Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Żebracy na koniach [Beggars Ride] 852K (книга удалена из библиотеки)
Żebracy na koniach [Beggars Ride] 852K (книга удалена из библиотеки) - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Żebracy na koniach [Beggars Ride] 852K (книга удалена из библиотеки)

Электронная книга - «Żebracy na koniach [Beggars Ride] 852K (книга удалена из библиотеки)». Краткое содержание книги:

Nancy Kress, jedna z czołowych współczesnych pisarek science fiction, stworzyła jak dotąd cały szereg prowokujących i nagradzanych opowiadań oraz powieści. Na wyżyny sukcesu wspięła się dzięki trylogii Żebracy. Pierwsza jej część, nagrodzona Hugo i Nebulą to Hiszpańscy żebracy. Ich kontynuacją jest książka Żebracy nie mają wyboru. Obie części przyjęto z entuzjazmem i obsypywano pochwałami. Locus pisał: „…radość czytania dzieła SF, które emanuje oryginalnością”. A także: „Znakomitym osiągnięciem Kress jest to, że postęp naukowy i ludzki idealizm, które są od zawsze siłą napędową najlepszych dzieł SF, pozostają w ścisłym związku z pełnym namiętności bałaganem, jakim jest życie…” Trylogię kończy powieść Żebracy na koniach. Autorka zajmuje się w niej problemami sił napędowych ewolucji, inżynierią genetyczną, konfliktami społecznymi i klasowymi oraz przedstawia nam problemy, z którymi ludzkość będzie borykać się w tym i w przyszłym stuleciu.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 102
Перейти на страницу:

„Rozprowadziłem w swoim okręgu najróżniejsze ‘dobra’ — oznajmił mu Serrano. — Od kiedy to nie da się kupić Amatora?” Jackson tylko pokiwał głową. Czy i sam tak nie uważał, dopóki w jego życie nie wdarła się Lizzie Francy?

Wybory te jednak nie były wcale kosmicznym żartem dla Cazie. Ażeby uniknąć wszelkiej z nią styczności, Jackson wyprowadził się tymczasowo z mieszkania i zameldował się pod przybranym nazwiskiem w hotelu w enklawie Pittsburga. Nie w luksusowym hotelu, tylko w takim, który służył głównie technicznym, tej zmarginalizowanej grupie Wołów, rodziców, których stać było tylko na niektóre genomodyfikacje, głównie w zakresie wyglądu. Techniczni sami zarabiali na swoje utrzymanie, ale nigdy niczym nie zarządzali. Jackson poruszał się między nimi cicho. Rozmawiał jedynie z Theresą — bo tylko ona miała jego aktualny adres — codziennie i, jak miał nadzieję, przez należycie strzeżoną linię. Fakt, że Cazie nie może go znaleźć, sprawiał Jacksonowi dość szczególną satysfakcję, niemal równie dużą, co świadomość, że go szuka.

Powrót do plemienia Lizzie zajął mu całe trzy godziny. Promienie późnopopołudniowego słońca przeświecały ukosem znad wierzchołków gór, ciemnozielonych od porastających je sosen i gdzieniegdzie białych od pozostałości śnieżnych zasp. Inne „drużyny sprawdzania głosujących” też pewnie przedzierały się już z powrotem, odbywszy długą męczącą wędrówkę, aby sprawdzić lojalność pozostałych plemion.

No więc: po co on się w to wszystko wplątał? Bo nie podobało się Cazie? To niewystarczający powód, i to znacznie.

Bo miał po uszy swojego dotychczasowego życia, swojej klasy społecznej, swoich bezsensownych codziennych zajęć? To też niewystarczający powód.

Bo w całym kraju codziennie umierały pozbawione strzykawek niemowlęta? Te wybory nie pomogą cierpiącym dzieciom. Nawet jeśli Amatorzy wygrają każde cholerne wybory w tym kraju i w ciągu następnych sześciu lat obsadzą wszystkie stanowiska rządowe od prezydenta do strażnika leśnego — nie genomodyfikowany, politykierski desant we własnych, zastraszonych stolicach — nie stworzą dzięki temu ani jednej strzykawki więcej. To potrafi tylko Miranda Sharifi i jej Superbezsenni. A oni już nie chcą. Nie odpowiadają nawet na wysyłane do Selene przekazy, ukryci w swoim mieście-pustelni pod powierzchnią Księżyca.

Jackson zatrzymał się w cieniu rozłożystej, pachnącej sosny, otarł pot z czoła i zebrał się w sobie, by wkroczyć w halucynogenno-holograficzną rzeczywistość „sztabu wyborczego”.

Zaczęło się już pół kilometra przed obozem, od samego kandydata.

— Kim ty, do cholery, jesteś? — rzuciła gniewnie dziewczyna. Podniosła głowę znad twarzy Shockeya, który rycersko wybrał dolną pozycję, oddzielony od warstwy błota tylko jaskrawopomarańczowym kocem. Dziewczyna, naga od pasa aż do bardzo drogich butów, siedziała na nim okrakiem. Nie ruszyła się z miejsca, kiedy Jackson potknął się o niewielki wykrot między drzewami i wpadł w ich ledwie zakrytą dolinkę.

