Ziemia skuta lodem [The Icebound Land - pl]
- Автор: Flanagan John
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Jaguar
- ISBN: 978-83-60010-92-1
- Переводчик: Stanislaw Kroszczynski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ziemia skuta lodem [The Icebound Land - pl]». Краткое содержание книги:
Halt poprzysiągł ocalić Willa i uczyni wszystko, by dotrzymać obietnicy — nawet jeśli przyjdzie mu okazać niesubordynację i złamać rozkazy króla. W korpusie zwiadowców nie ma jednak miejsca dla tych, którzy kierują się własnym interesem! Pozbawiony wsparcia, odrzucony przez towarzyszy, Halt wyrusza na niebezpieczną wyprawę do odległej, skutej lodem Skandii. Towarzyszy mu najlepszy przyjaciel Willa — Horacy, którego niezwykłe szermiercze zdolności mogą się bardzo przydać na dzikich i nieprzystępnych terenach, przez które przyjdzie im podróżować. Ale budzące zachwyt i grozę umiejętności młodego rycerza ściągają na mężczyzn uwagę okolicznych lordów… Czas biegnie nieubłaganie. Czy Halt i Horace ocalą Willa od losu niewolnika?
Pierwsze krople deszczu zabębniły o kamienną posadzkę tarasu. Horace spojrzał w górę i nieco zaskoczony, zdał sobie sprawę, że chmury, które zaledwie kilka minut temu były jeszcze odległe, zawisły teraz tuż nad jego głową.
— Sprawdzianu? — powtórzył. Halt skrzywił się niechętnie.
— Chciał się przekonać, co zrobię w takiej sytuacji. Albo raczej, co mogę zrobić.
— Ty zaś nie zrobiłeś nic — stwierdził Horace i od razu pożałował pochopnej wypowiedzi. Halt jednak nie obraził się. Popatrzył chłopcu w oczy, ale nie rzekł ani słowa. Horace spuścił wzrok i mruknął:
— Wybacz, Halt.
Halt skinął głową na znak, że przyjmuje jego przeprosiny.
— Widzisz, Horace, niewiele mogłem zrobić — wyjaśnił. — A najgorsze, że nadal nie mogę, dopóki Deparnieux pozostaje czujny i ma się na baczności. Nie jest to czas, by podejmować działania, bowiem to on w tej chwili dysponuje wszystkimi atutami. Mało tego — dodał — obawiam się, że wkrótce czeka nas więcej takich sprawdzianów.
Horace zaniepokoił się.
— Co masz na myśli? Lub raczej — jak sądzisz, co on zamierza?
— Tego nie mogę wiedzieć — stwierdził Halt. — Ale jestem przekonany, że czeka nas jeszcze więcej przykrych niespodzianek ze strony naszego rycerskiego przyjaciela. Będzie mnie prowokować, by zobaczyć, jak się wówczas zachowam — skrzywił się znów. — Rzecz w tym, że jeśli nie będę reagował, z czasem przestanie na mnie zważać, przestanie się więc mnie strzec.
— I tego właśnie chcesz? — spytał Horace, który wreszcie zaczął rozumieć. Halt ponuro skinął głową.
— Owszem, właśnie tego — stwierdził. Spojrzał na czarne chmury. — A teraz chodź do środka, bo w przeciwnym razie całkiem przemokniesz.
Deszcz lunął i padał przez następną godzinę, a towarzyszyły mu tak silne podmuchy wiatru, że ci mieszkańcy zamku, którzy nie zadbali, by starannie zamknąć okiennice, zastali w swych komnatach kałuże i straty jak po przejściu trąby powietrznej.
Na godzinę przed zmierzchem ulewa ustała; nieustannie wiejący wiatr przegnał chmury dalej na południe i ukazało się słońce stojące nisko nad horyzontem. Jego promienie rozpalały krwawym blaskiem krawędzie odpływających burzowych chmur.
Obaj więźniowie przyglądali się zachodowi słońca z chłostanego porywami wichru tarasu, gdy nagle zorientowali się, że w dole pod nimi dzieje się coś niezwykłego.
Przed bramą zamku stał samotny jeździec, który raz po raz uderzał w wielki mosiężny dzwon zawieszony na słupie. Odziany był w zbroję, u pasa miał miecz, dzierżył kopię i tarczę. Był młody — może o rok lub dwa starszy od Horace’a.
Przybysz po chwili zostawił w spokoju dzwon i zaczerpnął tchu, by przemówić. Przemawiał czy raczej wykrzykiwał po gallijsku, toteż Horace nic nie zrozumiał, choć rozpoznał brzmienie aż nazbyt dobrze mu znanego nazwiska: „Deparnieux”.
— Co on mówi? — spytał Halta, a zwiadowca uniósł rękę, by go uciszyć, próbując dosłyszeć unoszone wiatrem słowa.
— Rzuca wyzwanie naszemu gospodarzowi — powiedział, przechylając głowę, by lepiej słyszeć.
