Wyklęta
- Автор: Кейн Рэйчел
- Серия: Czas Wygnania #1
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wyklęta». Краткое содержание книги:
Byłam dżinnem ognia i powietrza, a zostałam skazana na życie w ciele śmiertelniczki.
Kiedyś Cassiel była potężnym dżinnem. Mogła wszystko poza jednym – nigdy nie powinna była sprzeciwiać się swemu panu.
Za odmowę wypełnienia rozkazu zostaje skazana na ludzką postać i życie wśród śmiertelników. Żeby przetrwać, musi szukać pomocy u Strażników Pogody – ludzi obdarzonych mocą panowania nad żywiołami… i odwiecznych wrogów dżinnów. Ale najtrudniej jest jej radzić sobie z własnymi ludzkimi słabościami, zwłaszcza z uczuciem do pewnego Strażnika. Lecz gdy zawiśnie nad nim potworna groźba, ludzkie słabości mogą się okazać najskuteczniejszą bronią Cassiel…
Wydawał się wyczerpany. Delikatnie położyłam dłoń na jego ramieniu, uważając, by nie odebrać mu resztki sił.
– A więc oni żyją? – spytałam. Tamci się nie ruszali.
– Śpią. Przebudzą się w ciągu najbliższych minut. A kiedy się zbudzą, nie będą za dużo pamiętali. Lolly… to ten bezczelny sukinsyn, herszt Norteño tych tutaj… zapamięta tylko tyle, że wyrównaliśmy swoje porachunki. Życie za życie. – Luis drżącą ręką otarł pot z czoła. – I poczuje się winny. Za śmierć Manny'ego i Angeli.
– Potrafisz do tego doprowadzić?
– Oficjalnie nie. – Poruszył dłonią i pomogłam mu się wyprostować. – Wynośmy się stąd.
Spojrzałam za siebie, zamykając drzwi. Młody przywódca szajki, Lolly, zwlókł się na czworakach. Obawiałam się przez chwilę, że odwróci się, zobaczy mnie i wszystko sobie przypomni, ale on wydawał się porażony widokiem trumien stojących zaledwie o metr od niego.
Wstał i podszedł do Angeli i dostrzegłam, jak zaciska ręce na drewnianej krawędzi trumny. Jego ramiona zaczęły się trząść. Pewnie po raz pierwszy od bardzo dawna ronił łzy za tych, co zginęli.
Musiał z tego powodu cierpieć.
Uradowało mnie to.
11
To, co Luis właśnie zrobił, było poważnym pogwałceniem zasad Strażników i wiedziałam dlaczego; Strażnicy Ziemi – ci naprawdę potężni – potrafili manipulować pamięcią. Gdy robili to odpowiednio dyskretnie, ofiara mogła w ogóle nie podejrzewać, że coś zaszło.
Była to moc, której przerażająco łatwo można było nadużywać i trudno wykryć. Wydaje mi się, że Luis nigdy by się nią nie posłużył w normalnych okolicznościach, ale teraz, kiedy Strażnicy zajmowali się własnymi sprawami czy też potencjalnymi zagrożeniami, nie mógł liczyć na ich pomoc.
Ani na mnie.
– Dlaczego ich nie zabiłeś? – zapytałam Luisa. Znajdowaliśmy się na tyle daleko od Sylvii i kierownika zakładu pogrzebowego, stojących obok drzwi, że nas nie słyszeli. Luis pokręcił głową. Poruszał się bardzo powoli, koncentrując się na miarowym ruchu swoich stóp, jak gdyby była to w tym momencie najtrudniejsza rzecz na świecie.
– To sprawa honoru. Zabijesz jakiegoś Norteño, to ukatrupią ciebie albo i kogoś z twoich bliskich. Nie ma końca, kiedy się to zacznie. Może się ciągnąć przez lata. Doprowadzić do wybicia całych rodzin.
Krwawe waśnie rodowe. Ta niezdolność do przebaczania lub puszczania czegoś w niepamięć stanowiła jedno z największych zagrożeń dla ludzkiej kultury. Było to coś wspólnego dla ludzi i dżinnów. Kiedy usłyszałam wcześniej, jak tamten chłopak mówił o skrzywdzeniu Isabel, omal go nie zabiłam. Nie zawahałabym się, gdyby Luisa tam nie było. Po prostu spełniłabym swoją groźbę bez względu na konsekwencje. Bez poczucia winy wyszłabym cało z wojny, jaka by się rozpętała.
Musiałam przyznać przed sobą, że metoda Luisa była prawdopodobnie lepsza.
Kierownik zakładu pogrzebowego zastąpił nam drogę i rzekł niskim, łagodnym głosem:
– Czy wszystko w porządku, panie Rocha?
– Tak – odparł Luis zachrypniętym głosem. – Moich przyjaciół trochę poniosło z rozpaczy. Zapłacę za szkody.
Kierownik wytrzeszczył oczy i ruszył korytarzem z pośpiechem, który mógł się wydać niestosowny. Luis popatrzył za nim.
