Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51
Перейти на страницу:

Moja krew unosiła się z otwartego serca wstęgami czar-nej krepy, której serpentyny ciągnęły się w głąb mrocznie-jącego lasu. Wątłe drzewa pokrywał dziwny grzyb, karmią-cy się azotowym powietrzem. Nad parkiem zawisły obrzy-dliwe miazmaty, deformujące więdnące kwiecie. Siedzia-łem w kokpicie samolotu, pełnego martwych ptaków. Ze wszystkich stron otaczał mnie ogród nowotworów. Śmierć wybiegła ze mnie na milczącą łąkę i ruszyła na ulice miasteczka. Nasłuchiwałem słabego nawoływania mieszkańców, którzy urządzili sobie polowanie i wybijali ostatnie ptaki w lesie.

Późnym popołudniem w altanie pojawił się jelonek, który podszedł do grobu, chwiejąc się na kościstych jak szkielety nogach. Wpatrywał się we mnie rozbieganymi oczami, nie mogąc skupić wzroku na mojej rozpływającej się twarzy, a po chwili położył się w ciemnej trawie. Pod okiem sępów, siedzących na gałęziach nad moją głową, zaczęły groma-dzić się wokół mnie inne zwierzęta – ostatnie ocalałe stwo-rzenia z tego małego raju, który przyniosłem miasteczku. Pośród maków znalazł się cocker-spaniel, suczka, która przysiadła, skomląc, obok śmigła cessny. Leciwy szympans, którego nakarmiłem, gdy Stark porzucił swój ogród zoolo-giczny, przykucnął w trawie, bijąc się rękami po głowie, jak gdyby w ten sposób chciał wtrącić prawdziwy świat z powrotem na łąkę. Ostatnia przybiegła z przyziemnym sze-lestem małpka, która wdrapała się na kadłub i uporczywie przyglądała mi się olbrzymimi oczami przez pękniętą szy-bę samolotu.

Zwierzęta przyszły, żebym je uzdrowił -ja, który usła-łem ulice kwiatami i nakarmiłem zwierzęta owocami chle-bowca. Siedziałem w kokpicie mogiły, wciąż nie mogąc się ruszyć. Czułem, że zamrożone żyły w moich ramionach są jak z grafitu. Wycieńczone niebo rozświetlały ogniska, w których mieszkańcy palili dżunglę, porastającą ich sklepy i domostwa.

Widziałem także członków mojej rodziny – wyglądali jak duchy, stojące na wyśnionym trawniku, i obserwowali mnie spod rezydencji St. Cloudów. Ojciec Wingate w nie-skazitelnie czystej sutannie stał w przesiąkniętej krwią tra-wie. Jego twarz i ręce były wychudzone, i zrozumiałem, że głodził się specjalnie, by uchronić przede mną swoje ciało. Były z nim dzieci – Rachel spała na stojąco, wsparłszy gło-wę na ramieniu Davida. W otwartym oknie mojej sypialni ujrzałem panią St. Cloud o bladym, wymizerowanym do kości obliczu. Jej szara koszula nocna przypominała całun, jak gdyby pani St. Cloud wstała z łoża boleści i chciała mnie poprosić, żebym umarł.

Nawet Stark zajął swoje miejsce w jednym z wagoni-ków diabelskiego koła. Miał na szyi klamrę barwnej girlan-dy z kolorowych ar i wpatrywał się w zardzewiały ponton, zacumowany nad cessną i splamiony krwią, która zdawała się wyciekać z kokpitu samolotu.

Wszyscy czekali, aż umrę i ich wyzwolę. Przypomnia-łem sobie obraz zagłady, który zobaczyłem, kiedy wydosta-łem się z samolotu, wizję własnej śmierci pod rozświetlo-nym ogniskami niebem. Pomimo tylu wysiłków, by udo-wodnić, kim jestem, stałem się trupem osadzonym w gro-bie.

Spaniel przysunął się bliżej, chcąc mi odebrać resztki sił. Szympans ułożył się na boku w trawie, wbijając we mnie wzrok. Nie zwracając na nich uwagi, nasłuchiwałem prze-raźliwych krzyków padlinożerców. Usłyszałem gdzieś bli-sko trzepot sępich skrzydeł i spojrzałem za rzekę w nadziei, że przybędzie stamtąd helikopter, aby mnie ocalić. Poddawszy się rozpaczy, postanowiłem umrzeć.

36

SIŁA

Choć umierałem, poczułem przypływ sił. Serce ściskała mi nieznana dłoń. Delikatnie ugniatała porozrywane komory, ułatwiając przepływ krwi. Moja skóra stała się cieplejsza, a zmrożonymi naczyniami zaczęła znów krążyć krew. W końcu zdołałem unieść prawe ramię. Gdy wyciągną-łem rękę do siedzącego wyżej na gałęzi sępa, zachęcając go, by karmił się moim ciałem, poczułem znów wokół ser-ca uścisk nieznanej dłoni, a potem ujrzałem twarz starego szympansa i ciemność w jego szeroko otwartych oczach. Na moment przed śmiercią małpy poczułem w piersi kolej-ny przypływ sił, jak gdyby wszczepiono mi serce zwierzę-cia. Usiadłem, a moja pierś dudniła w rytm dziwacznego tętna. Zobaczyłem ostatnie wierzgnięcie nóg jelenia i mój puls przyspieszył, gdy krew zdychającego rogacza została przetoczona w moje żyły.

