Śmierć Magów z Yara
- Автор: Dębski Eugeniusz
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Śmierć Magów z Yara». Краткое содержание книги:
Na tylnej części okładki książki napisane jest, że to baśń. I rzeczywiście, narracja jest typowa dla tego rodzaju opowieści. Występują więc w niej liczne, jak najbardziej celowe uproszczenia, chociażby takie, że praktycznie ani jedna kobieta nie pojawia się w powieści, postaci charakteryzują się stalową psychiką i nadludzką wręcz wiarą we własne, mizerne w końcu siły. Bohater niewiele też musi się natrudzić, wypełniając misję, której się podjął. Większość wyzwań i niebezpieczeństw pokonują za niego towarzysze, zwierzęta, przedmioty czy nadludzkie siły. Na swej drodze spotyka on niemal równie wielu przyjaciół, co wrogów. Zawsze umie znaleźć rozwiązanie sytuacji lub kogoś, kto będzie je znał.
Sama fabuła jest dość typowa, mamy królewicza o czystym i odważnym sercu, pradawne zło, które opanowało całą krainę oraz ułomek magicznego miecza, jedynego oręża zdolnego pokonać tytułowych magów. Bohater, książę Malcon, jest wybrańcem, wręcz pionkiem w rękach losu i wyższych sił, które chyba naznaczyły go na długo nim się urodził. Dowiedziawszy się, że oto właśnie zostanie królem i jest ostatnim człowiekiem, który może zniszczyć zło w przeklętej krainie Yara, wyrusza bez zastanowienia w straceńczą misję. Bierze ze sobą bojową wilczycę, wiernego rumaka i miecz Gaed. Mimo wielu niespodzianek i przeciwności, od samego początku wiadomo, jaki będzie finał tej przygody.
Wrażenia po przeczytaniu z pewnością będą zależeć od nastawienia, upodobań i… wieku. Niżej podpisany uważa, że Śmierć Magów z Yara jest adresowana do młodszych czytelników, a także do osób lubiących baśniowe klimaty. Ktokolwiek szuka mocnej, męskiej akcji o nieoczekiwanych zwrotach, drobiazgowej narracji, wciągających dialogów czy przewrotnego zakończenia, niech sobie tą pozycją nie zawraca głowy, bo się zawiedzie i tylko może, niesłusznie przecież, nisko ocenić prozę Dębskiego. Dobrze jest wiedzieć, jaka to powieść, zanim się ją zacznie czytać, by się później nie zdziwić jej formą i treścią, które trochę mogą budzić skojarzenia z Gwiezdnym pyłem Gaimana. Czy to porównanie zachęcające, czy wręcz przeciwnie, każdy musi już odpowiedzieć sobie sam.
Dodatkowym smaczkiem jest umieszczony na końcu Podarunek Nailishii, krótkie opowiadanie opisujące, jak król Cergolus otrzymał niegdyś Gaeda i skąd się wziął półboski byt, który pomaga Malconowi w walce z magami.
– Zatłukłem likaorga – powiedział jakby do siebie. – Prawie zatłukłem – uzupełnił widząc otwarte usta Hoka. – Gdybyście się nie wtrącili…
– To Ziga – prawie krzyknął Hok. – Myśmy go tylko łaskotali swoimi mieczykami – prychnął głośno. – Równie dobrze moglibyśmy kopniakami próbować wywrócić Greez.
Malcon pochylił się do Zigi, przy okazji kryjąc twarz przed przyjaciółmi, wczepił się palcami w futro na jej łbie i kilka razy szarpnął.
– Odkryła słabe miejsce tej gadziny, wiesz? – Hok tańczył obok Malcona i wilczycy. – Ona jest mądrzejsza od połowy znanych mi ludzi. Jak wyjdziemy stąd, dasz mi jednego szczeniaka, dobrze? Dobrze? – szarpnął Malcona za ramię.
– Nawet dwa, tylko niech się dowiem, jak go zwyciężyła.
– Na szczycie górki, w którą wlazłeś, znajduje się prawie niczym nie chroniona głowa. Ziga wdrapała się na likaorga i rozszarpała mu mózg. Zwalił się jak prawdziwa skała, a my tylko musieliśmy wyrąbać w jego brzuchu dziurę, przez którą cię wyjęliśmy. Dobrze się czujesz.
– Tak. Bardzo dobrze – zerknął na opatrunki na nogach, widoczne przez poszarpane nogawki.
Hok odwrócił się do podchodzącego Pashuta i rozłożył szeroko ramiona.
– Dlaczego on tak kłamie? – zapytał przesadnie poważnie. – A może zwariował?
Pashut uśmiechnął się lekko i mrugnął okiem do Malcona.
– Przecież… ciągnął Hok -… człowiek, który tak potwornie cuchnie i nie czuje tego, jest albo chory, albo kłamie. Nie powiesz, że nie czujesz smrodu?
– Nie czuję – zaprzeczył Malcon.
– Nie wierzę ci, ale to nie ważne. Tak czy siak będziemy musieli szybko stamtąd odjechać i znaleźć jakąś wodę, bo inaczej…
– A co z likaorgiem?
