Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Merkury [Mercury - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Merkury [Mercury - pl]

Электронная книга - «Merkury [Mercury - pl]». Краткое содержание книги:

Kosmiczna winda wywożąca na orbitę towary i ludzi to projekt inżynieryjny istniejący od XX wieku, teraz wreszcie staje się rzeczywistością. Dla inżyniera Bracknella jest ona dziełem życia, ale dla wielkich korporacji, które na tanim transporcie na orbitę stracą majątki, oraz dla Nowej Moralności, dla której budowa wieży w niebo jest obrazą Boga, stanowią cierń w boku. Zostaje zawiązany spisek i wieża runie w dół, grzebiąc w globalnej katastrofie miliony ludzi. Winnym zostanie uznany Bracknell, karą jest wygnanie Ziemi.
Inżynier traci dorobek całego życia, ale przypadkiem dowiaduje się o sabotażu i spisku i od tej pory całe swoje życie podporządkowuje jednemu — zemście na osobach winnych zniszczenia wieży i jego osobistej tragedii.
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 76
Перейти на страницу:

Lara doznała wstrząsu.

— Myślałam, że prawo międzynarodowe zabrania kary śmierci.

— Oskarżają pana o śmierć ponad czterech milionów ludzi — rzekł starszy pan, marszcząc brwi z niechęcią. — Mówi się o ludobójstwie. Chcą zrobić pokazowy proces.

— Czemu nie? — szepnął Bracknell.

Choć proces miał miejsce w Quito, odbywał się zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego. Wiele lat temu prawnik Lary uczestniczył w opracowaniu wytycznych prawa międzynarodowego. Nie pomogło to wiele. Dla Bracknella też nie było to pomocne.

— To moja wina — powtarzał. — Moja wina.

— Nie, to nieprawda — upierała się Lara.

— Konstrukcja się zawaliła — rzekł Larze i prawnikowi. — To ja byłem odpowiedzialny za ten projekt, więc to moja wina.

— Nie, nie możesz siebie o to oskarżać — podkreślała Lara za każdym razem. — Przecież nie zburzyłeś wieży celowo.

— Tylko mnie można o to oskarżyć — przypomniał jej posępnie Bracknell. — Wszyscy inni zginęli w katastrofie.

— Nie, to nie jest prawda — rzekła Lara. — Victor jest w Melbourne. On ci pomoże.

Nagabywany przez Larę Molina przyleciał do Quito. Siedząc między dwoma prawnikami pierwszego dnia procesu, ubrany w państwowy garnitur i wykrochmaloną na sztywno koszulę, która śmierdziała detergentem, Bracknell poczuł ukłucie nadziei, gdy zobaczył, jak jego stary przyjaciel wkracza na salę sądową i siada obok niego. Kiedy jednak rozprawa się zaczęła, stało się jasne, że już nic nie zdoła go ocalić.

Pierwszym świadkiem powołanym przez sąd złożony z trzech sędziów był wielebny Elliott Danvers.

Prokurator był smukłym, ciemnowłosym, żywo gestykulującym Ekwadorczykiem, odzianym w trzyczęściowy garnitur, który leżał na nim bez jednego załamania. Na ekranach prezentował się wspaniale: przystojna twarz z wąsikiem, poza tym wiedział, jak się przypodobać światowej publiczności oglądającej proces. Bracknellowi przypominał wąsatego anioła zemsty. Rozpoczął od opisywania stanowiska Danversa jako duchowego przewodnika społeczności Ciudad de Cielo.

— Większość tych ludzi już nie żyje, prawda? — spytał prokurator. Ponieważ proces odbywał się zgodnie z proce durami prawa międzynarodowego, i pokazywano go nawet w Selene i ośrodkach górniczych na Ceres, odbywał się po angielsku.

— Tak — odparł cicho Danvers.

Prokurator wygładził wąsik i spojrzał na pęknięcia w pokrytym kasetonami suficie sali sądowej, przygotowując się dramatycznie do zadania następnego pytania.

— Podczas budowy wieży ksiądz dowiedział się czegoś, co go niepokoiło, prawda?

Słowo po słowie, prokurator wydusił z Danversa, że Bracknell korzystał z drobnoustrojów poddanych inżynierii genetycznej, które pracowały jako nanomaszyny produkujące elementy konstrukcyjne wieży.

Adwokat z urzędu milczał, ale prawnik wynajęty przez Larę wstał wolno, po czym zawołał zmęczonym głosem:

— Sprzeciw. Wykorzystywanie drobnoustrojów poddanych inżynierii genetycznej nie jest nielegalne. A określanie ich „nanomaszynami” jest szkodliwe.

