Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]
Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]

Электронная книга - «Kroniki Majipooru [Majipoor Chronicles - pl]». Краткое содержание книги:

Czternastoletni Hissume, towarzysz lorda Valentine'a z czasów wyprawy, która miała na celu odzyskanie tronu koronala władającego ogromnym światem Majipooru, urozmaica sobie monotoną pracę w archiwach Labityntu nielegalnymi wyprawami do Rejestru Dusz.
Dzięki specjalnym urządzeniom do odtwarzania myslowych zapisów można tam przeżyć to, czego kiedyś doświadczały miliony rozumnych istot zamieszkujacych planetęprzez kilkanaście tysięcy lat. Wcielająca się na krótko w rozmaite postacie — władców, bohaterów, a także zwykłych mężczyzn i kobiet — Hissume w ciągu czterech lat zdobyła doswiadczenie, które pozwoli mu zrozumieć Majipoor…
1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 83
Перейти на страницу:

Chciał wstać i odkrył, że otula go grube, gęste futro, jakby stitmoj znów dopadł go i miażdżył w swoich łapach. Trzymały go potężne ramiona; nagle zdał sobie sprawę, że jest ich cztery. Kiedy wreszcie uwolnił się całkowicie od snu, zdał sobie sprawę, że znajduje się w objęciach gigantycznej Skandarki, Khaymak Grań. Prawdopodobnie krzyczał przez sen, rzucał się i machał rękami, a kiedy zerwał się na równe nogi, Khaymak Grań uznała, że znów ma zamiar wybrać się na przechadzkę po pustyni i postanowiła mu to uniemożliwić. Tuliła go z siłą wystarczającą, by połamać mu żebra.

— Wszystko w porządku — mruknął w jej szare futro. — Nie śpię już! Nigdzie nie idę.

Ściskała go nadal.

— Zrobisz… mi… krzywdę…

Musiał walczyć, by zaczerpnąć oddechu. Z niezręcznej troski mogła go nawet zadusić w tym matczynym uścisku. Dekkeret wykręcał się, odpychał, kopał i bił ją pięściami po głowie. Wijąc się tak zdołał jakoś zakłócić jej równowagę i oboje przewrócili się; on znalazł się na wierzchu, ona zaś w ostatniej chwili rozluźniła uścisk, tak że zdołał się wyrwać. Wylądował na kolanach i tak już pozostał. Bolało go całe ciało i ciągle nie mógł dojść do ładu z tym, co się zdarzyło w ciągu kilku ostatnich chwil. Nie był jednak aż tak oszołomiony, by nie dostrzec, jak skryty za ślłzgaczem Barjazid pośpiesznie zsuwa z czoła jakiś mechanizm, wyglądający jak kunsztowna, złota korona i próbuje ukryć go w jednym z pojemników.

— Co to takiego? — spytał.

Barjazid, co było dla niego nietypowe, sprawiał wrażenie zmieszanego.

— Nic. Taka zabawka.

— Pokaż!

Miał wrażenie, że tamten daje komuś jakieś znaki. Kątem oka dostrzegł, jak Khaymak Grań wstaje i wyciąga rękę, lecz nim wielka Skandarka zdołała wykonać ostateczny ruch, Dekkeret uchylił się i obiegł ślizgacz. Przewodnik nadal grzebał w pojemniku. Dekkeret, górujący nad Barjazidem tak, jak Skandarka górowała nad nim, błyskawicznie złapał go za rękę, wykręcił ją i przytrzymał. Potem zaś wyjął mu z dłoni opaskę i przyjrzał się jej z zainteresowaniem.

Nikt już nie spał. Vroon gapił się nieprzytomnie na to całe zajście, a młody Dinitak sięgnął po nóż, podobny do tego, którego Dekkeret używał podczas polowania.

— Puść ojca — powiedział.

Dekkeret obrócił Barjazida, zasłaniając się nim jak tarczą.

— Każ synowi rzucić nóż! — rozkazał. Barjazid milczał.

— Albo rzuci nóż, albo zgniotę to urządzenie. Co wolisz? Głosem przypominającym warczenie Barjazid rozkazał synowi odrzucić sztylet. Wylądował na piasku niemal u stóp Dekkereta, który zrobił krok i kopnął go za siebie. Podsunął opaskę przed oczy swego więźnia. Zrobiona była ze złota, kryształu i kości. Wykonano ją bardzo starannie; dostrzegł tajemnicze przewody i złącza.

— Co to jest? — spytał.

— Już ci mówiłem. Zabawka. Proszę… oddaj mija, nim ją zniszczysz.

— Jak działa ta zabawka?

— Bawi mnie, gdy śpię — wyszeptał ochryple Barjazid.

— Jak cię bawi?

— Wzmacnia moje sny tak, że są bardziej interesujące.

Dekkeret przyjrzał się jej bliżej.

— Gdybym ja ją założył, czy wzmocniłaby moje sny?

