Miedziany Król
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-012-5
- Переводчик: Iwona Czapla
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Miedziany Król». Краткое содержание книги:
Przypadek sprawia, że poznaje pradawne zaklęcie — prośbę skierowaną do tytułowego Miedzianego Króla: w zamian za rzecz szczególnie dla proszącego ważną Król dać ma to, czego w danej chwili proszący szczególnie potrzebuje, przy czym to Król, a nie proszący, decydować ma, co stanie się przedmiotem zamiany. Chłopak korzysta z owej wiedzy w sposób bezwzględny. Dzięki niej z niewolnika wspina się na sam szczyt społecznej drabiny — dowodzona przez niego armia jest w stanie konkurować z największymi potęgami tego świata. Czy aby jednak na pewno dzięki temu osiąga sukces? Czy może osiągnąłby go i tak, bez pomocy mitycznego Króla?
Balansując na kamieniach, podszedł do samego chimajryda. Zarzucił nogę na jego ciepły, miękki grzbiet, podciągnął się. Ostatnim razem siedział wierzchem na Łunie Księżyca, kiedy ten jeszcze nosił siodło i strzemiona. Razwijar czuł wtedy, że dosiadając jeńca poniża go. Ale teraz nie odnalazł w sobie tego uczucia.
Łuks odwrócił głowę, Razwijar zobaczył jego profil.
— Złap mnie za ramiona i ściśnij kolana.
— A czy nie powinieneś się rozpędzić? — zapytał nieśmiało.
— Bądź cicho — powiedział chimajryd. — Patrz do przodu, a nie w dół.
Przysiadł, naprężył łapy. Razwijar czuł, jak napinają się mięśnie Łuksa, falując pod skórą niczym woda pod mostem — nieuchwytnie, sprężyście i niebezpiecznie. Razwijar nabrał powietrza pełną piersią. Chimajryd zgiął ręce w łokciach, głowę pochylił do przodu i skoczył.
Jednak był osłabiony. Skok był krótki i gwałtowny. Ale nawet taki skok był jak maleńki lot.
Wczepiwszy się w ramiona Łuksa, zaciskając kolana, Razwijar wzbił się razem z nim.
Zobaczył rzekę i czarne oczy wirów. Zobaczył niebo w smudze południowej mgiełki. Zobaczył lecący cień czworonogiego z jeźdźcem na grzbiecie. I w ostatnim momencie, z rozpędu dotknął twarzą mokrych pleców wierzchowca. Ten lądował na przednie łapy, zachwiał się, tylne łapy ześlizgnęły się i znowu znalazły oparcie. Łuks stał na czterech łapach, wyprostował zgięte łokcie, schylił głowę — a wyłom został za nimi.
Razwijar ześliznął się z jego grzbietu. Wytarł twarz rękawem, odkaszlnął.
— Dziękuję. Świetne to… u was.
Łuks nie patrzył na niego. Patrzył na rzekę, na rozłam, na pozostawiony brzeg.
— Według mnie — ostrożnie powiedział Razwijar — nie powinieneś wracać.
Chimajryd gwałtownie się odwrócił. Heks cofnął się gwałtownie, ledwie nie upadając, Łuks w porę chwycił go za rękę.
— Powtórz, to co powiedziałeś — wydyszał.
— Według mnie nie powinieneś wracać. To pewne, że cię zabiją.
— To nie jest usprawiedliwienie! — warknął Łuks. — Moi przodkowie szli w ogień, śmiejąc się…
— Oczywiście —Razwijar ostrożnie się wyswobodził. Ale… mnie się zdaje, że już jesteś trupem. Dla swoich. Martwi nie walczą.
Milcząc, ramię w ramię przeszli drogę przez most na wyspę. Razwijarowi drżały kolana, a Łuks co i rusz podkurczał stłuczoną przednią łapę. Tak kuśtykając i przeskakując z kamienia na kamień, wyszli na płaski kamienisty placyk. Wyspa była ogrodzona wysokim płotem. W jej centrum stał kamienny łuk do połowy przykryty kratą.
— Kto zacz? — z zainteresowaniem zapytał imperatorski strażnik o nalanej twarzy. Kiedyś zapewne dzielny i sprawny, a teraz roztyty. Za jego plecami stało dwóch młodych z wzniesionymi arbaletami.
— Nagóreni — odpowiedział za nich obu Razwijar. — Jestem jeźdźcem. A to mój brat.
Droga ukryta, zapuszczona, zakurzona. Szczególnie dużo kurzu zebrało się na wybojach i w jamach. W niebezpiecznych miejscach nad przepaścią, gdzieniegdzie w ziemię były wkopane kamienne słupki. Po zejściu z mostu Razwijar i Łuks szli w milczeniu. Razwijar widział jak towarzysz porusza wargami, wstrząsa głową, jakby czemuś zaprzeczał i co rusz łowi ręką końcówkę bijącego po bokach ogona. Razwijar wiedział, że chimajryd wkrótce się odezwie i nie pomylił się.