Spojrzałem na swoją nagość pod obszarpanym kombi-nezonem. Moja skóra straciła odcień popiołu, a kiedy dźwig-nąłem w górę nakrycie głowy, proporce krwi oderwały się od moich blizn i zatrzepotały w locie wśród potarganych, maków.

Rana przestała mi krwawić. Zwierzęta konały kolejno w trawie wokół grobu. Każde z nich dawało mi coś swojego – krew, tkanki albo jakiś ważny życiowo organ. Serce szym-pansa biło silnie w mojej piersi, krew jelenia gnała pustymi żyłami jak wiosenna powódź w labiryncie wyschniętych kanalików, płuca kapucynki wdychały powietrze moimi ustami, a zamglony mózg spaniela spoczął u podstawy mojej czaszki, jak gdyby wierne zwierzę podtrzymywało swojego rannego pana.

Zwierzęta konały w trawie wokół mnie, oddając za mnie życie. Po chwili dźwignąłem się na nogi w kokpicie grobu. Raz jeszcze uwolniłem się z samolotu.

Las pozostawał w bezruchu. Nic się nie działo, liście i trawa zawisły jakby w milczeniu. Czułem życie, wlewają-ce się we mnie ze wszystkich stron z woli najmniejszych nawet i naj nędzniej szych istot. Wróble i drozdy przekazy-wały mi swoje maleńkie źrenice, nornice i borsuki odda-wały mi w norach swoje zęby, wiązy i kasztanowce przeka-zywały mi siłą woli własne soki niczym ponure mamki, le-jące we mnie mleko. Nawet pijawki na śmigle samolotu, robaki pod moimi nogami i miriady bakterii w ziemi pełzły olbrzymim zborem poprzez moje ciało. Tętnice i żyły wy-pełniło mi wielkie kłębowisko żywych istot, które swoim życiem i działaniem dobrej woli przekształcały kostnicę mo-jego ciała. Chłodna wilgoć ślimaków nawodniła mi stawy, poczułem, jak rozluźniają mi się mięśnie, rozciągnięte ty-siącami gałęzi, a moje ciało balsamowały ciepłe żyłki mi-lionów liści, wypełnionych słońcem.

Ruszyłem w głąb łąki, otoczony dziwną, świetlną mgieł-ką, jak gdyby moje prawdziwe ja rozpływało się w powie-trzu i spoczywało w ciałach tych wszystkich stworzeń, któ-re oddały mi część samych siebie. Odrodziłem się w nich i w ich miłości do mnie. Każdy listek, każde źdźbło trawy, każdy ptak i ślimak został zapłodniony moim duchem. Las czuł, że poruszam się w jego tkankach coraz szybciej. Rodziłem się na nowo z naj nędzniej szych stworzeń – z ameb, dzielących się w rozlewiskach na łące, z hydr i wo-dorostów. Żyłem w skrzeku płazów ze strumyka, opływają-cego łąkę, i byłem psem wodnym w rzece, zrodzonym z ciała mojej matki – rekina. Ciężarna łania upuściła mnie w głęboką trawę na łące. Wyłaniałem się ze steku odchodo-wego wszystkich ptaków. Rodziłem się w tysiącu narodzin z ciał wszystkich żywych istot lasu – byłem własnym oj-cem i stałem się swoim dzieckiem.

37

ODDAJĘ SIĘ

Las znów pojaśniał. Pomiędzy posępnymi niedawno drzewami pobłyskiwały kolorowe kwiaty, a wśród liści su-nęło znajome światło, jak gdyby boski ogrodnik, nadzoru-jący ten przyćmiony raj, przybył nieoczekiwanie, spóźnio-ny na początek dnia, i włączył jego światła. W rzece sko-czyła ryba – srebrny ognik, który rozpalił dzień na nowo. U wylotu łąki klęczały w trawie dzieci. Widziałem ich małe uśmiechy wśród rozchwianych maków. Wyglądały na wyczerpane, ale zadowolone, jak gdyby zmęczyły je trudy przekazywania mi za pośrednictwem woli swoich sił, czyli cząsteczek zdeformowanych ciał – David zapewne próbo-wał przekazać mi stoicyzm, Jamie emocje, jakie budziło w nim wszystko, a Rachel ciekawość i spokój. Całe Shepperton zdawało się odpoczywać, jak po olbrzy-mim wysiłku. Mieszkańcy nie próbowali już niszczyć ro-ślinności i rozsiedli się w progach swoich domów, odrzu-ciwszy piły i siekiery. Obserwowali w milczeniu odradza-jący się las.

1 ... 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)