Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Mort [pl]
Mort [pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Mort [pl]

Электронная книга - «Mort [pl]». Краткое содержание книги:

Czasem nawet śmierć potrzebuje wakacji — a na Świecie Dysku, jedynej Płaskiej Ziemi we wszystkich wszechświatach, kościsty strażnik klepsydry życia uświadamia sobie, że tylko jedno może dać mu chwilę wytchnienia: terminator. Wybiera więc sobie Morta — chłopca gorliwie pragnącego zdobyć wiedzę, której stanowczo posiadać nie powinien.
Wprawdzie Mort szybko opanowuje tajniki przechodzenia przez ściany, jednak nauka obiektywizmu to całkiem inna sprawa. Zwłaszcza kiedy życie, po które został wysłany, należy do pięknej, młodej księżniczki. W związku ze zmianą biegu losu rzeczywistość chwieje się w posadach. A że Śmierć wyruszył w podróż, by poznać rozkosze śmiertelnych, to właśnie Mort, z pomocą niezbyt kompletnego maga imieniem Cutwell oraz adoptowanej i pełnej entuzjazmu córki Śmierci, musi naprawić przyszły tor historii — zanim Dysk się przekręci…
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 57
Перейти на страницу:

— Czyli to nie po króla tu przyjechałeś — przerwała mu głośno Ysabell. — W takim razie po kogo?

Mort spojrzał w czarny korytarz. Pozostanie otwarty do świtu, by dusza zmarłego władcy mogła opuścić ziemię. Tunel wydawał się głęboki i złowieszczy, sugerujący zastosowania o wiele bardziej posępne niż — powiedzmy — ostrzenie żyletek.

— Przekonajmy się — zaproponował.

* * *

— Uwaga! Wraca!

Ośmiu najstarszych magów Uniwersytetu ustawiło się w szeregu. W ostatniej chwili przygładzali jeszcze brody i bez większego skutku starali się wyglądać godnie. Nie było to łatwe. Oderwano ich od warsztatów, od poobiedniej brandy przed kominkiem czy cichej kontemplacji w wygodnym fotelu, z twarzą nakrytą chustką. Wszyscy byli nieco zalęknieni i oszołomieni. Co chwila zerkali na pusty postument.

Tylko jedna istota zdołałaby przybrać taki wyraz twarzy jak oni: gołąb, który usłyszał, że lord Nelson zszedł ze swojej kolumny, i że widziano go, jak kupował strzelbę kaliber dwanaście i paczkę naboi.

— Idzie korytarzem! — zawołał Rincewind i błyskawicznie skoczył za kolumnę.

Zebrani magowie wpatrywali się w ciężkie drzwi, jakby miały za chwilę eksplodować. Dowodzi to, że mieli zdolność przewidywania, ponieważ istotnie eksplodowały. Dębowe drzazgi posypały się na wszystkie strony, a niewysoka, chuda postać stanęła na tle jasnego kwadratu wejścia. W jednej ręce trzymała dymiącą laskę. W drugiej niedużą żółtą ropuchę.

— Rincewind! — huknął Albert.

— Tak, proszę pana?

— Zabierz to i wyrzuć gdzieś.

Ropucha przepełzła na dłoń Rincewinda i spojrzała na niego przepraszająco.

— To już ostatni raz jakiś nędzny oberżysta ośmielił się wykłócać z magiem — stwierdził z satysfakcją Albert. — Wystarczy odwrócić się na paręset lat i nagle ludziom w tym mieście wydaje się, że mogą bezkarnie pyskować magom. Co?

Jeden ze starszych magów wymamrotał coś niewyraźnie.

— O co chodzi? Mów głośniej, człowieku!

— Jako kwestor tej uczelni chciałbym zauważyć, że zawsze popieraliśmy utrzymywanie dobrosąsiedzkich stosunków z lokalną społecznością — wybełkotał mag, starając się unikać przypominającego świder wzroku Alberta. Miał na sumieniu wywrócony nocnik i trzy przypadki obscenicznych graffiti. Musiał brać to pod uwagę. Albert rozdziawił usta ze zdumienia.

— Dlaczego? — zapytał.

— No więc tego… poczucie obywatelskiego obowiązku i… uważamy, że jest niezwykle istotne, byśmy świecili przykłaaaaa!

Rozpaczliwie próbował ugasić płonącą brodę. Albert opuścił laskę i powoli przyjrzał się szeregowi. Magowie chwiali się pod jego wzrokiem niczym trawa w czasie wichury.

— Jest tu jeszcze ktoś, kto chciałby się wykazać poczuciem obywatelskiego obowiązku? — zapytał. — Może dobrosąsiedzkie stosunki? — Wyprostował się na pełną wysokość. — Wy glisty bez kręgosłupa! Nie po to założyłem ten uniwersytet, żebyście mogli pożyczać sąsiadom jakąś idiotyczną kosiarkę do trawy! Jaki jest sens posiadania mocy, skoro nie chce się z niej korzystać? Jeśli ktoś nie okazuje wam szacunku, wy nie zostawiacie z jego przeklętej gospody nawet tyle, żeby dało się przy tym upiec kasztany! Jasne?