– Csyk. – cmoknął Pashut. – Jeśli chcesz sobie go wziąć na pamiątkę, to musimy trochę zawrócić, ale nie wiem czy coś z niego zostało – nie wyobrażasz sobie jaka chmara tych białych szczurów siedziała w jego wnętrzu. Walczą teraz ze ścierwiakami.
– Trochę sobie wyobrażam – Malcon wzdrygnął się lekko. – A… A Hombet?
Odpowiedziała mu cisza. Przełknął twardą kulę napęczniałą w gardle. Odszedł na bok, trzymając rękę na łbie wilczycy. Słyszał za plecami krzątaninę i ciche rozmowy, a gdy wszystko umilkło podniósł oczy i zerknął w niebo, westchnął głęboko i wypuszczając powietrze odwrócił się do towarzyszy. Ruszył do nich wołając z odległości kilku kroków:
– Kto mnie weźmie do siebie?
Usłyszał głośny śmiech, pierwszy śmiech w Yara. Śmiali się wszyscy, nawet Fineagon zmarszczył twarz.
– Nikt z tobą nie wytrzyma – prychnął Hok. – Musisz jechać sam i nawet sądzę, że nikt nie będzie się z tobą sprzeczał o konia. Możesz wybierać.
Malcon wykrzywił twarz i sięgnął do wodzy pierwszego z brzegu wierzchowca z mezarowej stajni. Wskoczył na siodło i nie oglądając się na nikogo, ruszył pierwszy. Po chwili dogonił go Hok i już poważny sięgnął do łuku. W ciągu dnia popasali dwukrotnie, na nocleg zatrzymali się, gdy tylko słońce usiadło dolnym brzegiem na ostrzu jednego z grzbietów. Droga rozszerzała się nieznacznie i na nieco dłuższym odcinku była prosta. Postanowili nie szukać lepszego miejsca na nocleg, po rozstawieniu wart zapadli w sen. A rano zobaczyli skałę.
Wyrastała niespodziewanie z lewej strony drogi. Była co najmniej dwukrotnie wyższa od otaczających ją ze wszystkich stron małych górek, przypominała nieco Greez, bo była tak samo równa, bez występów, jakby ociosana gigantycznym dłutem albo wbita w ziemię Yara jednym mocnym ruchem. Różniła się od skały Mezara tym, że wiodły na jej szczyt dwie spiralne ścieżki przecinające się kilkakrotnie na jej obwodzie. Wierzchołek widziany z dołu wydawał się płaski, jakby ścięto go jednym potężnym uderzeniem. Kawalkada koni i jeźdźców w milczeniu kierowała spojrzenia na kamienny pal. Pierwszy nie wytrzymał Hok.
– Kusi, żeby wejść – podrapał się po brodzie.
– Zanadto rzuca się w oczy, rzeczywiście nęci, ale to może być pułapka.
– Egch! – Hok lekceważąco machnął ręką. – To by było zbyt proste. Ja idę. Przynajmniej zobaczymy, ile jeszcze mamy drogi przez te pagóry. Dobrze?
– Pójdziemy razem – Malcon zeskoczył z konia i puścił wolno wodze. – Pashut, wystaw straże z obydwu stron. Pójdziemy tylko my dwaj, różnymi ścieżkami. Idziemy -pierwszy ruszył na zbocze najbliższego pagórka odgradzającego ich od dziwnej skały, a gdy znaleźli się u jej stóp, dodał: Na każdym skrzyżowaniu czekamy na siebie, pod żadnym pozorem nie wolno samemu iść w górę nie wyjaśniwszy przedtem, co się stało drugiemu.
Nie czekając na Hoka, który tylko krótko skinął głową, ruszył w lewo, gdzie zaczynała się jedna z dróżek. Hok szybko poszedł w prawo i zniknąwszy Malconowi z oczu, wszedł na łagodnie zaczynającą się drogę. Przyklejona do pionowej ściany była wystarczająco szeroka, by dwie osoby szły jednocześnie do góry. Hok odsunął się ku brzegowi ścieżki, chcą mieć jak największe pole widzenia i przygotowywał łuk do strzału. Nagle opuścił go dobry humor, poczuł się samotny, zerknął w dół i splunął, po czym, pogwizdując, szybko poszedł w górę. Gdy dotarł do pierwszego skrzyżowania ścieżek, poczekał chwilę na Malcona, ciągle gwiżdżąc. Dorn mrugnął do Hoka i zatrzymał się na chwilę.
– To dobry pomysł – powiedział. – Będziemy gwizdać cały czas, aby przypadkiem nie strzelić do siebie.
Również trzymał w ręku gotowy do strzału łuk, wyminął Hoka i wszedł na swoją ścieżkę. Mijali się tak kilkakrotnie, nie spotykając nikogo po drodze. Skała była gładka bez żadnych znaków, nieliczne szczeliny i pęknięcia powstały dawno i porośnięte były drobnymi roślinkami. I Malcon, i Hok w miarę wzrostu wysokości, odsuwali się od brzegu i szli wolniej, prawie jednocześnie dotarli na szczyt skały. Hok, który o kilka kroków wyprzedził Malcona, poczekał chwilę, usłyszawszy gwizd przyjaciela zrobił kilka ostatnich kroków i wyszedł na płaską platformę, która wieńczyła skałę. Stanęli obok siebie, w opuszczonych rękach trzymali niepotrzebne łuki, a przed ich oczami leżała spora część Yara. Prawie jednocześnie zauważyli najważniejszy jej fragment, w tej samej chwili wyciągnęli przed siebie dłonie, pokazując Mleczny Pierścień.