Sędziowie porozumieli się szeptem, po czym podtrzymali sprzeciw.

Prokurator uśmiechnął się słabo i skinął głową, akceptując ich decyzję, wiedząc, że to określenie, którego tak się bano, zostanie przez wszystkich zapamiętane.

— Czy takie drobnoustroje poddane inżynierii genetycznej były wykorzystywane przy innych projektach budowlanych?

Danvers wzruszył ciężkimi ramionami.

— Nie jestem inżynierem…

— A co ksiądz wie na ten temat?

— Z tego co wiem, nie. Biolog projektu, doktor Molina, był dumny z jego pionierskości. Nawet złożył wniosek o patent.

Prokurator odwrócił się w stronę Bracknella z cienkim uśmieszkiem.

— Dziękuję księdzu.

Adwokat Bracknella wstał, spojrzał na adwokata z urzędu i rzekł:

— Nie mam w tej chwili żadnych pytań do świadka.

Siedząca za Bracknellem Lara dotknęła jego ramienia.

Odwrócił się i zobaczył na jej twarzy niepokój. Milczał. Siedzący obok niej Molina wyglądał na zniecierpliwionego i niepewnego.

— Wzywam na świadka doktora Molinę — rzekł prokurator, tonem, jakby wyciągał z czarodziejskiego kapelusza królika.

Molina wstał i podszedł wolno do krzesła dla świadków; próbował uśmiechnąć się do Bracknella, ale wyszedł mu tylko grymas.

I znów prokurator spędził kilka minut na ustalaniu, kim jest Molina i jakie było jego znaczenie dla projektu, a następnie spytał:

— Odszedł pan z tego projektu przed jego ukończeniem, prawda?

— Tak, istotnie — przytaknął Molina.

— Dlaczego?

Molina zawahał się na moment, zaczął spoglądać to na Bracknella, to na Larę, która za nim siedziała.

— Z powodów osobistych — odparł.

— Mógłby pan uściślić?

— Molina znów się zawahał, po czym wziął głęboki oddech i odparł:

— Nie byłem pewien, czy konstrukcje wytworzone przez moje genomodyfikowane drobnoustroje będą na tyle wytrzymałe, by były wystarczające dla naprężeń występujących w wieży.

Bracknell zamrugał i poruszył się jak człowiek, który właśnie budzi się ze śpiączki.

— To nieprawda — szepnął, bardziej do siebie niż do swoich prawników.

Molina jednak mówił dalej.

— Domagałem się dalszych testów, dalszych badań celem upewnienia się, że budowla będzie bezpieczna. Ale szef projektu nie zamierzał tego zrobić.

— Szefem projektu był pan Mance Bracknell? — upewnił się prokurator zupełnie zbędnie. — Oskarżony?

— Tak — odparł Molina. — Upierał się, żebyśmy kontynuowali budowę zanim przeprowadzono niezbędne badania.

— To nieprawda! — rzekł Bracknell do swojego adwokata. — Nic takiego nie miało miejsca!

Sędzia przewodniczący, w towarzystwie dwóch innych sędziów w togach zasiadających za ławą z polerowanego mahoniu, postukał rysikiem w biurko.

— Przywołuję oskarżonego do porządku — rzekł ponurym tonem. — Nie będę tolerował takiej niesubordynacji.

— Dziękuję, wysoki sądzie — rzekł prokurator, po czym zwrócił się do Moliny, siedzącego na miejscu dla świadka.

— Więc oskarżony zlekceważył pańskie ostrzeżenia dotyczące bezpieczeństwa wieży?

Molina spojrzał w stronę Bracknella, po czym odwrócił wzrok.

— Tak, tak było.

— On kłamie! — zwrócił się do swojego adwokata Bracknell. Zerwał się na równe nogi i krzyknął do Moliny: — Victorze, dlaczego kłamiesz?

Adwokat pociągnął go z powrotem na krzesło. Sędzia przewodniczący zmierzył go oskarżycielskim wzrokiem.

— Ostrzegam oskarżonego, że jeszcze jeden taki wybryk i każę go usunąć z sali.

— A co za różnica? — warknął Bracknell. — Przecież już mnie skazaliście.

Sędzia skinął głową w stronę dwóch krzepkich żołnierzy stojących po obu stronach ławy sędziowskiej. Odepchnęli adwokata siedzącego po lewej stronie Bracknella, chwycili Mance’a pod pachy i postawili.

Gdy wywlekali go z sali sądowej, odwrócił się i spojrzał na Larę. Uśmiechała się. Uśmiechała! Bracknell poczuł, jak wszystko w środku skręca mu się z nienawiści.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 76
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)