Coś zbliżonego do cichego westchnienia uleciało z piersi zebranych magów. Wszyscy ze smutkiem spoglądali na ropuchę w ręku Rincewinda. Większość w latach młodości opanowała sztukę upijania się w sztok pod Bębnem. Oczywiście, wszystko to mieli już za sobą, jednak doroczny wykwintny bankiet Gildii Kupców miał się odbyć jutro pod Bębnem w saloniku na piętrze, a Magowie Ósmej Rangi otrzymali uprzejme zaproszenia. Miał być pieczony łabędź, dwa różne desery, a także liczne serdeczne toasty „Za zdrowie naszych szacownych, nie, wspaniałych gości”, póki nie przyjdzie pora, żeby woźni uniwersyteccy zjawili się z taczkami.

Albert spacerował wzdłuż szeregu i od czasu do czasu kłuł laską jakiś brzuch. Dusza tańczyła mu i śpiewała. Wracać? Nigdy! To jest władza, to jest życie! Wyzwie tego starego chudzielca i napluje mu w pusty oczodół.

— Na Dymiące Zwierciadło Grismu, widzę, że konieczne będą poważne zmiany!

Magowie, którzy studiowali historię, nerwowo kiwnęli głowami. Znowu wrócą czasy nagich kamiennych posadzek, wstawania przed świtem, alkoholu pod żadnym pozorem i uczenia się na pamięć prawdziwych imion wszystkiego, aż mózg zajęczy.

— Co on robi!

Na wpół skręcony papieros wypadł z drżących palców maga, który przed chwilą odruchowo sięgnął do kapciucha z tytoniem. Odbił się od podłogi i potoczył, a wszyscy w szeregu spoglądali tęsknie, póki Albert nie przydepnął go sprawnie nogą.

Starzec odwrócił się. Rincewind, który dreptał za nim jako ktoś w rodzaju nieoficjalnego adiutanta, niemal się z nim zderzył.

— Hej, ty! Rincewind! Czy ty palisz?

— Nie, proszę pana. Paskudny zwyczaj. — Rincewind unikał wzroku swoich przełożonych. Nagle zdał sobie sprawę, że zyskał kilku śmiertelnych nieprzyjaciół i wcale nie pocieszał go fakt, że prawdopodobnie nie będzie ich miał zbyt długo.

— Słusznie. Potrzymaj mi laskę. A co do was, bando żałosnych gamoni, ma się to skończyć. Zrozumiano? Jutro o świcie pobudka, trzy razy dookoła skweru i powrót na trochę gimnastyki! Zrównoważone posiłki! Studia! Ćwiczenia dla zdrowia! A ta przeklęta małpa idzie do cyrku, i to szybko!

— Uuk?

Kilku starszych magów zamknęło oczy.

— Ale przede wszystkim — dokończył Albert ściszając głos — będę zobowiązany, jeśli przygotujecie co trzeba do Rytuału AshkEnte. Muszę zakończyć pewne sprawy — dodał.

* * *

Mort szedł przez czarne jak kot korytarze piramidy. Ysabell starała się za nim nadążyć. Słaby poblask miecza oświetlał różne niemiłe obiekty. Offler, Bóg-Krokodyl, przypominał reklamę kosmetyków w porównaniu z niektórymi stworami, którym lud Tsortu oddawał cześć. W niszach po drodze stały posągi najwyraźniej poskładane ze wszystkich resztek pozostawionych przez Stwórcę.

— Po co je tu ustawili? — szepnęła Ysabell.

— Tsortiańscy kapłani twierdzą, że ożywają po zamknięciu piramidy i strzegą korytarzy, ochraniając ciało zmarłego króla przed rabusiami grobowców — wyjaśnił Mort.

— Okropny przesąd.

— A kto tu mówił o przesądach? — mruknął z roztargnieniem chłopak.

— Naprawdę ożywają?

— Wiem tylko, że kiedy Tsortianie rzucają na jakieś miejsce klątwę, robią to porządnie.

Mort skręcił za róg i na jedną przerażającą chwilę Ysabell straciła go z oczu. Pobiegła szybciej przez ciemność i wpadła prosto na niego. Oglądał ptaka o psiej głowie.

— Fuj — powiedziała. — Dreszcz człowieka przechodzi. Czujesz?

— Nie — odparł spokojnie Mort.

— Dlaczego nie?

PONIEWAŻ JESTEM MORTEM.

Odwrócił się i zobaczyła, że jego oczy lśnią jak dwa błękitne punkciki.

— Przestań!

JA… NIE MOGĘ.

Spróbowała się roześmiać. Nie udało się.

— Nie jesteś Śmiercią — przypomniała. — Wykonujesz tylko jego pracę.

ŚMIERCIĄ JEST TEN, KTO WYKONUJE PRACĘ ŚMIERCI.

Pełną zdumienia ciszę przerwał jęk z głębi ciemnego tunelu. Mort odwrócił się na pięcie i ruszył w tamtą stronę.

Ma rację, pomyślała Ysabell. Nawet to jak się porusza…

Ale strach przed ciemnością, jaką ściągało do niej światło, przezwyciężył wszelkie opory. Poszła ostrożnie za Mortem, skręciła i znalazła się w czymś, co w bladym lśnieniu miecza wyglądało jak skrzyżowanie skarbca z bardzo zagraconym strychem.

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 57
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)