczyły na mnie dwa psy – biała, niemal niewidoczna na śniegu karelska łajka i czarny jak smoła, kudłaty nowofundlandczyk. Łajka szczekała dźwięcznie jak dzwoneczek, nowofundlandczyk szczekał głucho: „bauff, bauff”!

– Pietro! To ty? – dobiegło od ogniska.

– Nie – powiedziałem z żalem. – Nie jestem Pietro. Można się ogrzać?

Szczerze mówiąc, nie tyle chciałem się ogrzać, ile dowiedzieć, gdzie jestem. Żeby nie lecieć bez sensu przez las, lecz wyjść prosto na pociąg.

– Chodź tutaj, psów się nie bój, nie ruszą!

Psy rzeczywiście nie atakowały, łajka biegała w stałej odległości czterech metrów, zaś nowofundlandczyk podbiegł do moich nóg, obwąchał buty, prychnął i wrócił do ogniska.

Przy ognisku było kilkanaście osób. Na długim łańcuchu, przerzuconym przez grubą, poziomą gałąź sosny, wisiał kociołek, w którym coś obiecująco bulgotało. Ludzie siedzieli na bierwionach, prawie wszyscy trzymali metalowe kubki, ktoś właśnie otwierał kolejną butelkę wódki.

– Ożeż ty! – powiedział brodaty, przypominający geologa chłopak, gdy wyszedłem z ciemności. – W sweterku!

– Przepraszam – westchnąłem. – Miałem małe problemy.

– Siadaj. – Ktoś się przesunął, robiąc mi miejsce. Posadzili mnie niemal siłą i dali do ręki kubek z wódką.

– No!

Wolałem się nie sprzeciwiać. Wódka spaliła gardło, ale kilka sekund później już zapomniałem, że na dworze mamy zimę.

– Stiopa! Chyba miałeś jakąś kurtkę? – dyrygował dalej brodaty.

– Miałem – potwierdził ktoś z przeciwległego bierwiona i żwawo pomknął w bok. Pomiędzy drzewami czerniały rozbite namioty.

– A ja mam czapkę! – oznajmiła pulchna dziewczyna z warkoczykami jak uczennica. – Chwilę…

– Długo tak marzniesz? – zapytał brodaty.

– Nie. Ze dwadzieścia minut. Tylko błagam, nie pytajcie, jak się tu znalazłem.

– Nie będziemy – obiecał brodaty. – Pilaw zaraz będzie gotowy. Jesteśmy tu do jutra. Możesz przenocować, jakiś śpiwór się znajdzie. Jutro wracamy do Moskwy, chcesz, to wracaj z nami, nie chcesz – zostań.

– Dziękuję – powiedziałem. – Z przyjemnością wrócę.

– Właśnie świętujemy urodziny – wyjaśnił Stiopa, podchodząc z niebiesko – zieloną kurtką w ręku. – Trzymaj.

– Wielkie dzięki – powiedziałem szczerze, dziękując nie tyle za serdeczne przyjęcie i gościnność, ile za brak pytań.

Kurtka była ciepła. Cieplejsza niż mogłoby się wydawać.

– Czyje to urodziny? – zapytałem.

Jedna z dziewcząt przestała całować się z kolejnym brodaczem.

– Moje – oznajmiła. – Nazywam się Tamara.

– Wszystkiego najlepszego! – powiedziałem. Zabrzmiało to dość smętnie. Szczerze pożałowałem, że nie mam nic do podarowania, a głupio było dać sto dolców. Przypominałoby to moje hojne napiwki w hotelu, zmieniłaby się tylko waluta…

– Jak się nazywasz? – zapytał brodacz numer jeden. – Bo ja Mateusz.

– Witalij – uścisnąłem wyciągniętą dłoń. – Urodziny w zimowym lesie – pierwszy raz biorę udział w takiej uroczystości.

– Zawsze musi być ten pierwszy raz – zauważył filozoficznie Mateusz.

Psy znowu zaszczekały i pobiegły w ciemność.

– Może tym razem to już Pietro? – spytała jubilatka z nadzieją.

– Pietro, to ty? – wrzasnął Stiopa nieoczekiwanie dźwięcznym barytonem, zupełnie nie przypominającym głosu, którym normalnie rozmawiał.

– Ja! – dobiegło z lasu.

– Masz szampana? – krzyknęła Tamara.

– Mam! – oznajmił radośnie Pietro.

– Huraa! – wykrzyknęły chórem wszystkie obecne dziewczyny. – Hura, niech żyje Pietro, nasz zbawca!

Ukradkiem pomacałem kokon za pazuchą, najwidoczniej kryjący w sobie tajemniczy Pazur Fafnira. I pomyślałem, że do rana mogę się rozluźnić i zanurzyć w cudzym świecie. Ludzie przy ognisku nie zwracali na mnie szczególnej uwagi, po prostu dolewali mi do kubka wódki, a potem dali talerz z parującym pilawem. Zachowywali się tak, jakby co noc przyłączał się do ich kompanii na wpół rozebrany wędrowiec.

Szkoda, że wśród nich nie było żadnego Innego, choćby niezainicjowanego.

ROZDZIAŁ 4

1 ... 45 46 47 48 49 50 51 52 53 ... 93
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)