Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Zwiastun miłości». Краткое содержание книги:

Zdziwiliby się bywalcy bogatych nowojorskich salonów, gdyby dowiedzieli się, co robi jedna z najwspanialszych ozdób ekskluzywnych przyjęć? piękna i bogata Keshia Saint Martin. Jako dziedziczka wielkiej fortuny uczestniczy w eleganckich rautach i wyzutej z głębszego zaangażowania działalności dobroczynnej. Ale prowadzi też drugie życie: jako ukryta pod pseudonimami dziennikarka z pasją walczy o sprawiedliwość… Keshia czuje się coraz bardziej rozdarta, skłócona z samą sobą. Pewnego dnia poznaje przystojnego Lucasa Johnsa. Lecz od miłości do wspólnego szczęścia droga jest długa i wyboista…
1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 81
Перейти на страницу:

– Tak? Wobec tego umówmy się: w razie potrzeby dam wam znać. Do tego czasu obejdę się bez pomocy.

– Ja też chętnie obszedłbym się bez ciebie, Johns, ale nie mam wyboru. A propos: dobra knajpa. Mają świetne wypieki.

– Cieszę się, że ci smakowało. – Luke zatrzymał się z ręką opartą o futrynę i dodał: – Masz cholerne szczęście. Gdybyś kiedy indziej podniósł na mnie rękę, z rozkoszą zrobiłbym z ciebie miazgę.

Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Tajniak złożył gazetę i wzruszył ramionami.

– Proszę bardzo, nie krępuj się. Zarobisz na bilet w jedną stronę do Quentin. Zaoszczędziłbyś nam w ten sposób wielu kłopotów. Ale pilnuj się, Johns, bo ktoś cię namierza. Nie powiedzieli mi, kto to, ale musi być strasznie zawzięty, bo w godzinę po tym, jak wyszedł za bramę, posłali mnie za tobą.

Luke skinął głową i już miał odejść, kiedy nagle uderzyła go pewna myśl.

– Śledzicie jeszcze kogoś oprócz mnie?

– Możliwe.

– Daj że spokój, człowieku, skoro już karmisz mnie bajeczkami, to przynajmniej dopowiadaj je do końca!

Tajniak przyjrzał mu się, po czym kiwnął głową.

– W sumie masz rację. Tak.

– Kogo?

Mężczyzna westchnął i odwrócił wzrok. Nie chciało mu się robić uników, tym bardziej że struna i tak była już napięta do ostatnich granic. Lucas Johns nie był człowiekiem, z którym można bezkarnie bawić się w kotka i myszkę.

– Morrisseya, Washingtona, Greenfielda, Falkesa i ciebie – beznamiętnie wyrecytował nazwiska.

– Jezu – powiedział Luke.

W piątkę stanowili trzon ruchu na rzecz reformy więziennictwa. Wszyscy byli radykałami, ale żaden nie miał lewicowych poglądów ani fantastycznych złudzeń, że naprawi cały świat. Chcieli po prostu zmienić przestarzały system, który od I lat umierał naturalną śmiercią, a wciąż nie mógł skonać. i Najbardziej zajadłe ataki musiał znosić Washington, jedyny Murzyn w grupie. Zwłaszcza frakcje czarnych aktywistów zarzucały mu zdradę; prócz tego dla nich był nie dość radykalny. Luke jednak uważał, że Washington łączy w sobie najlepsze cechy obu ras.

– Radzę wam dobrze pilnować Franka Washingtona – warknął.

Tajniak domyślnie pokiwał głową, Luke zaś odwrócił się na pięcie i odszedł.

Keshia czekała przy frontowych drzwiach.

– Wszystko w porządku? – spytała nerwowo.

– W jak najlepszym. Dlaczego pytasz? – bał się, że mogła coś usłyszeć lub, co gorsza, zauważyć. Na szczęście w trakcie rozmowy nikt nie zaglądał do niszy, a kelnerzy byli zbyt zajęci, aby zwrócić uwagę na ich wymianę zdań.

– Tak długo cię nie było. Masz jakieś problemy?

– przyjrzała mu się bacznie, lecz z twarzy Luke’a nie dało się nic wyczytać.

– Naturalnie, że nie. Spotkałem znajomego.

– Interesy? – Keshia przybrała zatroskaną minę żony.

– Tak, głuptasku, interesy. Daruj, że nie będę wyjaśniał ci szczegółów. Lepiej wracajmy do hotelu. – Przygarnął ją i z uśmiechem wyprowadził w nocną mgłę.

Keshia czuła przez skórę, że coś jest nie tak, ale Luke świetnie umiał się maskować. Nigdy nie udało jej się go przyłapać; był zbyt konsekwentny.

Następnego jednak ranka przy śniadaniu trudno było już przeoczyć, że w powietrzu wisi coś bardzo niedobrego. Tym razem Keshia obudziła się pierwsza. Zamówiła śniadanie do pokoju, a gdy przyniesiono wyładowaną tacę, delikatnie potrząsnęła Luke’a za ramię.