— Mogłaby uczynić ci krzywdę, kandydacie.

— Powiedz mi, jak działa na ciebie.

— Bardzo trudno to opisać.

— Postaraj się. Znajdź właściwe słowa. Jak zdołałeś dostać się do mojego snu, Barjazidzie? Nie miałeś tam nic do roboty!

Mały człowieczek tylko wzruszył ramionami i powiedział niepewnie:

— Byłem w twoim śnie? Skąd miałbym wiedzieć, co dzieje się w twoim śnie? Każdy może pojawić się we śnie kogoś innego.

— Sądzę, że mogłeś dostać się do niego dzięki temu urządzeniu. I pomogło ci ono zorientować się, o czym śnię.

Barjazid milczał ponuro.

— Opisz mi jego działanie albo zgniotę je na miazgę!

— Proszę!

Grube, mocne pałce Dekkereta zamknęły się na jednym z delikatnych mechanizmów opaski. Barjazid westchnął głęboko, ze-sztywniał.

— No i co?

— Masz rację. To… coś… pozwala mi dostać się do śpiącego umysłu.

— Doprawdy? A skąd je masz?

— To mój własny wynalazek. Udoskonalałem go przez wiele łat.

— Podobny do maszyn na Wyspie Snu?

— Jest inny. Działa mocniej. Pani Wyspy może tylko przemawiać do ludzkich umysłów, ja czytam sny, kontroluję ich kształt, w znacznym stopniu panuję nad umysłem śpiącego.

— 1 to w całości twój wynalazek? Nie ukradłeś go z Wyspy Snu?

— To mój wynalazek — szepnął Barjazid.

Dekkeret poczuł gwałtowny przypływ wściekłości. Przez chwilę pragnął skruszyć tę maszynę jednym ruchem ręki, a potem rozgnieść na miazgę samego Barjazida. Pamiętając, jak Barjazid unikał odpowiedzi na pytania, omijał prawdę i po prostu kłamał, pamiętając, jak wdarł się w jego sny i zakłócił proces uzdrowienia, którego on sam tak bardzo potrzebował, jak w dar Pani, w błogosławiony wypoczynek, wplótł strach, cierpienie i niepewność, jak wtargął w jego duszę, jak nią manipulował — Dekkeret poczuł wściekłość o niemal morderczym natężeniu. Serce waliło mu w piersi, w gardle mu zaschło, przed oczami pojawiła się mgła. Zacisnął dłoń na wykręconym ramieniu Barjazida, aż mały przewodnik jęknął, krzyknął… No jeszcze, jeszcze, złamje…

Nie! Gniew osiągnął szczyt i został powstrzymany siłą woli, zmuszony do odejścia w głęboką dolinę spokoju. Dekkeret zdołał się opanować, wyrównać oddech, powstrzymał łomotanie serca. Uwolnił Barjazida i pchnął go na ślizgacz; przewodnik zatoczył się i chwycił burty pojazdu. Z twarzy odpłynęła mu krew. Delikatnie pogładził nadwerężone ramię, a potem spojrzał na Dekkereta oczami, w których był strach, ból i nienawiść.

Ten zaś przyglądał się z zainteresowaniem dziwnemu instrumentowi, czubkami palców dotykając delikatnie jego skomplikowanych elementów. Potem podniósł go, jakby chcąc nałożyć na głowę.

— Nie! — sapnął Barjazid.

— Co się stanie? Uszkodzę go?

— Tak. I tobie też może stać się krzywda.

Dekkeret skinął głową. Sądził, że Barjazid blefuje, ale nie miał ochoty sprawdzać. Po chwili spytał:

— A więc nie ma tu żadnych złodziei snów, żadnych złowrogich band Zmiennokształtnych?

— Nie ma — szepnął Barjazid.

— To tylko ty, w tajemnicy, eksperymentowałeś z umysłami wędrowców, prawda?

— Tak.

— Zabijałeś ich.

— Nie! Nie chciałem nikogo zabijać. Jeśli ginęli, to tylko dlatego, że zaczynali się bać, tracili orientację, uciekali tam, gdzie groziło niebezpieczeństwo… albo wędrowali we śnie, jak ty…

— Lecz ginęli, bo igrałeś z ich umysłami?

— Jak można być tego pewnym? Niektórzy pewnie tak, inni nie. Nie chciałem nikogo zabić. Pamiętaj, że kiedy zniknąłeś, natychmiast zaczęliśmy poszukiwania.

— Wynająłem cię, żebyś mnie prowadził i ochraniał. Q inni byli dla ciebie tylko obcymi, których atakowałeś z daleka, prawda?

Barjazid milczał.

— Wiedziałeś, że wskutek twoich doświadczeń giną ludzie, a jednak nadal eksperymentowałeś?

Odpowiedziało mu wzruszenie ramion.

— Kiedy się to wszystko zaczęło?

1 ... 41 42 43 44 45 46 47 48 49 ... 83
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)