Ziemia słonych skał
- Автор: Сат-Ок
- Год: 1958
- Язык: польский
- Год: Czytelnik
- Жанр: Приключения про индейцев
Электронная книга - «Ziemia słonych skał». Краткое содержание книги:
Teraz mogliśmy ominąć głaz. Tanto ruszył przodem.
Ja jeszcze na chwilę musiałem się zatrzymać, by poprawić obluzowane karpie. Tanto znikł za głazem i wtedy usłyszałem jego wołanie: — Sat-okh! Sat-okh!
Zamarłem w bezruchu. Ale nie z przerażenia czy słabości. Po prostu po głosie brata, po dźwięczącej w nim niezmiernej radości zrozumiałem, że Tanto stoi już na przełęczy, że przed jego oczami otwiera się obraz wolnego świata, szeroki jak puszcza, srebrny od pokrytych lodem jezior i rzek, rozjaśniony białym blaskiem śniegu niby uśmiechem młodej dziewczyny.
— Nigdy nie słyszałem piękniejszej pieśni niż głos Tanto owego dnia, na przełęczy pod Skałą Orłów.
Po chwili stałem już obok niego.
Wokół nas szalał wiatr. Przed nami zaś łagodne, śnieżne zbocze opadało ku Kanionowi Milczących Skał. Za następnym zaś niewysokim, kopiastym łańcuchem zalesionych wzgórz widzieliśmy puszczę, naszą puszczę, ojczyznę wolnych ludzi. Naszą ojczyznę.
Dzięki ci, ojcze Owases!
Czy opowiadać wam o dwu następnych dniach drogi do Niedźwiedziego Jeziora?
Kiedy dziś usiłuję ją sobie przypomnieć, niewiele właściwie poza uczuciem ogromnej radości potrafię wywołać z pamięci. Mieliśmy wprawdzie za sobą dopiero część wielkiego zadania. Musieliśmy dbać o to, by nie wpaść w ręce białych, by zgubić swe ślady, a przynajmniej ukryć ich właściwy kierunek.
A poza tym: jak przyjmie nas Handlarz? Czy pomoże? Czy nie ulęknie się ludzi Wap-nap-ao i zemsty białych władców? My zaś — czy zdołamy powrócić do Doliny Słonych Skał z ratunkiem? Czy w powrotnej drodze złe duchy przełęczy nie zemszczą się tym okrutniej za pierwsze nad nimi zwycięstwo?
Wszystko to prawda. Podobne myśli przebiegały nam przez głowę. I dziś już dobrze pojmuję, że przejście przełęczy było zaledwie początkiem, pierwszym zwycięstwem w długiej i niebezpiecznej walce. Ale wtedy? Wtedy wydawało się nam, że zrobiliśmy, co było można. Uwierzyliśmy w opiekę Owasesa — w to, że jego opiekuńczy duch towarzyszyć nam będzie we wszystkich najcięższych poczynaniach. Byliśmy pewni, że jeśli udało się nam przekroczyć ów kamienny próg pod Skałą Orłów, to wszystko inne będzie już łatwe, jak łowy na młodego niedźwiadka. I właśnie dlatego, poza owym szczęśliwym poczuciem towarzyszącego nam zwycięstwa, niewiele z drogi do Niedźwiedziego Jeziora zdołałem spamiętać.
Trwała ona dwa dni. Spaliśmy i odpoczywaliśmy tylko raz, i to bardzo niedługo. Ostatni dzień i noc szliśmy wśród śnieżycy. Tego dnia Tanto zabił nożem wściekłego wilka-samotnika. Mnie udało się pod wieczór ustrzelić dwa tłuste króliki.
Pierwszej nocy drzewo, na którym spaliśmy, okrążyły wilki, ale na szczęście posłyszały w północnej stronie inny łowiecki zew i pognały za nim. Drugiej nocy podczas śnieżnej zawiei zgubiliśmy drogę i do świtu błądziliśmy wśród puszczy, daremnie szukając koryta małej rzeczki spływającej do Niedźwiedziego Jeziora. Odnaleźliśmy je dopiero o świcie.
I wreszcie pod wieczór trzeciego dnia stanęliśmy na północnym skraju jeziora. W szybkim, zimowym mroku rozbłysło na przeciwległym jego brzegu drobne czerwonawe światełko.
Tanto kazał mi czekać na siebie. Musiał sprawdzić, czy Handlarz jest sam — czy nie ma u niego ludzi Wap-nap-ao.
Gdy wrócił, była już noc. Ja zaś, czekając nań, po prostu usnąłem. I chyba spałem idąc do domu Handlarza, spałem witając go, spałem jedząc pierwszy od czterech dni gorący posiłek. Nic bowiem z tego Wszystkiego nie pamiętam. Nic poza drobno prószącym śniegiem i nocną ciemnością, z której mruga do mnie drobne czerwonawe światło — jak blask gwiazdy, którą Key-wey-keen strącił na ziemię.