Słoneczny nurek [Sundiver - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-031-9
- Переводчик: Piotr Sitarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Słoneczny nurek [Sundiver - pl]». Краткое содержание книги:
Ekspedycja Słoneczny Nurek przygotowuje się w grotach okrążającego Słońce Merkurego na najdonoślejszą wyprawę w historii ludzkości. Ta wyprawa do wrzącego piekła Słońca ma odkryć nasze ostateczne przeznaczenie w kosmicznym porządku życia.
— WW?
— Walka wręcz. Ja sama nieźle sobie daję radę, chociaż trzeba przyznać, że trochę wyszłam z wprawy. Zresztą i tak byłeś lepszy. Stwierdziliśmy to w najpewniejszy sposób, w walce pomiędzy stronami, z których każda chciała obezwładnić drugiego bez bólu i krzywdy. Strasznie trudno to zrobić, ale z ciebie jest prawdziwy spec. Nigdy nie sądził, że może zaczerwienić się na tego rodzaju komplement, ale nagle poczuł, że się rumieni.
— Dzięki. Słabo to pamiętam, ale wydaje mi się, że ty też byłaś niezła.
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się w absolutnym porozumieniu.
Martine powiodła wzrokiem od jednego do drugiego. Chrząknęła.
— Myślę, że pan Demwa nie powinien spędzać zbyt dużo czasu na rozmowie.
Rekonwalescencja po takim szoku wymaga bardzo długiego odpoczynku. — Chciałbym tylko dowiedzieć się o paru sprawach, pani doktor, a potem już będę posłuszny. Przede wszystkim gdzie jest Fagin? Nigdzie go nie widzę. — Kant Fagin jest na odwrotnej stronie — odparła deSilva. — Odżywia się.
— Bardzo się o ciebie martwił. Na pewno ucieszy się, że jesteś zdrowy — dodała Martine.
Jacob odprężył się. Z jakiegoś powodu niepokoił się o bezpieczeństwo Fagina.
— Teraz powiedzcie mi, co stało się po tym, jak zemdlałem.
Martine i deSilva wymieniły spojrzenia. DeSilva wzruszyła ramionami. — Mieliśmy jeszcze jedną wizytę — powiedziała. — Zajęła trochę czasu. Przez ładne parę godzin Solariowiec po prostu fruwał sobie na granicy widoczności. Torusy i wszystkich jego kompanów zostawiliśmy daleko z tyłu. Chociaż właściwie to dobrze, że czekał tak długo. Mieliśmy tu trochę zamieszania z powodu, no…
— Z powodu mojego przyciągającego uwagę przedstawienia — westchnął Jacob. — Czy ktoś próbował nawiązać kontakt, kiedy Solariowiec tak sobie latał? DeSilva spojrzała na Martine. Doktor leciutko pokręciła głową. — Nic wielkiego nie zrobiliśmy — pospiesznie odparła komendant. — Ciągle byliśmy zdenerwowani. A potem, około czternastej, zniknął. Jakiś czas później powrócił w swojej „groźnej” postaci.
Jacob nie zareagował na wymianę spojrzeń pomiędzy kobietami. Nagle jednak przyszła mu do głowy pewna myśl.
— Słuchajcie, czy jesteście zupełnie pewne, że to w ogóle były te same Duchy? Może postać „normalna” i „groźna” to w rzeczywistości dwa różne gatunki. Przez moment Martine wyglądała na zmieszaną.
— To mogłoby wyjaśnić… — zaczęła, ale zaraz urwała.
— Hm, nie nazywamy ich już Duchami — powiedziała deSilva. — Bubbakub mówi, że one tego nie lubią.
Jacob poczuł przypływ irytacji, ale szybko ją stłumił, żeby żadna z kobiet niczego nie zauważyła. Ta rozmowa nie prowadziła donikąd!
— No więc, co się stało, kiedy wrócił w groźnej postaci?
— Bubbakub rozmawiał z nim przez jakiś czas — deSilva zmarszczyła brwi w wyrazie niezadowolenia. — Potem się zdenerwował i przepędził go. — Co?
— Próbował go przekonywać. Cytował Księgę Praw Opiekunów i Podopiecznych. Nawet obiecał korzyści handlowe. A tamten ciągle groził. Powiedział, że pośle sygnały psi na Ziemię i spowoduje katastrofę, jakiej nie da się opisać. W końcu Bubbakub uznał, że dosyć tego. Kazał wszystkim się położyć i wyciągnął tę bryłę żelaza i kryształu, o której nic wcześniej nie chciał mówić. Musieliśmy zakryć oczy, a on powiedział jakieś hokus-pokus i wystrzelił z tego cholerstwa.
— I co się stało?
Znowu wzruszyła ramionami.
— Tylko Przodkowie to wiedzą. Oślepiający błysk, uczucie ciśnienia w uszach, a kiedy znowu spojrzeliśmy, Solariowca już nie było! Ale to nie wszystko! Wróciliśmy tam, gdzie powinno być stado toroidów. Ich też nie było. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było żadnej żywej istoty!
— W ogóle nic? — Pomyślał o przepięknych torusach i ich jasnych, wielobarwnych panach. — Nic — potwierdziła Martine. — Wszystkie się spłoszyły. Bubbakub zapewnił nas, że nie stała im się żadna krzywda.
Jacob poczuł odrętwienie.
— No tak, teraz mamy przynajmniej ochronę. Możemy układać się z Solariowcami z pozycji siły.
DeSilva smutno pokręciła głową.
— Bubbakub mówi, że nie ma mowy o żadnych negocjacjach. Oni są źli, Jacob. Zabiliby nas natychmiast, gdyby tylko mogli.
— Ale…
— Poza tym nie możemy już liczyć na Bubbakuba. Powiedział Solariowcom, że jeśli Ziemię spotka coś złego, to nastąpi zemsta, ale nie zrobi nic poza tym. Pamiątka po Letanich wraca na Pilę. — Wbiła wzrok w pokład, jej głos stracił barwę. — To koniec Słonecznego Nurka.
CZĘŚĆ SZÓSTA
Miarą zdrowia psychicznego jest łatwość przystosowania się (nie zaś odniesienie do jakiejś „normy”), zdolność uczenia się na doświadczeniach… brania pod uwagę rozsądnych argumentów… oraz uczuć… a zwłaszcza zdolność rezygnowania po osiągnięciu zaspokojenia. Istota choroby polega na utrwaleniu się niezmiennych i zachłannych wzorców zachowania.