Zwyczajne życie
- Автор: Chmielewska Joanna
- Язык: польский
- Жанр: Детская проза
Электронная книга - «Zwyczajne życie». Краткое содержание книги:
Szosą przejechał szary Volkswagen i podążył za Fiatem. Tereska i Okrętka odczekały jeszcze długą chwilę.
– No gdzie on jest, ten drugi? Wyparował?
– Pojechał gdzie indziej. Już chyba spokój, nie? Nie przesiedzimy tu przecież reszty życia!
– Oni mogą zawrócić. Możliwe, że nas szukają.
– Tym bardziej jedźmy prędzej. Zaraz skręcimy i już nas nie znajdą. Pojechali do Powsina.
Dom obłąkanego osobnika, obok którego musiały przejechać, stał cichy i ciemny. Okrętkę napełniło to nadzieją, że gospodarza szaleńca nie ma, i wstąpiło w nią trochę ducha. Kiedy dotarły do celu, energicznie przystąpiła do ładowania drzewa na blat. Dwa potężne, wykarczowane pnie i nieco pomniejszych, kawałki grubych gałęzi, dębowe bierwiona i fragmenty czegoś w rodzaju podkładów kolejowych obciążyły sanie tak, że ledwo można je było ruszyć z miejsca.
– No tak, oczywiście! – sapnęła Okrętka z furią. – W dół zjeżdżamy pusto, a z tym całym nabojem musimy pchać się pod górę. Gdzie sens, gdzie logika! Czy ja jestem koń?!
– Nie, już prędzej oślica! – odstęknęła Tereska. – Nie narzekaj, wyrobimy sobie kondycję. Ciągnijże, ochwaciłaś się już, czy co?! Na szosie będzie łatwiej!
– Tamte drzewka były, lżejsze…
W pobliżu domu gościnnego obłąkańca Teresce przyszła nagle do głowy odkrywcza i nader niepokojąca myśl. Zatrzymała się, ciężko dysząc, i odpięła kołnierz pod szyją.
– Gorąco mi jak piorun. Słuchaj, oni nas teraz muszą zabić.
Wachlująca się czapką Okrętka zamarła z otwartymi ustami, wpatrując się w nią wzrokiem pełnym zaskoczenia i oburzenia.
– Z tymi jednakowymi numerami to musi być jakiś straszliwy kant, o którym nikt nie wie – ciągnęła złowieszczo Tereska. – Tylko my. Oni wiedzą, że myśmy widziały. Absolutnie nie mogą nas zostawić przy życiu, mowy nie ma! Ty byś zostawiła?
– Stanowczo tak! – odparła gniewnie Okrętka. – Dosyć mam już tych morderstw i zbrodni! Mogą myśleć, że nikomu o tym nie powiemy. Mogłyśmy nie zauważyć.
Tereska wzruszyła ramionami i energicznie popukała się palcem w czoło.
– Masz źle w głowie i głupie złudzenia. Oni nie mogą ryzykować. Pomordują nas przy pierwszej okazji i będą mieli słuszność, bo my też powiemy o tym milicji przy pierwszej okazji. Pytanie, kto zdąży wcześniej…
– Zwariowałaś chyba, żeby mi o tym mówić teraz! – zdenerwowała się Okrętka. – I w ogóle też sobie miejsce znalazłaś na odpoczynek! Akurat tutaj!
– Bo musimy być szczególnie ostrożne. Zauważyłaś, że jechali powoli? Szukali nas. I będą szukać, aż znajdą.
W głosie Tereski zadźwięczały jakieś proroczo ponure tony i Okrętka poczuła, jak jej się włosy jeżą na głowie, a zimny dreszcz przelatuje po plecach. Straceńcza odwaga Tereski przeraziła ją dodatkowo, wydało jej się bowiem, że miast unikać niebezpieczeństw, Tereska będzie się na nie narażać. Opanowała z trudem paniczną chęć porzucenia przyjaciółki wraz z sągiem drzewa i natychmiastowej ucieczki.
– Na litość boską, jedźmy! – jęknęła półprzytomnie. – Nie, zobaczmy, czy ich tam nie ma! Zakradnijmy się! Wracajmy! Nie, już nie wiem co…
– Zobaczyć trzeba, oczywiście. Podjedziemy kawałek dalej i sprawdzimy.