– Kolejny powód, żeby nie zabijać – stwierdził. – Zwłaszcza że sala jest zarezerwowana na moje nazwisko.
Sylvia stała przy wyjściu, przygnębiona i zła. Mięła nerwowo chusteczkę w rękach, a gdy podeszliśmy, spojrzała nieprzychylnie na Luisa.
Starałam się pamiętać, że straciła dziecko, ale w tamtej chwili było to trudne.
– Ty i twoi przyjaciele – powiedziała niskim, zjadliwym głosem – lepiej nie pokazujcie się na pogrzebie mojej córki. Niech Bóg ma cię w opiece, jeśli to zrobisz.
– Sylvio…
Jej oczy błysnęły, ale łzy w nich bardziej wydawały się zbroją niż wyrazem żalu.
– Ściągnąłeś gang Norteño tutaj? I potem pozwoliłeś im odejść? Co z ciebie za mężczyzna, skoro nie potrafisz bronić swego?
Otworzyła z hukiem drzwi i wyszła sztywnym krokiem. Luis pospieszył za nią – tak prędko, jak zdołał w tej chwili – i otworzył drzwi furgonetki od strony pasażera. Musiał pomóc Sylvii wejść na stopień.
Nie wyglądała na wdzięczną.
Droga do domu przebiegała w ciszy i drętwej atmosferze, a Sylvia siedziała sztywno między nami. W blasku świateł przejeżdżających samochodów nadal wydawała się wyniosła i wściekła. W końcu odłożyła chusteczkę i wyciągnęła sznur czarnych błyszczących koralików. Pocałowała srebrny, zwisający z nich krucyfiks i zaczęła przesuwać paciorki w palcach, poruszając cicho wargami. Paciorki różańca. Byłam zdziwiona, że ten zwyczaj nie zmienił się od tak dawna.
Wydawało się, że Luis nie ma problemów z kierowaniem wozem, ale wyczuwałam jego zmęczenie. Ziewnął rozdzierająco, parkując dużą czarną furgonetkę przed domem Sylvii, który roztaczał wokół siebie ciepły blask. Luis otworzył drzwi od strony kierowcy i wysiadł.
Wyskoczyłam z wozu i wyciągnęłam ręce do starszej kobiety. Spojrzała na mnie z dezaprobatą, po czym najwyraźniej doszła do wniosku, że w danej chwili jestem jej mniej niemiła niż Luis.
Podniosłam ją z łatwością i postawiłam na betonowym chodniku. Zrobiła krok do tyłu, chwilowo zbyt zaskoczona, by się gniewać, a Luis okrążył samochód. Spoglądał to na mnie, to na Sylvię i westchnął.
– Dzięki – rzekł do mnie. Ale nie tak, jakby naprawdę był mi wdzięczny. – Sylvio, chciałbym powiedzieć Isabel dobranoc. Jeśli nie masz nic przeciwko temu.
Nie odpowiadało mu takie pytanie o pozwolenie, ale chyba zrozumiał, że naleganie wywoła jedynie w tej kobiecie większy opór.
Sylvia posłała nam kolejne nieufne spojrzenie i skinęła niechętnie.
– Nie obudź jej, jeśli śpi – powiedziała. – To wszystko było dla niej bardzo trudne, no i jeszcze te jej złe sny.
Siostra Sylvii, Veronica, siedziała w saloniku i robiła na drutach w świetle cicho grającego telewizora. Wstała, by uściskać Sylvię, a następnie, już bardziej powściągliwe, Luisa. Ta duża, niemłoda kobieta o twarzy bardziej życzliwej od oblicza swojej siostry nie objęła mnie, lecz skinęła mi głową i się uśmiechnęła.
Mała była bardzo spokojna – powiedziała. – W ogóle się nie budziła.
Luis ruszył korytarzem, pozostawiając Sylvię szepczącą z Veronicą, a kiedy doszedł do drzwi pokoju Isabel, coś mnie tknęło.
– Zatrzymaj się – szepnęłam. Luis przystanął z ręką zawieszoną w powietrzu; kilka centymetrów od klamki.
– Co się stało?
Nie wiedziałam. To było jakieś przeczucie – czegoś złego. Nic, co potrafiłabym rozpoznać, czy to w świecie ludzkim, czy w sferze eterycznej. Tak jakby ktoś tutaj był i zniknął, pozostawiając jedynie swój drażniący, gorzki eteryczny zapach.
– Czy jakiś Strażnik pilnował domu?
– Ma'at, mówiłem ci. Oczywiście, że tak.
Odsunęłam Luisa i sama otworzyłam drzwi do pokoju.
Początkowo nie dostrzegłam nic przerażającego; pokój wyglądał tak, jak wtedy, gdy go opuściliśmy, tylko było w nim ciemniej. Połyskująca nocna lampka migotała delikatnym światłem na odległej ścianie, rzucając różowy blask na róg pokoju i łóżeczko.
Aura była tutaj mocniejsza. Nie przestrasz dziecka, powiedziałam do siebie i zmusiłam się, by podejść powoli i cicho.