Był oddalony o niecały dzień drogi. Wypełniał olbrzymią nieckę, jej brzeg docierał do pasa wzgórz, przez które właśnie jechali. Olbrzymie koło z jasnej, prawie białej mgły otaczało jeszcze jaśniejszą, ostrym blaskiem kłująca nawet z tej odległości w oczy, białą kulę. Gdy przyjrzeli się pierścieniowi i kuli zrozumieli, że i jedno, i drugie zawieszone jest w powietrzu, ale nie mogli określić wysokości.
W różne strony od pierścienia i kuli rozchodziły się trzy prawie proste linie. Tworzyły je drzewa, trzy aleje drzew. Wydawało się, że specjalnie posadzono je w takich pojedynczych szeregach. Rzucało się to w oczy. Hok zmarszczył brwi i myślał chwilę. Potem jego ręka dotknęła ramienia Malcona.
– Te drzewa… Widzisz? Dlaczego one rosną tak równo? Teraz wydaje mi się, że wcześniej również jechaliśmy przez podobne szpalery, nie?
Malcon mruknął coś i podszedł bliżej krawędzi, przykucnął i długą chwilę wpatrywał się w Mleczny Pierścień. Potem obszedł dookoła całą platformę przyglądając się uważnie górom, przez które już przejechali, wskazał Hokowi stada jakichś ptaków krążących nad jednym miejscem i zobaczył porozumiewawczy uśmiech na twarzy przyjaciela, wrócił do miejsca skąd najlepiej było widać tajemniczą białą kulę i opasujący ją pierścień. Przyglądał się jej tak długo, że znudzony Hok usiadł, a potem w końcu położył się na plecach i przymknął oczy, zapadł nawet w krótką drzemkę i dopiero, gdy Malcon trącił czubkiem buta jego kostkę, poderwał się i usiadł przecierając oczy.
– Co? Wracamy?
Malcon popatrzył ponad jego ramieniem w kierunku niecki z kulą i skinął głową. Poczekał, aż Hok wstanie i razem ruszyli w dół. Milczał podczas zejścia, nie odezwał się słowem, dopóki nie doszli do oczekującej ich reszty wyprawy. Zaciekawiony Pashut wyszedł na ich spotkanie i stanął na jego drodze. Malcon, po raz pierwszy od długiej chwili, otworzył usta.
– Widzieliśmy legowisko Zacamela! – powiedział i chociaż Hok z tyłu chrząknął powątpiewająco, klepnął Pashuta w ramię i powiedział: – Pojedziemy tam. Jesteśmy już blisko – wskoczył na siodło i ruszył galopem.
Droga zupełnie niespodziewanie, zamiast zawinąć się w kolejnym zakręcie, wyskakiwała z gór i równie niespodziewanie kończyła się. Szpaler drzew i wiodąca wzdłuż Pasa ubitej ziemi ledwie widoczna droga dochodziły do brzegu olbrzymiej niecki z pierścieniem. Dalej najbystrzejsze oko nie znalazłoby śladu kopyt czy stóp. Oddział Malcona stał na brzegu niecki, usiłując wypatrzeć jakikolwiek ślad na jej dnie. Hok pierwszy oderwał się od tego zajęcia i, zostawiwszy Lita, pieszo odszedł spory kawałek, uważnie przyglądając się niecce, pierścieniowi i górom za sobą.
Niecka była bardzo duża, wprawdzie nie widzieli jej przeciwległego brzegu, ponieważ gruby, wysoki jak wieża warowni pierścień wystawał z niej na kilka pięter i przesłaniał widok, ale Hok i Malcon pamiętali jej obraz ze skały; musiała być kilka razy większa od bajora Lippysa i – o ile dobrze zauważyli – dno jej było równe, płaskie, nie obniżało się ku środkowi, nad którym wisiała niewidoczna teraz kula. O tym, że tam wciąż jest, wiedzieli, bo pierścień był wyraźnie jaśniejszy w środku, skądkolwiek by się nie patrzyło – światło kuli przebijało przez grubą warstwę mlecznej mgły. Sam pierścień wisiał nieruchomo, ale gdy długo wpatrywali się w jedno miejsce, dawało się zauważyć delikatne poruszenie na jego powierzchni, jakby wierzchnia warstwa nieustannie się przesuwała albo ślizgała. Hok oddalił się tak daleko, że pierścień zaczął przesłaniać mu widok na stojących najbliżej brzegu niecki ludzi. Zatrzymał się i rozejrzawszy jeszcze raz dokoła, zawrócił. Zauważył, że Pashut przywołuje go gestami, więc przyspieszył zaintrygowany.