Dopchnęły sanie bliżej podejrzanego domostwa i znów się zatrzymały. Dookoła nadal było ciemno i cicho.
– W razie jakby co, to tu się nawet nie ma gdzie schować – szepnęła Okrętka drżącym głosem. – Same ogrodzenia…
W ciszy dobiegł ich nagle warkot samochodu i przed nimi, dziwnie blisko, błysnęły światła reflektorów. Jechały w ich kierunku.
– Chryste Panie… – jęknęła Okrętka ochrypłym, zdławionym szeptem.
Teraz już i Tereska poczuła narastającą panikę. W ciągu ostatnich kilku minut konieczność zabicia ich obu stała się w jej przekonaniu wręcz paląca. Nie ulegało wątpliwości, że bandyci nadjeżdżają specjalnie w tym celu. Nigdzie wokół nie było ochrony, za chwilę dosięgną je światła reflektorów i wtedy już nie będzie ratunku…
– Tam!!! – wyszeptała dramatycznie i nakazująco. – Prędzej!!!
Półprzytomna z przerażenia Okrętka spełniła rozkaz i wpadła w otwartą furtkę zbójeckiej jaskini, niepewnie usiłując protestować.
– Ale tamto… Zostanie…
– To jest do niczego niepodobne, nie wiedzą, że to nasze. Dalej, tu świecą…
Samochód zatrzymał się, ktoś z niego wysiadł i otworzył bramę. Tereska i Okrętka zamarły za krzewami. Fiat znów ruszył i powoli skręcając do bramy jął świecić reflektorami coraz bliżej. Tereska i Okrętka konsekwentnie cofały się, pozostając w granicy cienia. Dotarły do bocznej ścianki ganku, świadome tego, że już dalej cofać się nie ma gdzie i straszliwe światła za moment na nie padną. Wówczas Tereska przypomniała sobie o piwnicznej dziurze.
Drzwiczki w podmurówce ganku były uchylone. W ostatniej chwili zdążyła wepchnąć tam Okrętkę i ukryć się sama. Spod ich nóg coś potoczyło się w dół, światła zamiotły uchylone drzwiczki, schodki i ganek i przesunęły się dalej.
– Nie pchaj mnie, tu są schody, zlecę do piwnicy na zbity pysk – wysyczała z irytacją Okrętka.
– Cicho! Zejdź kawałek, nie mam miejsca na głowę! Przestań robić ten hałas!
– Cicho! Tu nic nie widać…
– A coś ty tam chciała oglądać wystawę malarstwa?
Na podwórzu coś się działo. Przez szparę w uchylonych drzwiczkach widać było czyjeś nogi. Nóg było cztery, co wskazywało na obecność dwóch osób. Osoby kręciły się tam i z powrotem, w końcu podeszły do obiegającego dom, zaśnieżonego chodniczka z płyt chodnikowych. Zamarła w przerażeniu Tereska ujrzała, jak jedna z tych płyt została podniesiona i w dziurę pod nią włożono jakieś pakunki. Wstrzymując oddech, pomyślała, że teraz już trzeba je zabić bezwzględnie, a ją nawet podwójnie…
Osoby położyły płytę na swoje miejsce, nagarnęły na nią śniegu i oddaliły się, a po chwili rozległ się znów warkot samochodu. Okrętka w głębi jamy zaczęła wykonywać jakieś gwałtowne gesty.
– Słuchaj – zaszeptała gorączkowo, szarpiąc Tereskę za nogę. – Trzeba sprawdzić, czy wszyscy odjechali! Czy ktoś nie został! Wyjrzyj!
Tereska ostrożnie wystawiła głowę. Jeden osobnik zamykał bramę, drugi siedział przy kierownicy.
– Dwóch – wyszeptała. Czekaj, zobaczę, czy wsiądzie… Wsiadł! Dwóch ich było chyba, nie?
Okrętka, osłabła z emocji, kiwnęła głową w egipskich ciemnościach.
– Dwóch? – spytała ponownie Tereska, zaniepokojona brakiem odpowiedzi.
Okrętka pokiwała głową energiczniej.
– Na litość boską! – krzyknęła zdenerwowanym szeptem Tereska. – Co się stało? Dlaczego nic nie mówisz, umarłaś, czy co? Ilu ich było, dwóch?