Horace obruszył się:
— Tego się domyśliłem! — rzucił dość szorstko. — Ale o co chodzi?
Halt machnął niecierpliwie ręką, bo Horace przeszkadzał mu słuchać. W głosie rycerza pobrzmiewały determinaca i gniew, ale słowa umykały, by napłynąć znów, wraz z powiewami wiatru.
— O ile mogę zrozumieć — rzekł z wolna Halt — nasz przyjaciel Deparnieux wymordował rodzinę tego rycerza, kiedy był on na jakiejś wyprawie. Tutaj, w Gallii, rycerskie wyprawy w różnych szczytnych celach to istotna część szlacheckiej tradycji.
— No i co? — chciał wiedzieć Horace. Ale zwiadowca mógł tylko wzruszyć ramionami w odpowiedzi.
— Wygląda na to, że Deparnieux chciał przejąć ziemie jego rodziny, toteż pozbył się rodziców tego młodego człowieka — nasłuchiwał jeszcze przez chwilę i dodał: — Byli starzy i właściwie bezbronni. Horace żachnął się:
— Z tego, co wiemy o Deparnieux, jest to jak najbardziej możliwe.
Przybysz umilkł nagle, zawrócił konia i odjechał od bramy, wyraźnie czekając na odpowiedź. Przez kilka minut nie działo się nic, nie było żadnego znaku, wskazującego na to, że ktokolwiek inny poza Haltem i Horace’em zwrócił na młodzieńca uwagę. Potem nagle brama otwarła się z trzaskiem i ukazała się dosiadająca karego rumaka postać w czarnej zbroi.
Deparnieux wolnym truchtem zajął pozycję w odległości około stu metrów od przybysza. Stanęli ze sobą twarzą w twarz; młody rycerz ponownie rzucił wyzwanie. Na murach zamku zgromadzili się ludzie Deparnieux, przepychając się, by zająć miejsca, z których roztaczał się lepszy widok.
— Sępy — syknął Halt na ten widok.
Rycerz odziany w czerń nie odpowiedział przybyszowi ani słowem. Uniósł tylko tarczę i jej krawędzią zatrzasnął przyłbicę swego hełmu. To wystarczyło rzucającemu wyzwanie rycerzowi, który także zamknął przyłbicę i spiął ostrogami swego wierzchowca. To samo uczynił Deparnieux i runęli ku sobie z wyciągniętymi w przód kopiami.
Nawet z tej odległości Halt i Horace widzieli, że młodzieniec nie dysponuje szczególnymi umiejętnościami. Słabo siedział w siodle, źle trzymał zarówno tarczę, jak i kopię. Tymczasem Deparnieux wraz ze swym galopującym wierzchowcem zdawali się stanowić jedność w skoordynowanych, rytmicznych ruchach; idealnie wyważona w ręce rycerza kopia jakby płynęła przez powietrze. Pośród szumu wiatru doszedł ich dudniący tętent kopyt dwóch rumaków.
— Źle to wygląda… — odezwał się sam do siebie Horace.
Jeźdźcy starli się z głośnym łomotem, który odbił się echem od zamkowych murów. Kopia młodego rycerza, ustawiona pod złym kątem, rozpadła się w drzazgi. Natomiast broń dzierżona przez Deparnieux uderzyła prosto w jego tarczę, co sprawiło, że młodzieniec zachwiał się niebezpiecznie i omal nie spadł z siodła. Jednak wówczas wydarzyło się coś dziwnego — Deparnieux jakby stracił panowanie nad swoją kopią, jakby mimowolnie wymknęła się ona z jego ręki — i upadła na trawę, on zaś zawrócił konia do następnego starcia. Przez chwilę Horace poczuł przypływ nadziei.
— Jest ranny! — zawołał. — To szczęśliwy traf, ale chyba jest ranny!
Jednak Halt zmarszczył brwi i potrząsnął głową.
— Nie sądzę — rzekł cicho. — Coś mi się w tym wszystkim nie podoba.
Teraz obaj wojownicy dobyli mieczy i ruszyli ku sobie w pełnym galopie. Starli się. Deparnieux przyjął uderzenie tamtego na tarczę, a jego klinga z głośnym brzękiem uderzyła w hełm przeciwnika; młodzieniec znów zachwiał się w siodle.
Oba konie rżały przeraźliwie, podczas gdy jeźdźcy okrążali się, cofali i nacierali, a każdy z nich próbował przyjąć korzystniejszą w starciu pozycję. Miecze uderzały, dźwięczała stal, a za każdym razem, gdy Deparnieux trafiał przeciwnika, jego ludzie wydawali triumfalny okrzyk.
— Co on wyczynia? — rzekł półgłosem Horace, który teraz stał jak skamieniały; jego początkowy entuzjazm ulotnił się bez śladu. — Przecież mógł z nim skończyć już po pierwszym uderzeniu! — a gdy pojął, głos jego zabrzmiał odrazą i oburzeniem: — On… on się nim bawi. Igra z nim, naumyślnie zwleka!