— Wiesz, co ja przed chwilą zrobiłem?
— Przeszedłeś granicę. Taki miałeś zamiar.
— Zdradziłem… porzuciłem ziemię przodków.
— Gdzie chcieli cię zabić. Bez powodu.
Łuks sapnął przez zaciśnięte zęby:
— Jest jeszcze jedna… rzecz. Jestem niewolnym.
— Do kogo przynależysz? — Razwijar uśmiechnął się.
— Do ciebie.
Heks zrobił jeszcze kilka kroków i się zatrzymał. Chimajryd patrzył spode łba, bez cienia uśmiechu.
— Wyjaśnij to — spokojnie poprosił Razwijar. — Albo przyznaj, że palnąłeś głupstwo.
Ten pokręcił głową:
— Każdemu, kto urodził się na czterech łapach, potrzebny jest jeździec.
— Wyszedłeś poza granicę swojej krainy i swoich praw. A to oznacza….
— Nagóren, urodzony po to, żeby chodzić z siodłem, nie może przestać być niewolnym. To prawo natury.
— Tak? — Razwijar zaczął się denerwować, nie wiadomo, dlaczego. — A Poranek Bez Skazy?
Łuks odcisnął pazurzastą łapę w brunatnym przydrożnym pyle. Podniósł. Popatrzył na łapę, potem na odcisk.
— Poranek Bez Skazy był magiem. On stanął przeciwko prawom i zabił jeźdźca, swojego brata. Ale to niczego nie zmieniło w jego losie. Znalazł sobie nowego pana. Innego jeźdźca.
Razwijar przypomniał sobie władcę. Czarne włosy z niteczkami siwizny. Roztargnione, nieobecne spojrzenie. „Miedziany Królu, Miedziany Królu…”.
Głęboko westchnął, powstrzymując nagły dreszcz.
— My szukamy sobie jeźdźców… nawet jeśli jesteśmy poza prawem — cicho powiedział Łuks. — Chcemy, żeby ktoś za nas decydował, dokonywał wyborów. Ty zdecydowałeś za mnie..: i jest mi lżej. Dzięki tobie jest mi lżej. Bardzo trudno żyć bez jeźdźca.
— Łuks — głos Razwijara aż ochrypł z emocji. — Sam zdecydowałeś. To był twój wybór!
Chimajryd popatrzył z wyrzutem:
— Nie.
I poszedł przodem, a Razwijar powlókł się za nim. Łuks spuścił ogon i jasny chwościk rysował zygzakowaty ślad w pyle drogi.
Droga płynnie wznosiła się ku szczytowi. Na stoku góry pokazały się ciemne otwory jaskiń, przed największym sterczała żerdź z powiewającym na niej strzępem tkaniny.
— Pastwiska — powiedział Razwijar, myśląc o czymś innym. — Tutaj także pasą przyślepki.
Zachodziło słońce. Obłoki na zachodzie układały się w bursztynowo–różowy falujący pałac.
— Jak Mirtie — powiedział Razwijar. — Bardzo podobne.
— Jak co?
— Mirtie, szybujące miasto. Tam żyją ludzie o złotych włosach. Są bardzo mądrzy i dobrzy, nie zabijają nawet szczurów.
— A może by się tam dostać — powiedział Łuks niepewnie.
Razwijar parsknął stłumionym śmiechem:
— Ta także niekiedy myślę: a może by się tam dostać.
— Chcę jeść — najeżył się czworonożny. — Jak sądzisz, zdarzają się tutaj człapacze?
Po zachodzie słońca czarne kamienie przestały się nagrzewać. Chimajryd rozpalił ognisko z chrustu i podsmażył zdobycz na rożnie. Wyszła bardzo smaczna. Razwijar obgryzał kosa, patrząc w dogasające ognisko i z ukosa popatrywał na Łuksa.
— Z głodu nie umrzemy — powiedział chimajryd, z jakiegoś powodu przepraszającym głosem.
— To już dobrze — Razwijar kiwnął głową. — Co jeszcze możemy robić?
— Co nam się podoba. Możemy nająć się do ochrony karawany lub czegoś innego. Jestem dobrym wojownikiem, a ty… Jesteś dobrym strzelcem?
— Przyzwoitym — powiedział ten. — Tylko strażnikiem już byłem. Znudziło mi się.
— No to czego ty chcesz?
Razwijar milczał. Gdyby tak mógł opowiedzieć słowami.
— Mieć ogromną bibliotekę — powiedział przeciągając słowa — Żeby jej ściany były obwieszone siatkami pająków Cza, zabezpieczając księgi od wilgoci. I żeby ta biblioteka znajdowała się w najwyższym domu miasta Mirtie, i żeby przygrywała muzyka strun, a na dachu dzień i noc siedział osiodłany skrzydlak tylko dla mnie… Albo nawet skrzydlaty powóz… Oto czego chcę.