– No przecież mówię, że dwóch! – zdenerwowała się Okrętka.
– Jak to mówisz, nic nie mówisz, nie słyszę, gdzie mówisz?!
– Cały czas kiwam głową… A, rzeczywiście. Możliwe, że nie widać. Wyjdźmy stąd, na litość boską!
Tereska zastygła nagle, przykucnięta w otwartych drzwiczkach.
– Nie możemy – szepnęła grobowo.
– Dlaczego?!
– Tam się ktoś czai…
Okrętka pomyślała sobie, że jeśli umrze tutaj na serce, to od razu można ją uznać za pochowaną. Miejsce doskonale nadaje się na grób. Nie powiedziała nic, bo zabrakło jej głosu.
– Jakiś bandzior w kożuchu czai się na drodze, koło furtki. Wchodzi tutaj… Uciekaj! Niżej, niżej!
Okrętka nie wiedziała, jakim cudem znalazła się na dole stromych schodków, nie widząc ich w ogóle i nie łamiąc sobie nóg. Trafiła na jakąś ścianę, pchnęła ją, ściana ustąpiła pod naciskiem i okazała się drzwiami. Obie oparły się o nie po drugiej stronie.
– Wejdzie tu… – szeptała Tereska bez tchu. – Lazł w tę stronę…
– Zamknijmy to, prędko, prędko! To jest chyba piwnica! Nic nie widzę!
– Czekaj, mam latarkę… Zasłoń! Może to się da zamknąć…
W świetle osłoniętej szalikiem latarki ukazał się mały korytarzyk piwniczny i drzwi, zamykające się na sztabę żelazną. Okrętka, w którą pod wpływem paniki wstąpiły nadludzkie siły, w ciągu sekundy wyszarpnęła wiszącą na żelaznym kółku kłódkę, umocowała sztabę, wepchnęła z powrotem kłódkę i zamknęła ją. Na chwilę odetchnęły lżej.
– Co teraz? – szepnęła z niepokojem Tereska. – Tędy nie przejdzie, ale co dalej? Nie zostaniemy tu przecież na zawsze! Trzeba stąd wyjść, nie wiem jak, chyba przez dom…
– Za nic!
– Głupia jesteś, naprawdę chcesz tu zostać do końca życia?!
– Dom jest zamknięty!
– No to co? Wielkie rzeczy, wyjdziemy oknem!
– A ten tam, na podwórzu, już będzie na nas czekał!
– Najpierw zobaczymy, co zrobi… Korytarzyk był istotnie zwyczajnym, piwnicznym korytarzykiem. Na jego drugim końcu były również drzwi, za którymi znajdowały się schody. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, na palcach, przyświecając sobie cieniutkim strumieniem światła z osłoniętej latarki, Tereska i Okrętka wydostały się z piwnicy na parter. W domu panowały ciemności i głucha cisza.
– Nikogo nie ma – szepnęła Okrętka z odrobiną nadziei.
– Zdaje się, że dokonałyśmy włamania – odszepnęła ponuro Tereska. – Chodź do kuchni, stamtąd widać podwórze. Okazuje się, że przydały nam się na coś te oględziny domu.
Na podwórzu było pusto. Czający się osobnik gdzieś zniknął. Księżyc wciąż jeszcze świecił i po piwnicznych ciemnościach wydawało się, że za oknem panuje jasny dzień.
– Musiałyśmy chyba całkowicie upaść na głowę – powiedziała nagle Okrętka trzeźwo. – Wlazłyśmy akurat tam, gdzie za skarby świata powinno nas nie być. Na litość boską, wyjdźmy stąd wreszcie i uciekajmy!
Drzwi zewnętrzne okazały się zamknięte na klucz. Nie było innego sposobu opuszczenia zbójeckiej meliny jak tylko przez okno lub też zbadaną już drogą przez piwnicę. Droga przez piwnicę budziła wątpliwości.
– Ja nie wiem, może on tam wlazł i siedzi? – powiedziała niepewnie Tereska. – Szedł w tę stronę.
– Najlepiej byłoby zamknąć go tam – oświadczyła Okrętka z determinacją. – Przynajmniej byłoby wiadomo, że nie będzie nas gonił. Widział cię?