– Dzień dobry, panie Johns. Pora wstać i przypomnieć sobie, że pana kocham.

Luke przeciągnął się z uśmiechem, otworzył jedno oko i objął ją ramieniem.

– Lubię tak zaczynać dzień – mruknął. – Co się stało, że nie śpisz?

– Byłam głodna, a zresztą sam mówiłeś, że mamy napięty harmonogram. Wstałam więc i przygotowałam się na wszystko – z uśmiechem przysiadła na brzegu łóżka.

– Może byś dla odmiany zrzuciła te łaszki i dała się zaskoczyć?

– Dopiero po śniadaniu, obleśny satyrze. Jajecznica wystygnie.

– Jezu, jaka ty jesteś nieludzko praktyczna. Wstrętne, oziębłe babsko.

– Nie oziębłe, tylko głodne jak wilk – poklepała go po pośladku, cmoknęła w ucho i zaczęła rozstawiać śniadanie na stoliku.

– Mmmm… jak pachnie… – rozpromienił się Luke.

– Przynieśli gazetę?

– Naturalnie, szanowny panie. – Keshia wzięła z tacy schludnie złożoną gazetę, rozwinęła ją i podała mu, dygnąwszy z wdziękiem.

– Staruszko, jak to możliwe, że dotychczas dawałem sobie radę bez ciebie?

– Niewątpliwie przychodziło ci to z najwyższym trudem – parsknęła śmiechem i odwróciła się, żeby nalać herbaty. Kiedy ponownie na niego spojrzała, przeraziła się. Luke siedział nago nad otwartą gazetą, a po twarzy, ściągniętej gniewem i zgrozą, toczyły się łzy. Dłonie miał zaciśnięte w pięści.

– Co się stało? – podeszła z wahaniem i przysiadła obok, zaglądając mu przez ramię.

Biegnący przez trzy szpalty nagłówek od razu rzucił jej się W oczy: MORD NA RZECZNIKU REFORMY WIĘZIENNICTWA. „Były pastor, znany działacz społeczny Joseph Morrissey otrzymał osiem strzałów w głowę, gdy wraz z żoną wychodził ze swojego domu przy… „ Zabójstwo przypisywano jednej z ultralewicowych frakcji, policja jednak nie dysponowała jeszcze żadnymi dowodami. Fotografia na pierwszej stronie pokazywała roztrzęsioną kobietę pochyloną nad zakrwawionym ciałem. Gazeta podawała, że pani Morrissey jest w siódmym miesiącu ciąży.

Keshia poczuła łzy w oczach – łzy żalu za człowiekiem, którego nie znała, i współczucia dla Luke’a. Nagle sobie uświadomiła, że zamordowanym mógł być Lucas Johns.

– Tak mi przykro, kochanie – wyświechtany frazes nie oddawał tego, co odczuwała. – Dobrze go znałeś?

– Aż za dobrze – Lucas przymknął oczy.

– Co masz na myśli?

– Był moim emisariuszem. Pamiętasz, mówiłem ci kiedyś, że sam nigdy nie pojawiam się w więzieniach, aby nie dawać władzom pretekstu do pewnych działań.

Keshia pokiwała głową.

– Było to możliwe dzięki takim ludziom jak Joe Morrissey. Zanim zrzucił duchowną szatę, był kapelanem w czterech ciężkich więzieniach. Potem zaczął działać w ruchu reformatorskim. Robił to wszystko, co dla nas stanowiło zbyt duże ryzyko. A teraz nie żyje. Zabiliśmy go… ja sam go zabiłem… niech to jasny szlag! – Luke zerwał się i zaczął krążyć po pokoju, gniewnie ocierając łzy. – Keshia?…

– Tak?

– Pakuj walizki. Zabieram cię stąd, i to jak najszybciej.

– Luke… ty się boisz?

Zawahał się na moment, po czym skinął głową.

– Tak. Boję się.

– O mnie? Czy o siebie?

Omal się nie uśmiechnął. Nigdy w życiu nie bał się o siebie. Ale na pewno nie mógł wciągać w to wszystko Keshii.

– Powiedzmy, że chcę być przezorny. No, dalej, dziecino. Pośpiesz się.

– Ty też wyjeżdżasz? – zawołała za nim.

– Później.

– Chcesz tu zostać? Dlaczego? – wystraszyła się.

– Muszę zadbać o parę spraw. Wieczorem wrócę do Chicago. Ty natomiast polecisz do Nowego Jorku i będziesz tam na mnie czekać. No, nie stój jak kołek… – zaczął szorstko, lecz zerknąwszy na nią, złagodniał. Na twarzy Keshii malowała się groza. – Staruszko, daj spokój. Znowu buczysz? – spytał, obejmując ją czule.

– Och, Luke, a jeśli…

– Żadnych „jeśli” – uciął, całując ją w czubek głowy.

– Wszystko jest w porządku.

1 ... 43 44 45 46 47 48 49 50 51 ... 81
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)