Jackson spuścił oczy — nie żeby na nią nie patrzeć, wręcz przeciwnie. Już gdzieś ją widział. Miała może z siedemnaście lat, zielone genomodyfikowane oczy i długie czarne włosy. Młoda Wołówka na wycieczce w slumsach. Jackson ma uchodzić za Amatora: jak w takiej sytuacji zareagowałby Amator? Jackson przestąpił z nogi na nogę, jakby czuł się zażenowany, i nie odrywał wzroku od jej butów. Sięgały jej do łydek, skórzane, włoskie, z pewnością nanopowlekane, żeby nie skonsumowała ich skóra stóp, do tego oblepione teraz błotem. Powyżej nienaganne uda pokryte gęsią skórką. Marcowe powietrze przenikało chłodem.

— Reporter? — rzuciła chytrze.

Widać, że nie genomodyfikowana pod względem inteligencji.

— Jaki ja tam reporter — wymamrotał Jackson.

Shockey natomiast go rozpoznał. Przyciągnął dziewczynę z powrotem do siebie.

— To tylko jeden z tych gapiów, Alexandro. Chodź, pogap się lepiej na mnie.

— W tej pozycji? — zachichotała, ale zaraz go pocałowała. Shockey nie zamknął oczu, tylko patrzył gniewnie na Jacksona: „Zabieraj się”.

Zabrał się więc, zastanawiając się w duchu, czy Alexandra jest amatorką przygód, polityczną przynętą, profesjonalną łapówką, czy próbą wywołania skandalu. Jackson nie dojrzał dookoła żadnych robokamer. Ale mimo wszystko… Czy Vicki nie ostrzegła Shockeya? Niektórzy członkowie jego elektoratu nie byliby zachwyceni, widząc swego amatorskiego kandydata, antidotum na wołowską korupcję, tarzającego się w zmysłowym błotku z Wołówką taką jak Alexandra.

Jackson obrócił się, przyłożył dłonie do ust i wrzasnął:

— Ej, ty, Shockey! Będziecie mieć towarzystwo! Idzie Sharon z dzieckiem! — Może to coś pomoże.

W samym obozie kręciło się tylko dwóch reporterów. Jeden przeprowadzał wywiad ze Scottem Morrisonem, kumplem Shockeya.

— Mamy zamiar wygrać te tu wybory! A w przyszłym roku zgarniemy też cholerną prezydenturę!

— Widzę, że ma pan na szyi złoty łańcuszek — rzucił reporter. — Czy to może podarunek od ruchu obywatelskiego poparcia dla Serrano?

— To spadek — oświadczył z powagą Morrison. — Po mojej prababci. Była płaskoekranową aktorką.

— A ten skuter obok pana? — Robokamera zafurkotała, reporterowi nawet nie chciało się już kryć szyderczego tonu.

— Też został mi po prababci.

Co się dzieje z Vicki?

Przed okrytym plastikiem poletkiem żywieniowym tłoczyła się ponuro grupka Amatorów, których Jackson widział pierwszy raz w życiu. Brudni, noszący na sobie ślady długiej podróży. Do plemienia przybywało w tygodniu kilka takich grup. Niektórzy wykazywali ostrożne zainteresowanie. Inni — pogardę dla Amatorów, którzy chcą się paprać polityczną robotą dla Wołów. Niektórzy usłyszeli o skuterach, klejnotach i winie od „nie związanych z kandydatem grup obywatelskich na rzecz Serrano”. Już ukradziono jeden skuter. Członkowie poszczególnych plemion trzymali się blisko siebie i właśnie dlatego wszyscy stali teraz w zasięgu kamery filmującej poletko żywieniowe. Z wyjątkiem, rzecz jasna, samego kandydata, który głębiej w lesie korzystał właśnie z uroków sławy.

Gdzie, do cholery, podziewa się Vicki?

Z budynku wypadła Annie z Dirkiem w ramionach. Dostrzegła Jacksona, nastroszyła się dziko, ale zaraz przypomniała sobie, że ma go nie znać. Natychmiast z pogardą odwróciła wzrok jak grymaśna księżna na widok zdechłej ryby. Jej wzrok wylądował na kolejnej grupce włóczących się tu wołowskich nastolatków, wyszydzających wszystko z bezpiecznego wnętrza bajeranckiego helikoptera. Dwóch miało przy sobie inhalatory. Przeprowadzał z nimi wywiad drugi reporter, a Jackson na szczęście nie mógł dosłyszeć tej rozmowy.

Wtem tuż obok wylądował drugi helikopter, z którego wyskoczyła Cazie z nowym głównym inżynierem TenTechu.

Jackson odwrócił się do nich plecami. Stanowczym krokiem ruszył w stronę budynku i po chwili zniknął w jego wnętrzu.

Co ona tutaj robi? Od czasu tamtego spotkania w sprawie TenTechu, z którego zrozumiał co najwyżej połowę, kazał swemu osobistemu systemowi, Caroline, przeprowadzić małe śledztwo. TenTech miał bardzo zróżnicowanych udziałowców, ale większości Caroline nie udało się wyśledzić w rozmaitych bankach danych, mimo że Jackson posiadał kody dostępu. Jackson nigdy nie zwracał zbyt wiele uwagi na sprawy TenTechu. Dopóki żył jego ojciec, on się tym zajmował, potem kiedy Jackson studiował, firmą zarządzał adwokat ojca. Kiedy ożenił się z Cazie, zaczęła stopniowo przejmować kierowanie firmą, a on z radością jej na to pozwolił. Gdzie lądują pieniądze TenTechu i dlaczego tak mocno wpływa nań to, co się dzieje w Pensylwanii, skoro główna siedziba firmy mieści się w Nowym Jorku? Jackson wynajął — bez powiadamiania Cazie — niezależnego księgowego, który jeszcze nie złożył mu raportu ze swej kontroli. Być może Cazie wykryła już jego działalność.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 102
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)